Jest port wielki jak świat

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 29 sierpnia 2002 r.

Wyjeżdżają. Od lat, wszędzie. Często dopiero w obcych krajach ich talent i nabyte w Polsce umiejętności zakwitają pełnym blaskiem.
Trenowani przez Stanisława Szczyrbę szwedzcy lekkoatleci zdobyli ponad sto pięćdziesiąt medali różnych imprez. Islandzka tyczkarka, Vala Flosadottir zajęła trzecie miejsce na olimpiadzie w Sydney, dwa razy pobiła rekord świata.

– Przyjedź na pół roku, rozejrzysz się – zachęcał kolega pracujący w Lund, położonym na południu Szwecji ośrodku uniwersyteckim. Stanisław Szczyrba wyjechał na początku lat 90., po pół roku zrobiło się następne pół, potem rok. Nie rozglądał się za wiele, wziął się do roboty; jedna z lokalnych gazet napisała: „Renesans lekkoatletyki w Lund za sprawą polskiego trenera”. Po czterech latach odpowiedział w wywiadzie: „Przenoszę się do Malmoe, bo chcę trenować ludzi, którzy osiągają wartościowe wyniki na świecie, a nie pokazują się tylko w Skanii”.

Razem z nim przeniosła się do MAI – klubu lekkoatletycznego Malmoe – blondwłosa Islandka, Vala Flosadottir. Przyjechała do Lund w wieku piętnastu lat, z rodzicami. Matka studiowała teologię, ojciec – ksiądz protestancki – pracował w jednej z parafii.
Kiedy pierwszy raz wzięła do ręki tyczkę, jej późniejsze rywalki trenowały już od pięciu lat, skacząc po 3.90, ale układ sił szybko się zmienił. Islandka zaczęła bić rekordy świata juniorek, zdobyła juniorskie i młodzieżowe mistrzostwo Europy, a w 1996 roku, w wieku 18 lat, wywalczyła prymat na kontynencie w kategorii seniorek. – Początkowo wcale nie było po niej widać talentu; ciężką, bardzo solidną pracą doszliśmy do wszystkiego – wyjaśnia Szczyrba. – To był polski styl prowadzenia zawodniczki: ostro, po wynik. Zmuszałem ją, miałem konflikty z mamą.

Dziewczyna miała apetyt

Wychowywał się w podłańcuckich Białobrzegach. W ogrodzie wiejskiego gospodarstwa rodziców urządził ministadion. Wystrugany z brzozy kij służył za tyczkę, trzy inne, zbite gwoździami, to były stojaki, lądował na słomie, trocinach. Teraz pracuje w nowoczesnej, funkcjonalnej hali w Malmoe. – To moje królestwo – zatacza szeroko dłonią. Jest jedynym trenerem zatrudnionym w MAI na pełnym etacie, z dwoma tysiącami dolarów pensji.
Po pierwszych sukcesach Flosadottir zakontraktował go także Islandzki Związek Lekkoatletyczny.

– Zaczęli się wtrącać do wszystkiego, podpowiadać – jeszcze dzisiaj irytuje się Szczyrba. – Miała kłopoty z utrzymaniem wagi. Byliśmy przez tydzień na Igrzyskach Dobrej Woli w Nowym Jorku, widziałem jak je. Po powrocie zważyłem ją: 72.5 kilograma. Mówię: „Wala, przez dwa miesiące, do mistrzostw Europy w Budapeszcie, musisz schudnąć półtora kilograma”. A ona przytyła dwa kilogramy… Potem już cały czas tylko do góry szła.
Powodem nieopanowanego apetytu Flosadottir mogły być problemy rodzinne. Ojciec, który odkrył w sobie skłonności homoseksualne, porzucił żonę i córki. – Wrócił do Islandii, a kiedy już Vala była sławna, udzielił wywiadu, w którym zwierzył się, że żyje z reżyserem filmowym – opowiada Szczyrba. – Mieszka w Reykjaviku i udziela ślubów parom facetów.

Stacy na materacu

Chłopak ze wsi nie bał się żadnych wyzwań. Pierwszy raz w życiu pojechał do Warszawy, aby bez najmniejszej protekcji zdać na Akademię Wychowania Fizycznego. Utrzymywał się sam ze stypendium, był kolegą Tadeusza Ślusarskiego i Wojciecha Buciarskiego w tyczkarskiej kadrze Polski. Należał do pierwszej piątki dziesięcioboistów w kraju. Po studiach i zakończeniu kariery został trenerem w AZS AWF, później przeniósł się do Skry. Jego wychowankowie zdobywali złote medale juniorskich mistrzostw Polski w tyczce i wieloboju. 23 lata był pracownikiem Studium WF SGPiS, w każde wakacje wyjeżdżał do Szwecji. – Pensja trenera nie wystarczała mi na benzynę, na przejazdy z Gocławia na SGPiS i AWF – wspomina dawne realia.

