Jednego jestem pewien

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 17 lipca 1989 r. Autor: Tadeusz Wyspiański*

Układa wykładzinę w domu. Co kilka minut musi się podnieść – kolano nie pozwala na dłuższe klęczenie. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mu, że taki będzie koniec jego kariery, że tak szybko nadejdzie dzień pożegnania z torem – mógłby nie zdzierżyć.
Choć w tym sporcie zawsze trzeba liczyć się z nagłym rozstaniem z maszyną, on mógł uważać się za dziecko szczęścia. Jeździł bezpiecznie, nie stwarzał zagrożenia ani dla siebie, ani dla kolegów. Za to też podziwiali go opolscy kibice, dla których Loniu był najwyższej klasy zawodnikiem, takim, który nigdy nie zawodzi.

Dramat nastąpił, kiedy był w życiowej formie, ostrzył sobie zęby na dobry wynik w mistrzostwach świata. Zrobił już zresztą pierwszy krok – w maju 1985 roku z kompletem punktów wygrał pierwszą eliminację, miał dobry układ następnych. I nagle wszystko się skończyło, cały plan legł w gruzach.
Kilka dni po sukcesie – mecz ligowy z bydgoską Polonią. Już w pierwszym wyścigu nastąpiła katastrofa. Zawodnika na pierwszym torze podniosło na starcie, motocykl wpadł na sąsiedni tor, na którym on właśnie jechał. Maszyny się sczepiły, z całym impetem wpadły na bandę. Był pomiędzy nimi…

Szpital, oczekiwanie na operację, długotrwała rekonwalescencja i ciągłe myśli o powrocie. Długie leczenie nie przynosi efektów, kiedy jednak jest już troszkę lepiej, Leonard Raba wsiada na motocykl. Drużyna go potrzebuje, jest w tarapatach. Jeździ, ale kontuzja okazuje się silniejsza. Musi pogodzić się z losem.
– Może – mówi – gdybym jeszcze trochę poczekał, trochę później rozpoczął starty, noga wróciłaby do normy. Może, ale dziś to jest tylko gdybanie, rozpamiętywanie tego nie ma sensu. Widocznie tak musiało być i takie wytłumaczenie sobie wszystkiego jest chyba jedyne. Pozostaje tylko żal, że przecież mogłem coś w sporcie zwojować, postartować parę lat, powalczyć z kolegami, których tak wielu mam w różnych klubach. Gdyby nie przypadek.

Gdyby nie przypadek… Tak często rozpoczynają się życiorysy sportowych mistrzów, którzy tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności trafili do dyscypliny i odnieśli tam sukces. U niego nie było przypadku – zawsze dążył do swego celu, od dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczył „rycerzy czarnego toru” z rykiem maszyn pędzących po owalnym torze, fantastycznie opanowanych, dla których przeznaczone były wiwaty kibiców. Stwierdził, że będzie jednym z nich.
– Zawsze fascynowała mnie szybkość – mówi. – Ze starej WFM zmajstrowałem sobie „kreskówkę”, która ujeżdżałem po kryjomu, żeby rodzice nie widzieli. „Oficjalnie” grałem w hokeja, piłkę ręczną, nożną, ale naprawdę dla mnie w grę wchodził jedynie żużel.

