Jeśli MMA, to tylko przy Piastowskiej

Wśród ogromnych emocji i niezwykle twardej, fizycznej walki koszykarze AGH pokonali po dogrywce Biofarm Basket Poznań, 81:77. Okupili to utratą swojego kapitana, Tomasza Zycha.

Opisywaliśmy TUTAJ, jak zaczął się sypać skład „Agiehowców” w ciągu minionego tygodnia. W piątek rozstrzygnęła się sprawa Kamila Sulimy. – Rozwiązaliśmy z nim kontrakt za porozumieniem stron, wieczorem wystawiliśmy mu „list czystości”, ma grać w Legii Warszawa – ucina ich trener, Wojciech Bychawski.
Marek Szumełda-Krzycki ciągle ma mocno opuchniętą nogę w kostce, a Damian Kalinowski wprawdzie uczestniczył w rozgrzewce ze stabilizatorem na kolanie, ale później nie pojawił się już na parkiecie. Na domiar złego, w czwartej kwarcie z dość wysokiego pułapu upadł na prawą rękę Zych. Został przewieziony do szpitala, okazało się, że ma złamaną kość promieniową. Od razu wieczorem był operowany, zabieg trwał 2,5 godziny, wstawiano mu m.in. metalowe elementy w przedramię. W poniedziałek ma wyjść ze szpitala, jednak nie wiadomo, ile potrwa przerwa.
Naprzeciwko stanęła drużyna-niespodzianka, wszak Biofarm w tym roku kalendarzowym załatwiał odmownie tuzów I ligi: Sokoła Łańcut (w styczniu), Legię Warszawa (we wrześniu, na jej parkiecie) i GTK Gliwice (w listopadzie, odrabiając 19-punktową stratę). – To team z wielkim sercem, prowadzony przez jednego z 2-3 najlepszych szkoleniowców w tej lidze. Mówiłem, że to będzie najtrudniejszy mecz, to ludzie się ze mnie śmiali. A co się działo? – pyta retorycznie Bychawski. – Cud Boży, że w tym składzie uciągnęliśmy go i to z dogrywką.
W obu kadrach łącznie znalazło się tylko czterech zawodników z ósemką na przodzie Pesela, reszta urodziła się w latach 90., często dopiero w ich połowie. Konfrontacja tak młodych i ambitnych chłopaków musiała być szalona.

Od pierwszych minut wpadli w bokserski klincz, a atrakcją były pojedynki Adama Metelskiego z Maciejem Majem i Filipa Struskiego z Michałem Borówką. Ten ostatni szybko rozdał dwie „czapy”, trzecią dołożył w drugiej kwarcie. Obdarował nimi różnych rywali, a Filip jest kolejnym, który wdepnął na „Borówę” i poślizgnął się poniżej swoich średnich zdobyczy punktowych.
Przyjezdni byli jednak bardziej opanowani w ataku, szybko zabrali krakowianom trzy piłki, finalizowali kontry. Wynik brzmiał 0:7, 4:15 i gdyby nie dwie „trójki” Jakuba Krawczyka, na koniec pierwszej odsłony przewaga byłaby wyższa niż 14:21.
W drugiej części rywalizacja wyrównała się także na tablicy świetlnej. Borówka dwukrotnie zameldował się pod „dziurą” (w tym po finezyjnej asyście „Krawca”), a Bartosz Wróbel – tyleż razy – na łuku. 25:24, 27:33 po rzutach Metelskiego i Piotra Wielocha, a rezultat do przerwy na 32:33 ustalił z obwodu Zych.