***

Mimo kłopotów z wagą, Vala Flosadottir zanotowała w 1998 roku serię wyśmienitych występów, dwa razy bijąc rekord świata. Rok później zdobyła wicemistrzostwo globu w hali, natomiast w Sydney – pierwszy w historii Islandii medal olimpijski – „brąz”. Regularnie zaczęła jednak skakać wyżej Amerykanka Stacy Dragila. – Dawniej Vala wygrywała z nią jak chciała, gdyby tak się nie zapuściła, byłaby lepsza i na olimpiadzie. Kiedy na zawodach w Valencji skoczyła 4.35, miała zapas na 4.70 – twierdzi Szczyrba. – Z drugiej strony, podziwiam Stacy, bardzo fajna dziewczyna. Ma charakter, wspaniały charakter i talent. Przyjechała do Szwecji na mityngi jako nikomu nieznana amerykańska tyczkarka. Andrzej Kulikowski prosił, żeby się nią zaopiekować. Przez trzy tygodnie trenowała tutaj, nie miała pieniędzy, nie miała gdzie mieszkać, spała na materacu w pokoju mojej córki. Potem wygrała coś na mityngu we Francji i strasznie się cieszyła: „Stanley, zobacz, można zarobić pieniądze skacząc o tyczce!”. Nie było jej lekko, miała się rozwodzić z mężem, który ją bił. Dobrze, że jej się ułożyło; dwa lata temu przyjechali tutaj: on kochający, ona zadowolona.

Wiosenna ruchawka

Czystość, porządek. Odnowione kamienice, schludne bloki, wykwintne wille Malmoe. Z czerwonej lub żółtej cegły, jakby nie znali wielkiej płyty i betonu. Bez ekstrawagancji, bijącego w oczy nuworyszowskiego bogactwa, zewsząd emanuje nastrój spokojnego dostatku. – Dla Szwedów to jest powszednie, normalne. Tu wszystko jest dobrze poukładane, tak po prostu ma być – konkluduje Szczyrba. – Oni jak mają coś organizować to najpierw jest mnóstwo przygotowań teoretycznych. Kiedy moja grupa miała wyjechać na wycieczkę do Stanów, komitet rodzicielski zebrał się dwa lata wcześniej! Rodzice spotykali się regularnie, co najmniej raz w tygodniu. Zawsze jest dużo spotkań, dużo kawy… U nas wiele rzeczy robi się na „hurra”, ale to tez ma swój, inny urok.

Z wielu punktów miasta widoczny jest potężny dźwig portu, ale od dwóch lat Malmoe łączy z kontynentem także majestatyczny most przerzucony nad cieśniną Sund, do Kopenhagi. Szosa wznosi się 70 metrów nad lustrem wody, pod nią – tory kolejowe. Co roku MAI wspólnie z lekkoatletycznym klubem z Kopenhagi organizuje na moście półmaraton. Opłaty wpisowe na imprezę są sporą częścią budżetu pracodawcy Szczyrby, inną – masowy bieg kobiet, odbywający się w maju w Malmoe. – Jego nazwę można przetłumaczyć jako: „Wiosenna ruchawka”; zgłasza się kilkanaście tysięcy kobiet, każda wpłaca po pięćset koron – wyjaśnia polski trener.

Nasycona bogini

Wpływy MAI uzupełniają dochody z ogólnokrajowej loterii, wspierającej szwedzkie kluby. Jest jeszcze kawiarenka i centrum fitness. MAI jednak musi sam utrzymać wszystkich pracowników, dzierżawioną od miasta olbrzymią halę, w której zimą co tydzień odbywają się mityngi różnej rangi. Lekkoatleci opłacają składki członkowskie, pokrywają koszty obozów. Trenuje ich w klubie ponad czterystu, 34 pod kierunkiem Szczyrby. Nie ma już wśród nich Vali Flosadottir. – Po olimpiadzie udzieliła wywiadu, że zerwała współpracę z trenerem, wyjeżdża do USA, poprawić szybkość – opowiada szkoleniowiec. – Kiedy wróciła i chciała u mnie ćwiczyć, „zajarzyłem się”; powiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Teraz na każdych zawodach zajmuje ostatnie miejsca, ostatni sezon skończyła z najlepszym wynikiem 4,21, jaki miała w wieku 17 lat. W Islandii jest boginią, nie da się już nad nią zapanować. Jest nasycona.