Miało nie być mowy o przypadku, ale jednak pomógł on nieco 17-latkowi w rozpoczęciu kariery. Jeden z kolegów, dla towarzystwa, dla dodania sobie odwagi, wziął go ze sobą, kiedy ogłoszono kolejne zapisy do sekcji opolskiego Kolejarza. Poszedł i zobaczył aż 150 podobnych sobie kandydatów na bohaterów. Szybko jednak okazało się, że obawy były przedwczesne, z upływem czasu szeregi rzedły i w końcu… pozostał sam. Po niespełna pół roku miał już wymarzoną licencję i problem – jak powiedzieć o tym rodzicom…
– Wymaganą zgodę rodziców – śmieje się – napisałem sobie sam, a kiedy w końcu sprawa się wydała, gdyż rodzice przeczytali w gazecie, że niejaki Leonard Raba został żużlowcem – w domu zapanowały ciężkie czasy. Rodzice zresztą nigdy nie przyjęli do wiadomości tego faktu i do końca startów nie zobaczyłem ich na stadionie. Widziałem tylko ich niepokój, gdy wychodziłem z domu na zawody i ulgę, kiedy pojawiałem się z powrotem cały i zdrowy. Żużel działał na mnie jak narkotyk. Kiedy przez dłuższy czas nie siedziałem na motocyklu, nie mogłem sobie znaleźć miejsca, myśleć o innych rzeczach.
– Tak samo było, kiedy przegrał – wtrąca żona. – Zamykał się w pokoju i w samotności ciągle rozpamiętywał porażkę. Analizował, szukał błędów. Czasami pojawiały się także łzy…
– Kiedy – mówi – wiedziałem, że przegrałem przez własny błąd, byłem nie do wytrzymania.

Starał się, żeby takie momenty nie zdarzały się zbyt często. W sezonie, zamiast w domu, prawie mieszkał na stadionie. W prostym żużlowym motocyklu miał zawsze coś do zrobienia. Kiedy inni już dawno poszli do domów, on siedział w warsztacie i kombinował. Oświetlony wieczorem warsztat jednoznacznie świadczył, że ciągle jest z czegoś niezadowolony, że pracuje przy maszynie.
– W sporcie – stwierdza – nie można liczyć tylko na innych i na szczęście. Mechanik oczywiście może wiele pomóc, ale przecież nie on startuje na motocyklu, tylko ja. Szczęście to na przykład fakt, że nie masz defektu, ale możesz pomóc szczęściu tak Przygotowując sprzęt, żeby ryzyko było minimalne. A poza tym musisz mieć pewność – pewność, a nie tylko przypuszczenie – że wszystko jest jak należy. To przecież startujesz ty. I ty, jeśli coś zawiedzie, poniesiesz tego konsekwencje. Musisz być przekonany, że nie zagrozisz nie tylko sobie, ale i startującym obok kolegom!

Licencja, starty – to wygląda bardzo prosto, bardzo łatwo się o tym mówi. Tak łatwo jednak nie było. Nie było drogi usłanej różami, o swoje miejsce na torze musiał walczyć, przebijać się, udowadniać, że jest lepszy i właśnie jemu należy się miejsce w drużynie.
– Jeżeli możemy mówić o szczęściu, to właśnie ta konkurencja była nim dla mnie – opowiada. – Kolejarz w latach 70. dysponował bardzo dobrym zespołem, dużą liczbą klasowych zawodników. Było się od kogo uczyć, poza tym starsi zawodnicy potrafili stworzyć wspaniałą atmosferę, pokazać wiele rzeczy z żużlowego rzemiosła, podtrzymać na duchu. Kiedy w 1973 roku rozpoczynałem starty, wcale nie szło mi jak po maśle. Były upadki, kontuzje. Pamiętam szczególnie taki turniej w Bydgoszczy, w czasie którego leżałem w każdym wyścigu. Załamałem się i chciałem już to wszystko rzucić. Franek Stach szybko jednak zmienił mój nastrój i dzięki jego radom udało mi się w ostatnim starcie przywieźć dwa punkty. W czasie meczów trener najczęściej puszczał mnie właśnie z Frankiem, Stasiem Skowronem, Zygą Friedkiem. To dzięki nim wiele się nauczyłem. Pomagali mi na torze, prowadzili jak dziecko za rączkę. Dzięki nim nabrałem pewności siebie, robiłem postępy.
Od nich też nauczyłem się pracy przy motocyklu. Wpoili mi zasadę, że dobry zawodnik musi sam przygotowywać sobie sprzęt, że nie ma nieważnych zawodów, nie można rozmieniać się na drobne i liczyć, że jakoś to będzie. A ja chciałem być dobry, chciałem czegoś dokonać w sporcie.

