Jego w tym „Głowa”, by wygrywać

Po serii rozstań z kilkoma piłkarzami, Wisła doznała niebagatelnego wzmocnienia. Dwuletni kontrakt, po tyleż trwającej nieobecności, podpisał Arkadiusz Głowacki. Według powszechnych oczekiwań, ma być filarem defensywy krakowskiego zespołu.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Nadzieje biorą się z pamięci, wszak Głowacki jest powracającym świadkiem chwalebnych czasów – zwłaszcza świetnych występów „Białej Gwiazdy” w europejskich pucharach w pierwszej połowie ubiegłej dekady, ale i późniejszych, choćby z lat 2008-09. – Mam bardzo miłe skojarzenia związane z Arkiem z mojego poprzedniego pobytu tutaj – nawiązuje do tego drugiego okresu wiceprezes klubu, Jacek Bednarz, dorzucając kilka superlatywów („postać wyjątkowa”, „nie tylko wybitny sportowiec, ale i człowiek”).
„Głowa” trafił do Wisły z Lecha Poznań w połowie sezonu 1999/2000, a latem 2010 roku przeniósł się do tureckiego Trabzonsporu, w barwach którego sześciokrotnie zagrał w Lidze Mistrzów. – Już dziesięć lat w Wiśle nauczyło mnie, że z presją można żyć – wyjaśnia pytany o wiązane z nim nadzieje. – Miałem to szczęście, że zawsze występowałem w klubach, które o coś walczyły, więc cieszę się, że tak będzie dalej.

Trener Michał Probierz twierdzi, że już podczas pierwszej rozmowy z prezesem po przyjściu na Reymonta poruszyli temat ściągnięcia zawodnika pokroju Głowackiego: „Z doświadczeniem, charakterem, związanego emocjonalnie z klubem”. – Grałem nawet przeciwko niemu, ale lepiej pamiętam obserwację z ławki i waleczność Arka – mówi. – Wierzę, że nie braknie mu jej także teraz.
Tych dwóch aspektów nie da się rozdzielić; to z jednej strony powrót sentymentalny, ale z drugiej: nowe wyzwanie – tłumaczy 33-letni stoper. – Chciałbym się znowu sprawdzić, znowu zwyciężać. Nie spodziewam się, żebym cokolwiek dostał tu na tacy, jestem gotowy na rywalizację, ale też chcę pomoc młodszym kolegom z obrony swoją wiedzą.

Prawie dokładnie 10 lat temu „Głowa” wyjechał na mistrzostwa świata do Korei, gdzie zaliczył udany występ przeciwko USA. Późniejsze, jeszcze lepsze, mecze w Pucharze UEFA sezonu 2002/03 wskazywały, że narodził się obrońca europejskiego formatu, ostoja na lata może nie Wisły (bo dość szybko zaczęło się mówić o transferze zagranicznym, np do Olympique Marsylia), lecz na pewno reprezentacji. Jego kariera w biało-czerwonej koszulce potoczyła się jednak inaczej, wiele szans zabrały mu kontuzje.
Znalazł się tylko na liście rezerwowej na nadchodzące Euro 2012. – Przygotowałem się psychicznie, że mogę nie dostać powołania do reprezentacji: zabolało, ale tylko przez chwilę – zwierza się. – Życie nie kończy się na mistrzostwach.
Istnieje jeszcze teoretyczna możliwość dołączenia do drużyny narodowej w zamian za któregoś z kontuzjowanych kolegów, ale Arek się od niej odżegnuje. – Przez kilka tygodni nie miałem klubu, nie miałem gdzie ćwiczyć, więc trudno o formę. Nie chcę tam tylko „być” – podkreśla. – Reprezentacja to już raczej temat zamknięty.

Głowacki wrócił taki jak dawniej. Dyplomatyczny: „Nie moją sprawą jest komentować zamiary transferowe klubu” (o ewentualnym powrocie do składu innych dawnych wiślaków). Uprzejmy: „Kiedy pojawiła się oferta Wisły, to nie było już żadnych innych opcji. Gdy odchodziłem, od razu powiedziałem, że chciałbym tu wrócić; nie wiedziałem tylko w jakiej roli„. Z poczuciem humoru.
Pytany o największe zmiany zastane przy Reymonta po dwóch latach nieobecności, zaczął mówić o składzie personalnym szatni. Zreflektował się na suflowane z boku: „Stadion! Stadion!„. – No racja, stadion! Ciągle oglądałem go w telewizji i dlatego już się z nim oswoiłem; nie wydaje się nowością – odpowiadał z uśmiechem. – Fajnie będzie na nim grać, ale przede wszystkim – życzyłbym sobie, by ten stadion był pełen ludzi.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj