Kariera po ostatnim gongu

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 13 czerwca 1997 r. Autor: Tomasz Nowak*.

Bożena Zarenkiewicz śmiejąc się wspomina wydarzenia sprzed 9 lat: – Po zdobyciu medalu w Seulu Janusz otrzymał 3 tysiące dolarów, co było spora kwotą. Godzinami dyskutowaliśmy, co zrobić z takim majątkiem. Nowy samochód? Po co, jak mąż w 4 godziny potrafi łada nad morze zajechać. Wymyśliłam sobie małą kafejkę na parterze małej willi. Tak dyskutowaliśmy, aż okazało się, że pieniądze rozeszły się na sprawy bardziej pilne, przyziemne…


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Drwal

Wspomnienia nie zawsze bywają radosne…
– W połowie lat 80., mimo uprawianej w telewizji propagandy sukcesu, żyło się ciężko – opowiada Janusz Zarenkiewicz. – Nawet w bogatym Zagłębiu Miedziowym przykręcano kurek z pieniędzmi. Przyszedł taki moment, że wyjechałem do Austrii. Początkowo wyglądało to na kontynuację kariery sportowej, jakiś menedżer miał mi zakontraktować walki. Okazało się, że rywale byli tak kiepscy, iż rozwalałem ich jedną ręką. A za takie walki nie dostaje się milionów szylingów. Nie chciałem martwić żony, rodziny, więc telefonicznie opowiadałem, że wszystko jest OK. W rzeczywistości załapałem się do pracy przy wyrębie drzew w Tyrolu. Rąbałem po 8-9 godzin, a ze mną tacy zabijacy, że w Polsce spokojnie mógłbym z nich stworzyć supermocny bokserski team. No i płacone było solidnie i na czas.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

W kraju podniosło się larum, iż Zarenkiewicz przynosi wstyd Polsce Ludowej. No bo jakże – polski sportowiec dorabia siekierą u kapitalisty. Wnioskowano o dożywotnią dyskwalifikację.
– Zadzwoniłem do Polskiego Związku Bokserskiego i zagroziłem, że jak nie skończy się prasowa nagonka na mnie, to nie wracam wcale. Blefowałem, że mam ofertę zawodowego boksowania. W kraju trwały przygotowania do mistrzostw Europy i ostatecznie profilaktycznie zdyskwalifikowano mnie na pół roku.

Gong

Urodził się we wsi Nowy Las, niedaleko Głuchołazów. Do boksu wciągnął go trener Pogoni Prudnik, Stanisław Żuchowski. Po 15 godzinach bokserskich treningów pojechał do Łodzi na ogólnopolską spartakiadę młodzieży i zdobył złoty medal. Sukces powtórzył dwa lata później w kategorii młodzieżowej na turnieju w Chojnicach. Był już wówczas zawodnikiem Moto Jelcz Oława. Pierwszy tytuł mistrza Polski wywalczył w 1981 roku w Zabrzu, wygrywając z Marianem Klassem. Kolejne złote medale zdobywał w: Poznaniu w 1982, Gdańsku – 1986, Krakowie – 1987 i Łodzi – 1989.

Bożena: – Jak się poznaliśmy? W szkole średniej w Nysie. Któregoś dnia po prostu wpadł do klasy, bo podsłuchiwał przez niedomknięte drzwi. Wysoki, z takim ogniem w oczach. Dziewczyny już wcześniej plotkowały o nim.
Janusz: – Wybierałem się na jakąś potańcówkę i kolega podpowiedział mi, że najfajniejsza dziewczyna ma na imię Bożena i chodzi do takiej i takiej klasy. Nigdy nie byłem śmiały w kontaktach z kobietami, więc wolałem najpierw obejrzeć „zdobycz”. Przez dziurkę od klucza „filowałem” po klasie, by zobaczyć, która to ta Bożena. No i nagle drzwi się otworzyły, a ja przewracając się wpadłem do klasy, ku radości tego babińca. No, ale na przerwie zapytałem Bożenę, czy pójdzie ze mną na tę zabawę…

W 1983 roku Zarenkiewicz był zawodnikiem Zagłębia Lubin. Szefem bokserskiej sekcji w klubie był wówczas Jan Maj, obecnie biznesmen, właściciel firmy „Margos”.
Był to okres prosperity sportu w Zagłębiu Miedziowym, chociaż obecnie wspomina się tamte czasy przez pryzmat wielu nieprawdziwych mitów – opowiada Maj. – Budowaliśmy naprawdę silną drużynę, która miała rządzić i dzielić w Polsce. Krok po kroczku uzupełnialiśmy skład, by w każdej kategorii wagowej mieć po dwóch równorzędnych zawodników. W ciężkiej nie mieliśmy nikogo. Obserwowaliśmy Zarenkiewicza od bodaj trzech lat, po złotym medalu w Chojnicach. Wyczekaliśmy takiego momentu, gdy Moto Jelcz miał pusto w kasie i zdesperowani musieli przyjąć każde nasze warunki. Jakim bokserem był Zarenkiewicz? Dzisiaj jest sportową legendą, magnesem dla wielu młodych ludzi w regionie. Kiedy boksował był cichy jak mysz pod miotłą. Nie kłócił się i przede wszystkim nie było z nim żadnych problemów wychowawczych. A proszę mi wierzyć, że przez kilkanaście lat przewinęło się u nas tylu bokserów z taką przeszłością i takimi problemami, że spokojnie mógłbym powieść napisać. A Janusz był po prostu inny…

Seulskie łzy

Od 1985 roku Zarenkiewicz pokazywał się na międzynarodowych imprezach. Na budapesztańskich ME zdobył brązowy medal. – W superciężkiej w przeciwieństwie do innych wag nie zgłaszało się wielu zawodników – wspomina. – W Budapeszcie bez problemów pokonałem w ćwierćfinale Włocha Biaggio Chianese. Ale pod koniec drugiej rundy uderzył mnie łokciem w skroń i wykorzystał moje chwilowe „pływanie”, ładując mocny cios w żuchwę. Najnormalniej w świecie złamał mi szczękę. W półfinale miałem walczyć z Rosjaninem Jakowlewem, ale lekarz nie wyraził zgody na występ.

Pojedynki z Wiaczesławem Jakowlewem mają swoją tradycję. Jakowlew był najsilniejszym punktem ekipy ZSRR, miał na rozkładzie legendę światowego boksu, Teofilo Stevensona z Kuby, a to było przepustką wszędzie. Według opinii fachowców, Zarenkiewicz w swojej formie z Budapesztu miał ogromne szanse na zwycięstwo z Jakowlewem. – Byłem w gazie. Pokonałem go na turnieju „Inter Cup” w Handsbrecku 3-2 i niewątpliwie miałem przewagę psychologiczną. Na turnieju w Danii rozprawiłem się z innym zawodnikiem z ZSRR – Abadżanianem.
Opowiadano wtedy, że różne czynniki nakłaniały Zarenkiewicza do, by pod pretekstem kontuzji nie wyszedł na ring w półfinale ME. – Każdy może dorobić sobie legendę do faktów. Gdybym był zdrowy, to nikt by mnie nie powstrzymał przed walką – zapewnia zawodnik.

