Julia nie stoi na balkonie

W niezwykle emocjonującym boju koszykarki Politechniki Korony Kraków zwyciężyły SMS Łomianki 52:51, ale brązowe medale zawisły na szyjach żywiołowych licealistek.

Było to spotkanie o tyle wyjątkowe w koszykówce, że mógł paść w nim remis. W myśl regulaminu, o 3. miejscu w I lidze decydował bilans dwumeczu traktowanego jako całość. A że w minioną sobotę w Łomiankach gospodynie były lepsze 61:57, we wtorkowy wieczór dogrywkę mogła dać jedynie 4-punktowa przewaga krakowianek.
Tyle że już przygotowanie do konfrontacji odganiało wszelkie myśli o jakimkolwiek polubownym rozstrzygnięciu. Akademicka ekipa od dawna szlifowała wejścia z piłkami, kiedy uczennice jeszcze przerabiały ćwiczenia wyzwalające dynamikę, wiwatując po każdej zakończonej sekwencji. Wykonując dwutakty bez kozła cała drużyna głośno liczyła kolejne celne, a po dwunastu z rzędu (gdy któryś zostanie zepsuty zdarza im się powtarzać serię od zera) przechodziła do rzutów osobistych. Do tego wprawki z obrony indywidualnej „na sucho”.
Podczas prezentacji witały każdą wyczytywaną przeciwniczkę dwoma krótkimi, mocnymi klaśnięciami w dłonie, a zakończyły rozgrzewkę tak pobudzone, jakby o własnych siłach miały za chwilę lecieć na Księżyc. Wyładowywały się z zderzeniowej walce na boisku, a cała bezustannie dopingująca ławka zrywała się na równe nogi po punktach zdobytych przez koleżanki.

Po „trójkach” Agnieszki Krzywoń (na 9:4) i Karoliny Wilk (25:20) miejscowe miały różnicę dającą „brąz”. W pierwszej kwarcie jednak ostudziło ich dziewięć „oczek” z rzędu (2×3) Karoliny Szydłowskiej (po 10 minutach zrobiło się 15:17), a po drugiej przyjezdne zredukowały straty do 28:27.
W trzeciej odsłonie bardzo dobrą zmianę dała Kamila Ciężadło, trafiając za trzy oraz za dwa i zapalając na tablicy 37:30. Rzut Krzywoń zaowocował wynikiem 39:32, a po pół godzinie było 39:35. Paradoksalnie, to chyba ten fragment przesądził o niepowodzeniu miejscowych. Przejęły inicjatywę i mogły uzyskać nawet kilkunastopunktową, względnie bezpieczną przewagę, lecz podstawiła im nogę Liliana Banaszak. Osiemnastolatka, której skóra o barwie kawy z podwójną porcją mleka ładnie komponuje się z gibkością i koszykarskim instynktem, rządziła pod obiema tablicami. Uzbierała double-double z największej na placu ilości punktów i zbiórek, do czego dołożyła trzy bloki, a znaczną część tego uzyskała właśnie w tamtym okresie.
W czwartej części natomiast tanecznym pivotem wykończonym lewą ręką i rzutem z bliska zmieniała zapis na 46:44 i 48:46.

Walka była bezpardonowa. Przewrócona Natalia Klimek tak uderzyła głową o podłoże, że dłuższą chwilę musiała spędzić z lodem przyłożonym na karku, natomiast Agnieszka Krzywoń po kopnięciu kolanem w brzuch zeszła wprawdzie o własnych siłach, ale potem przyjmowała pomoc leżąc na plecach za ławką rezerwowych.
Obie wróciły i zdobywały ważne punkty – Aga na 50:46, na minutę przed końcem, Natalia zaś wcelowała z półdystansu ze spokojem kontrastującym z przeraźliwymi piskami koleżanek i ustaliła rezultat na 52:51.
Wysiłki teamu ciągniętego przez Agatę Rafałowicz zdały się na nic także dlatego, że bardzo ważną „trójkę”, na 50:49, z prawego skrzydła zaliczyła kapitan gości, Julia Niełacna.
Na deser można było jeszcze przekonać się, co temperamentne nastolatki są w stanie zrobić z pucharem, butelką szampana, kilkunastoma medalami, smartfonami i aparatami fotograficznymi, przy nieśmiałym udziale kilku rodziców. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ich inwencja nie została wyczerpana, gdy zganiano je do szatni, bo trzeba było szykować się do powrotu. Dzięki temu ocalała m.in. jedna z siatek na koszu obiektu przy ul. Kamiennej (bo nożyczki zdążyły już wyłudzić od ratownika medycznego).