Jego syn, Paweł Szczyrba, przed kilkoma sezonami pobił rekord Polski juniorów w hali, jest członkiem naszej kadry. – Związał się z dziewczyną, która go niszczyła psychicznie; nieszczęśliwa miłość zabrała mu dwa lata. Teraz zerwali ze sobą, mam nadzieję, że ostatecznie – mówi ojciec.
Efekty przyszły szybko; w ostatnim miesiącu Paweł wywalczył dwa złote medale mistrzostw Polski: seniorów i młodzieżowców.

Dar właściwych rad

Po ulicach Malmoe w spacerowym tempie, 45 kilometrów na godzinę, jeżdżą samochody. Kierowcy widząc oczekujących przy przejściu pieszych zawsze (!) zatrzymują się, by ich przepuścić. Nie wszyscy Szwedzi są tak uprzejmi. – Tutaj jest olbrzymia zazdrość – uważa Szczyrba. – Nie lubią mnie, bo mam wyniki, a jednocześnie jestem kontrowersyjny, dużo wymagam. Klub obchodzi 90-lecie, gala, a ja nawet nie jestem zaproszony. Przychodzi do nagrody, to dostaje woźny, a ja nie.
Podopieczni Szczyrby na każdym szwedzkim czempionacie zdobywają większość klubowych medali. Szkoli zawodników różnych konkurencji, kilku narodowości. – Jakie są przyczyny sukcesów, metoda? Tę pracę mam w charakterze; jestem solidny dociekliwy, systematyczny. Mam tez taki dar: udzielam właściwych, najbardziej potrzebnych w danym momencie rad. Mam wyczucie, co poprowadzi zawodnika do postępu.

Wyniki Vali Flosadottir może przebić Philip Nossmy, mistrz Europy juniorów na 110 metrów przez płotki. – To straszny talent, straszny; ma wszystko, żeby biegać 13 sekund, ale jednocześnie to ciężki charakter – opisuje trener. – Nie można mu nic kazać, najwyżej – podpowiedzieć. Jest niesamowicie niezależny, uparty. Szwedzki komitet olimpijski wybrał pięciu młodych zawodników, żeby ich wspomagać stypendium w wysokości 15 tysięcy koron rocznie. Trzeba było pojechać na badania, a Philip w ogóle się nie zgłosił, olał to. Po prostu olał. Zresztą w całej Skandynawii nie ma chęci osiągnięcia wyniku za wszelką cenę; 20-latkowie rezygnują ze sportu, bez względu na osiągnięcia. Inna mentalność.

Wiem, gdzie jadę

Imponuje kompleks sportowy Malmoe. Stadion piłkarski na 28 tysięcy widzów, nieopodal dwadzieścia boisk treningowych; jedno ze sztuczną nawierzchnią, jedno z mineralną, pozostałe trawiaste. Przez sześć lat, do niedawna, kolejen stopnie futbolowego wtajemniczenia, zdobywał tu Zlatan Ibrahimović. – Tutaj każda dzielnica ma boisko, a murawa lepiej wypielęgnowana, niż ta na Legii, czy na Wiśle – dodaje Szczyrba. Obok hali lekkoatletycznej stoi następna; z pełnowymiarowym boiskiem piłkarskim i ścianą do wspinaczki. Naprzeciwko – pięciotysięczna hala do dyscyplin zespołowych, połączona oszklonymi korytarzami z taką samą, hokejową. W tej ostatniej mieści się też kościół protestancki, centrum wystawowe, sala kongresowa, przedszkole, restauracja. Napowietrzny rękaw, nad ulicą, prowadzi z niej do ogromnego domu handlowego.

Wszystko leży obok parku, jednego z wielu, którymi szczyci się miasto. Można w nich pozachwycać się pocztówkowymi widoczkami, urządzić sobie piknik na trawie, albo poszusować na rowerze ścieżkami pośród krzewów. Tak jak się jeździło w rodzinnej wsi. – Jeżeli mam jakąś tęsknotę, to do Białobrzegów; natura, przyroda mi je przypomina – zwierza się Szczyrba, którego rodzina zasiedziała się już w Malmoe. Żona prowadzi własną restaurację, córka po studiach jest dietetyczką w szpitalu. – Rodzice jeszcze żyją, mają po osiemdziesiąt lat, odwiedzam ich co najmniej raz w roku. Na dwa tygodnie; akurat, żeby drzewa narąbać na całą zimę. Kiedy przyjeżdżam do Polski, widzę niechlujstwo, znieczulicę i trochę się denerwuję, ale wiem, gdzie jadę, jestem wtedy u siebie. Zostanę chyba jednak na stałe w Malmoe, bo przeraża mnie bandytyzm w Polsce. Niedawno wszedł przepis ułatwiający zdobycie szwedzkiego obywatelstwa. Ja jednak nigdy o to nie występowałem i nie wystąpię. Normalny Polak jestem.
PAWEŁ FLESZAR