Mieczysław Massier był wówczas szkoleniowców bokserów w Zagłębiu Lubin. – Janusz miał specyficzny styl. Wychodził zawsze bardzo spięty, niemal sparaliżowany, i to obojętnie z kim walczył. Wystarczyła jednak udana akcja na początku, seria ciosów, by wpadł w trans i po prostu tańczył w ringu niczym bokser wagi papierowej – charakteryzuje trener. – Miał potworną siłę ciosu.
Z Jakowlewem Zarenkiewicz spotkał się wkrótce po Budapeszcie. Na światowym czempionacie w amerykańskim Reno walczyli już w pierwszej rundzie. Polak przegrał 1-4.
A potem był Seul…
– Wiedziałem, że to moja ostatnia szansa olimpijskiego startu. Nie miałem zbyt wysokich notowań. To przez tę przygodę w Austrii. Na ME w Turynie w pierwszej rundzie „rozjechał” mnie Niemiec Kaden. Po tej porażce wziąłem się w garść. Wszystko, w tym życie prywatne, podporządkowałem olimpiadzie.

W Seulu na swoją pierwszą walkę w kategorii superciężkiej Zarenkiewicz czekał długo. Z pozoru niczym się nie przejmował. Z kilkoma kolegami z olimpijskiej ekipy zabawiał się wyprowadzaniem w pole koreańskich ochroniarzy, którzy nie opuszczali ich na krok. Ale w środku był kłębkiem nerwów…
W pierwszym starciu zmierzył się z osiłkiem z Portoryko, Haroldem Arroyo. To była rozgrzewka. W ćwierćfinale rywalem polskiego pięściarza był Niemiec z RFN, Arnold Schnieders. Naprzeciwko siebie stanęło dwóch muskularnie zbudowanych zawodników, niemiłosiernie okładających się potężnymi ciosami. Żaden nie chciał ustąpić ani na centymetr. Zarenkiewicz wygrał na punkty, ale na telewizyjnym ekranie widać było, ile sił kosztowała go ta walka.
– Bólu nie czuje się zaraz po gongu. To wychodzi już na zapleczu. Właściwie nie wiem, czy miałem na sobie jakiś kawałek ciała, który by mnie nie bolał. Najgorzej było z twarzą. Na prawe oko nic nie widziałem – opowiada Zarenkiewicz.

W półfinale rywalem Polaka był Lennox Lewis z Kanady.
Wspomina Bożena Zarenkiewicz:
Dzwoniłam do Seulu zaraz po walce z Niemcem. Janusz mówi: „Bożyś, czuję się fatalnie, cały jestem poobijany, ale za kilka dni wszystko będzie w porządku”. W polskich gazetach sporo pisano o bokserze z Kanady. Padały określenia, że jest to ringowy „morderca”, którego nie interesują wygrane na punkty. Musi powalić rywala na ring. Janusz ma kolekcję z nagranymi pojedynkami. Odnalazłam walki Lewisa. To co zobaczyłam przeraziło mnie. To wielkie chłopisko, które nokautuje jednym uderzeniem. Na dwa dni przed walką zadzwoniła do mnie mama i mówi, że w jej wiosce ludzie modlą się za Janusza, by tylko przeżył. Zadzwoniłam do niego. Rozmawialiśmy kilka minut. Mówiłam mu, że ma rodzinę, synów i że to jest najcenniejsze, a nie to, czy wejdzie, czy nie do finału. On mi tylko odpowiedział, że musi walczyć? Błagałam go i płakałam!

Do walki jednak nie doszło. Mimo upływu kilku dni, Zarenkiewicz nie odzyskał widzenia w oku. Neutralni lekarze zawodów nie dopuścili Polaka na ring. Doszło do wielkiej awantury. Zarenkiewicz chciał za wszelką cenę walczyć. Lekarze swoje…
– Nie chcę spekulować, kto wygrałby walkę. W boksie takie rozważania nie mają sensu. Dopiero po kilku dniach uświadomiłem sobie, że jestem brązowym medalista igrzysk olimpijskich.
„Nagrodą” w Polsce były artykuły, że stchórzył przed wyjściem na ring…