Urodził się chyba jednak trochę za późno, bo akurat polski żużel wpadł w dołek i o wynikach na skalę światową powoli zapominano. Coraz bardziej Polacy odstawali od konkurentów sprzętowo, urwały się kontakty z najlepszymi, nasi demonstrowali inny, już nie z nowej epoki, styl jazdy.
– Wielokrotnie zastanawiałem się, czy to co robię ma jeszcze sens – mówi Leonard Raba. – Wyjeżdżając za granicę, na eliminacje mistrzostw świata, byliśmy często bezsilni, sprzętowo odstawaliśmy od przeciętnych żużlowców RFN, mieliśmy kłopoty z Włochami, Czechosłowakami. Rywale na prostych „odkręcali” i odjeżdżali, a my mogliśmy tylko zaciskać zęby ze złości. W 1984 roku, w Norden, po raz drugi miałem dość żużla. Czułem, że jestem w dużej formie, ale okazało się to zbyt mało na konkurencję. Żadnych atutów nie mieli także Jasiu Krzystyniak, Antek Skupień czy taki wojownik jak Andrzej Huszcza. Zastanawiałem się, po co się tak męczyć, narażać, jeżeli nie ma praktycznie żadnych szans, a byle jaki, zupełnie „zielony” zachodni zawodnik da pełny gaz i „zrobi cię” jak dziecko.

Takie stany szybko jednak mijały. Pasja była silniejsza, liga miała swoje prawa, było wiele turniejów. Kilkadziesiąt startów w sezonie, przed każdym wiele godzin spędzonych przy sprzęcie. Nic dziwnego, że był gościem w domu, a takie pojęcia jak „wczasy, urlop” nie były mu znane. Przez 15 lat nie istniało nic poza żużlem.
Sport potrafił wynagrodzić wyrzeczenia, wprowadził go na krajowy szczyt, pozwolił zwiedzić kawał świata, dostarczył – jak to się ładnie mówi – niezapomnianych przeżyć. Ma na rozkładzie wszystkich wielkich w kraju, sporo sukcesów za granicą. Dziś goście mogą podziwiać w domu Rabów dużą kolekcję żużlowych trofeów. 12 lat w kadrze, rola lidera w ligowej drużynie. Zrealizował wiele ze swych życiowych planów, na wiele innych zabrakło, niestety, czasu.
Kilka razy na drodze do lepszych wyników stanął po prostu pech. Jeszcze w początkach kariery pozbawił go tytułu młodzieżowego mistrza Polski. Wygrane cztery wyścigi, defekt w ostatnim i tylko czwarte miejsce. Ale nawet Ivan Mauger w ten sposób przegrywał. Raba ma na koncie czołowe lokaty w mistrzostwach Polski, z wicemistrzostwem w 1982 roku. Wiele razy był w czubie Złotego Kasku, regularnie lokował się w czołowej trójce tzw. biegopunktówki ligowej. Potrafił wygrywać z najlepszymi na ich torach, a komplety punktów w Opolu stanowiły coś normalnego.

Mówi o sobie, że nie był cudownym dzieckiem, nic nie dostał za darmo, musiał wypracować to własnym wysiłkiem, samozaparciem w trudnych momentach. Doskonałą szkołą były starty w lidze angielskiej. Żółtodziób rzucony na głębokie wody zupełnie dobrze dawał sobie radę w pierwszej połowie sezonu 1978. Za wcześnie jednak uwierzył w swoje umiejętności, rozpoczęło się pasmo kontuzji, operacja łąkotki. Kolejny sezon także szedł jak po grudzie, nastąpiło załamanie.
Anglia jednak wiele go nauczyła, przede wszystkim samodzielności, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Menagera nie interesowało samopoczucie zawodnika, ale punkty, które zdobywał. Nie stać go było na opłacenie mechanika, zawodowcom także nie zależało na uczeniu jakiegoś Polaka. Zimny wychów dał jednak efekt – odtąd nigdy już nie miał kłopotów z ?przełożeniem? motocykla do warunków toru, potrafił przygotować silnik, zdobył wiedzę o niuansach powodujących, że jeden motocykl chce jechać, a drugi jest „osiołkiem”. Dzięki temu potrafił też pokonać siebie, swoją niewiarę, przełamać kryzys i dojść do klasy sportowej, jaką niewielu w kraju udało się osiągnąć.