Najtrudniejszy do uchwycenia dla miejscowej defensywy był Piotrek „Szybka ręka” Wieloch, który w trzeciej odsłonie zdobył 9 „oczek”, a w każdej składał się tak błyskawicznie, że można było oglądać piłkę w obręczy, zanim człowiek na dobre zdążył zareagować. Im bliżej kosza jednak tym większa trwała naparzanka, w której jak ryba w wodzie czuł się Bartłomiej Podworski. Na ławce są jeszcze wygniecenia, jakie zostawił po długim siedzeniu, ale teraz nadszedł jego czas, zaliczył już drugie z rzędu double-double. W pewnym momencie sfrustrowany Mateusz Migała odepchnął „Potwora”, na którym właśnie odgwizdano mu faul, za co został ukarany odesłaniem do szatni. Poznaniacy oskarżali Bartka o przytrzymywanie i prowokacje. – Nawet nie mam do niego o to pretensji, tylko do sędziów, że na to pozwolili – denerwował się jeszcze po ostatnim gwizdku opiekun Biofarmu, Przemysław Szurek.
W trzeciej kwarcie było 32:37, 39:37, 41:43, 50:47 i 50:51, a w czwartej starał się tonować nastroje podopiecznych: „To jest jeden mecz! Będzie jakaś sytuacja, podnieście ręce. Sędziów zostawcie mnie. Głowa i spokój” – gestykulował.
I poskutkowało, goście odskoczyli na 52:60 i 59:67. Kolejną dobrą zmianę dał jeden z najstarszych, 29-letni Tomasz Smorawiński, a drugą – najmłodszy, 18-letni Mikołaj Kurpisz (wcześniej szkolnym zwodem wyrwał przeciwnika z korzeniami). Dysponujący dynamitem w nogach Mateusz Bręk siatkarską ścinką zgasił Krawczyka. Ich bohaterem mógł zostać Jakub Fiszer. Przez większość spotkania świetnie pilnował Wróbla (co obaj okraszali „brudnymi gadkami”), a w tamtym okresie wcelował dwukrotnie za trzy. Kiedy jednak malała różnica, na kilkadziesiąt sekund przed końcem, zgubił piłkę naciśnięty przy linii końcowej, przez „Krawca” i Podworskiego. Ten drugi trafił z bliska, więc na 5,4 sekundy przed syreną było 69:70. Fiszer uciekał przez dwie sekundy, sfaulowali go, wykorzystał jednego z dwóch osobistych, zrobiło się 69:71.
Krawczyk, zarządzający interesem pod nieobecność Zycha, z konieczności wariacko przymierzył z daleka, spudłował, a Rafał Zgłobicki zebrał i dobił. – Poszedł na dechę jak banger! Widzę, że wreszcie zaczyna rozumieć, na czym polega różnica między drugą ligą a pierwszą – ekscytuje się trener występem zawodnika, który miał bardzo dobre wejścia z rezerwy.

Bychawski opowiada, że prezes KOZKosz, w przeszłości uznany szkoleniowiec, Zdzisław Kassyk powiedział do niego po meczu, iż właściwie każda akcja dzisiaj to był faul którejś z ekip. Wojciech dorabia (czy raczej – jak to określa – zarabia na koszykówkę) jako ochroniarz w jednym z krakowskich klubów nocnych. Na trybunach pojawili się jego kumple po fachu, uprawiających mieszane sztuki walki i wszyscy byli zachwyceni. – A nasz szef ochrony, który ćwiczy brazylijskie jiu-jitsu, stwierdził, że takich starć nie powstydziłby się na macie – śmieje się.
Tego samego wieczoru w Tauron Arenie odbywała się gala KSW, lecz to w hali przy Piastowskiej można było zobaczyć walkę bez ściemy, fanfaronady i lansu. To nie był mecz dla koneserów basketu, za to cechy wolicjonalne, ekspresja i zaciętość z obu stron osiągnęły taki pułap, że mogły poruszyć każdego widza, niekoniecznie lubiącego tę dyscyplinę, czy sympatyzującego z którymkolwiek z zespołów.
Ozdobą stała się niezwykła akcja w dogrywce, kiedy wielu zawodników, schylonych bądź na kolanach, biło się o piłkę, pozostającą na 0,5-1,5 metra wysokości i tak przeprowadzili ją niemal od jednej „trumny” do drugiej.
Przez ostatnie 12 sekund, poczynając od stanu 78:77, gospodarze trzykrotnie mieli rzuty wolne, za każdym razem wykorzystywali tylko jeden, ale dwukrotnie zbierali po sobie. Właśnie zbiórki ofensywne akademików, nie tylko w tym momencie, Przemysław Szurek uważa za jeden z głównych elementów ich powodzenia. – Wie pan, jaka jest średnia wieku mojego składu? 21 lat. I to powoduje, że gramy falami – puentuje.
– Klucz sukcesu? Zespół! Zespół AGH! Tylko zespół. Zespół, zespół, zespół! – powtarza Wojciech Bychawski.
PAWEŁ FLESZAR

AGH Kraków – BIOFARM BASKET Poznań 81:77 pd. (14:21, 18:12, 18:18, 21:20, d. 10:6)
Sędziowali: Grzegorz Dziopak, Michał Szybisty i Grzegorz Łata. Widzów: 220.
AGH: Wróbel 15 (3×3, 7 zb.), Zych 12 (2×3, 7 as, 4 zb., 2 prz.), Maj 9 (7 zb.), Borówka 4 (6 zb, 3 bl.), Wasyl oraz Krawczyk 19 (3×3, 9 as.), Podworski 15 (10 zb.), Zgłobicki 7 (1×3, 6 zb., 2 prz.). Trener: Wojciech Bychawski.
BASKET: Wieloch 24 (3×3), Fiszer 14 (2×3, 5 zb., 2 prz.), Metelski 12, Struski 5 (7 zb.), Bręk 2 (10 zb., 2 bl.) oraz Smorawiński 13 (2×3, 5 zb.), Kurpisz 6, Stankowski 1, Gruszczyński, Migała. Trener: Przemysław Szurek.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.