Do kopalni

W rok po Seulu zdobył swój ostatni złoty medal na polskich ringach. W 1990 roku sekcja bokserska Zagłębia znalazła się na ostrym wirażu.
Jan Maj:
– Sekcją opiekowały się zakłady górnicze „Rudna”. Nie ma co kryć, że kilkunastu bokserów było zatrudnionych na etatach w kopalni. Zaczął się czas przełomu. Nowa władza musiała się czymś wykazać. Wykazywano się wypowiadaniem etatów dla zawodników. Zagłębie odnoszące wówczas sukcesy w piłce nożnej nie było zainteresowane utrzymaniem boksu. To był koniec.
Misiak, Łukasik, Zgierski, Strzechowski, Oczerklewicz, Siwak, Zarenkiewicz – mistrzowie kraju, zwycięzcy setek walk. Pewnego popołudnia powiedziano im, że są już niepotrzebni.
Janusz Zarenkiewicz:
– Czułem się wtedy jak skopany pies. Nadstawiałem twarz także za prezesów, którzy za nasze sukcesy pobierali premie, a potem… Dwie noce rozmawiałem z żoną, co mamy robić. Na „lewym” kopalnianym etacie przeżyłem prawie 7 lat. To miało być zaliczone w poczet wysługi pracy. Postanowiłem pójść do kopalni…

Różnie potoczyły się losy dawnej ekipy bokserskiej Zagłębia. Jeden został zarąbany siekierą przez syna broniącego matki, inny będąc ochroniarzem został ugodzony nożem. Kilku próbowało walczyć w barwach innych klubów. Ale jak ptaki do gniazda powrócili na stare śmieci. W „Rudnej”, „Sieroszowicach”, „Lubinie” na najtrudniejszych odcinkach, na przodkach, w pyle i w strugach cieknącej wody, pracują najlepsi polscy bokserzy…
Wstaję przed piątą. Żona przygotowuje śniadanie, potem nissanem jadę do kopalni – opowiada Zarenkiewicz. – Do bramy kopalni z domu mam 21 kilometrów. Następny kilometr jadę już w mniej komfortowych warunkach – kopalnianą windą. 1000 metrów pod ziemią wydaję materiały wybuchowe i jestem operatorem maszyn na wydziale strzelniczym. Ciężka praca, odpowiedzialna, i lęk przed zawaleniem się skał jest nieporównywalny z lękiem przed ciosem takiego Lewisa. Na początku przeszkodą w pracy były nagabywania kolegów, by im opowiadać o wydarzeniach na ringu. Byłem taką ornitologiczną sensacją. Każdy chciał dotknąć medalisty z Seulu. Teraz jest już normalnie.

Konfederat Zarenkiewicz

Trzy lata temu Janusz Zarenkiewicz został radnym Miasta Lubina. Na swoim osiedlu uzyskał najwięcej głosów startując z listy Konfederacji Polski Niepodległej. Dzisiaj zasiada w kilku komisjach, bierze udział w sesjach.
Bożena Zarenkiewicz:
Kiedy boksował, miałam go zawsze w domu, no poza wyjazdami na turnieje i ligę. Teraz rano jedzie do pracy, później prosto do Urzędu Miasta, wraca wieczorami. A jak ma dwa popołudnia wolne, to pędzi na bokserską salkę.

W 1994 roku Zarenkiewicz wraz z dawnym klubowym trenerem Pawłem Grudzińskim reaktywowali boks w Lubinie. Założyli Miejski Klub Sportowy Górnik Lubin. Na pierwsze zajęcia zgłosiło się ponad 200 dzieciaków. Dzisiaj, po trzech latach, klub organizacyjnie okrzepł, młodzi pięściarze odnoszą już sukcesy na krajowych ringach. Coraz poważniej prezes Górnika Janusz Zarenkiewicz myśli o zgłoszeniu zespołu do rozgrywek ligowych.
– Dwa lata temu kierownictwo Zagłębia nie pozwoliło na korzystanie z gabinetu odnowy biologicznej. To taki cios poza ringiem, ale ja już wyrosłem z oddawania…
TOMASZ NOWAK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.