Jeden z brązowych krążków zawisł na szyi Julii Bazan, która jest z nimi niespełna osiem miesięcy, basket uprawia zaledwie cztery lata i została reprezentantką kraju wychowując się w Łańcucie, gdzie nie ma żeńskiej drużyny koszykarskiej. O niej i jej ciekawej drodze do tej dyscypliny można przeczytać TUTAJ. Kiedy powstawał tamten tekst, z duszą na ramieniu wyjeżdżała do Szkoły Mistrzostwa Sportowego PZKosz, pierwszy raz w życiu opuszczając na dłużej rodzinny dom. – Byłam zestresowana; bałam się między innymi, jak będą mnie traktować starsze dziewczyny, ale okazało się, że nie dokuczają, za to mogę liczyć na ich wsparcie – zwierza się.
Sportowo poradziła sobie nadspodziewanie – w barwach SMS II notując w I lidze średnio po 23 minuty i 9.5 pkt. I posypały się wyróżnienia. Gdy druga drużyna zakończyła udział w rozgrywkach po części zasadniczej, okazało się, że Julia nie spędzi reszty sezonu na balkonie dla widzów. Na play off została przeniesiona do pierwszego zespołu. – Trener Rafał Czyszpak powiedział, że robi to po to, żebym się mogła rozwijać, ale też dlatego, że mogą na tym skorzystać koleżanki – opowiada.
Później opiekun reprezentacji U-23, w nagrodę za zaangażowanie w pierwszym roku pobytu w elitarnej szkole, wpisał ją na listę rezerwową na turniej w Chinach. Niedawno dowiedziała się, że jedną z zawodniczek zatrzymają obowiązki w ekstraklasie, więc to ona  poleci w najbliższy piątek do „Państwa Środka”, a majówkę spędzi w Chongqing i Dazhou, u boku sporo starszych partnerek i rywalek, na spotkaniach z Chinami i USA.
Po powrocie weźmie udział w badaniach kolejnej reprezentacji narodowej – juniorek U-18. Została powołana do 32-osobowej kadry, a majowe testy wyłonią „szesnastkę” przygotowująca się do mistrzostw Europy. – Starszy rocznik, 2000, jest bardzo silny, dodatkowo duża konkurencja panuje na mojej pozycji, ale mam nadzieję, że uda mi się zakwalifikować do zespołu – mówi.

Julia, tak urocza jak bywają tylko 17-latki, za skórą ma diabełka, pieczołowicie hodowanego i całkiem okazałego. W drugiej kwarcie urządziły sobie taki wzajemny masaż z Alicją Grabską, że po dwóch minutach trenerzy ściągali obie, ciężko dyszące. W końcówce z takim impetem skoczyła do zbiórki, że posłała na ziemię faulującą ją, znacznie większą i masywniejszą, Kaciarynę Pratasewicz. Poszła na drugą stronę hali i – w obecności ściskającej kciuki rodziny, która przyjechała z Łańcuta – wykorzystała oba osobiste, zmniejszając straty do 44:42.
Od startu kariery, kiedy zaczęła treningi koszykarskie później od koleżanek, ciągle znajduje się w grupach, w których jest „na dorobku” i musi starać się dorównać innym. – Rzucają mnie na głęboką wodę – kiwa głową. – Ale czuję też, że uważają, że sobie poradzę. Bardzo mi to pomaga, robię postępy. Gdy na ćwierćfinałach mistrzostw Polski juniorek grałam z rówieśniczkami, widziałam, że różnica między nami się zwiększa.
PAWEŁ FLESZAR

AZS POLITECHNIKA KORONA Kraków – SMS PZKosz Łomianki 52:51 (15:17, 13:10, 11:8, 13:16)
Sędziowali: Miłosz Tracz i Bartosz Koralewski. Widzów: 120.
PK: Krzywoń 13 (1×3, 10 zb., 4 as., 2 prz., 2 bl.), Grabska 8 (4 zb.), Homoncik 6 (2×3, 4 zb.), Rafałowicz 6 (7 zb., 6 prz.), Pratasewicz 6 (7 zb., 2 bl) oraz Wilk 6 (2×3), Ciężadło 5 (1×3), Malinowska 2, Owca. Trener: Wojciech Eljasz-Radzikowski.
SMS: Banaszak 15 (12 zb., 3 bl., 2 prz.), Szydłowska 9 (2×3, 5 zb.), Klimek 8 (1×3, 8 zb., 2 prz.), Niełacna 5 (1×3, 4 zb.), Zieniewska 2 (5 as.) oraz Puter 4, Bazan 2, Grzenkowicz 2 (5 zb.), Kośla 2, Ustowska 2. Trener: Rafał Czyszpak.

Komentowanie zablokowane.