WSZYSTKIE TWARZE SOCJALIZMU
Szwecja jest spełnionym marzeniem socjalistów. Nie pozbawionym dewiacji. Państwo opiekuńcze zapewnia bezrobotnym obywatelom i mieszkańcom posiadającym prawo stałego pobytu zasiłek w wysokości 1000 dolarów miesięcznie. – Można za to żyć na niezłym poziomie – zapewnia Szczyrba.
Niejednokrotnie to minimum socjalne bezrobotnych równe jest pensji ludzi, którzy normalnie pracują. Większe uposażenie przysługuje matkom samotnie wychowującym dzieci, więc emigranci często nie zawierają małżeństw. – Oszukują na różne sposoby; znam wielu Polaków, którzy nie przepracowali tutaj ani godziny, a mają renty i emerytury – opowiada Szczyrba. – Bezrobotnym nie wolno mieć majątku stałego, mieszkania czy samochodu, ale rozbijają się kupionymi z zasiłku mercedesami, zarejestrowanymi na inne osoby. Szwecja płaci za wszystko.

JAK RODZI SIĘ RASIZM
Od lat Szwecja to raj azylantów; 40 procent mieszkańców Malmoe jest pochodzenia nieszwedzkiego. – Jednocześnie panuje rasizm – twierdzi Stanisław Szczyrba. – Pomoże się stu osobom z Afryki – miałem takich w klubie, bardzo dużo było leni – ale oni opacznie pojmują panującą tutaj swobodę, tolerancję; zachowują się bezczelnie, prowokacyjnie. Przykłady? W szwedzkich szkołach nie wolno karać uczniów. No to wystawiają nogi na ławki, do nauczycielek zwracają się: „Ty taka, owaka”. Mój znajomy uczył w szkole, a teraz jest na zwolnieniu lekarskim, bo wysiadł psychicznie. Miał klasę, w której była muzułmanka. Powiedziała, że on nie może prowadzić z nią zajęć, bo jej nie wolno ściągać chusty w obecności mężczyzny. I dyrektor przeniósł go do innej klasy, bo ona zaprotestowała. W Szwecji! Te sto osób z Afryki potrafi wprowadzić taki zamęt, że dwieście tysięcy Szwedów ich nienawidzi.

WÓDKA NA KIELISZKI
Najskuteczniej drenują kieszeń papierosy i alkohol. Chcesz wypić najdroższe piwo swojego życia – jedź do Szwecji. Jej mieszkańcy zaopatrują się często w chmielowy napój w Danii, przywożąc go stamtąd skrzynkami. Innym sposobem zapobiegania alkoholizmowi jest ograniczenie sprzedaży do sieci System Bolaget. W soboty i niedziele jednak nawet tam można tylko pocałować klamkę, a pragnienie ugasić (po horrendalnej cenie) w restauracji. Jeszcze w latach 80. i pierwszej połowie 90. bohaterską walkę z tymi represjami toczyli Polacy. Kupowaną na promach wódkę szmuglowali do Ystad czy Malmoe, a tam w parkowych krzakach sprzedawali spragnionym Szwedom na kieliszki. – Przebitka była taka, że za dwie flaszki ludzie ze Szczecina i Świnoujścia mieli w Polsce ćwierć miesięcznej pensji – opowiada Stanisław Szczyrba.

BOGOWIE WOLNEGO KRAJU
Szwecja cieszy się opinią państwa o stosunkowo niskiej przestępczości. I to mimo nie rzucającej się w oczy policji. – Niewidoczni? Zrób coś tylko, a za minutę będą przy tobie – kontruje Szczyrba. – Mówi się, że to wolny kraj. Guzik. Jest tu straszny reżim, a policjanci to bogowie. Bogowie! Kontrola prywatnych rozmów telefonicznych, wiele nagrywanych; jak jesteś podejrzany, to korzystają z tego. Nie możesz przekroczyć szybkości, źle zaparkować, bo zaraz ładują wysokie mandaty. Dzięki temu jest jednak porządek, spokój, wszystko zaszufladkowane. Czasami nawet nie zamykam mieszkania.

Skomentuj