– To były zresztą inne czasy – uśmiecha się trochę smutno. – Dziś, mimo upływu tak niewielu lat, nie widzę już u młodych zawodników tej naszej radości z uprawiania sportu. Kiedy mówię, że nie jeździliśmy dla pieniędzy, ale dlatego, że tego chcieliśmy, że żyliśmy sportem, bo sprawiał nam ogromną frajdę – ludzie pukają się w czoła. Pieniądze oczywiście także były, żyliśmy z uprawiania żużla, ale nie one były najważniejsze. Mogły być zresztą większe. Wystarczyło przecież „puścić” parę meczów, zmieniać kluby i za każdym razem inkasować. Liczył się jednak wynik, a nie kombinacje. Różnych propozycji nie brakowało, ale uważałem, że nie fair będzie odejście z klubu, w którym się wychowałem, zerwanie więzi z kolegami, kibicami. Może to dziś już nieco staroświeckie poglądy, ale ja tak właśnie rozumiem sport.

Taką też postawę prezentował na torze. Nigdy nie spowodował żadnego wypadku, zawsze w czystej walce udowadniał swoją wyższość nad rywalami. – Nie mogło być inaczej: żużel niesie zbyt wiele niebezpieczeństw, aby dodatkowo prowokować los – mówi. – Tak jak w lotnictwie ilość startów powinna się zgadzać z liczbą lądowań, tak samo czwórka ruszających spod taśmy startowej powinna w komplecie kończyć wyścig. Na tor wyjeżdżamy, aby walczyć, wygrywać, ale nie za wszelką cenę.
To też zapewniało mu uznanie, zarówno w żużlowym światku, jak i u kibiców. – Jeśli mogę mówić o sukcesie – stwierdza – o który tak mnie pan ciągle wypytuje, to właśnie moje czyste sumienie; fakt, że mogę dziś każdemu spojrzeć w oczy, jest moim największym sukcesem.

Leonard Raba dziwi się, że wybrałem go sobie na bohatera. Twierdzi, że tak na gorąco trudno mu dokonać jakichś analiz, rozważać, dlaczego tak, a nie inaczej pokierował swoim życiem. Bez fałszywej skromności może powiedzieć, ze jednak czegoś w sporcie dokonał. Ale czy może nazywać się człowiekiem sukcesu? Przecież wielu rzeczy, o jakich myślał, marzył, nie udało mu się dokonać. To co osiągnął, okupił ciężką pracą, wyrzeczeniami, także kosztem rodziny, która w latach jego startów była na głowie żony i właśnie dzięki niej mógł całkowicie oddać się swojej pasji. Wiadomo, ile dla sportowca znaczy spokój, możliwość maksymalnego skupienia się na tym co robi. Miał ten luksus.
Dziś bez przeszkód pełni rolę głowy domu, ale jednak gdzieś tam kołacze się myśl o powrocie na tor. Ciągnie go tam… Jeździ na stadion, na którym spędził tyle lat, pomaga kolegom: wie, że teraz pozostało mu już tylko kibicowanie. Jednego wszakże jest pewien – gdyby mógł zacząć jeszcze raz, znów zostałby żużlowcem…
TADEUSZ WYSPIAŃSKI

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Powyższy reportaż został nagrodzony w Konkursie im. Jana Rottera.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.