Każda praca popłaca

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 14 stycznia 2005 roku

Rzeźnik, górnik, elektryk, stolarz, taksówkarz, sprzedawca choinek. To nie oferty biura pracy, ale lista zawodów, które wykonywali dobrzy, nawet wybitni piłkarze. Nie każdy z nich zawsze zarabiał na futbolu krocie i nie każdy miał łatwy start do kariery. Niektórzy długo czekali na swoją szansę, musieli utrzymywać się pracując poza boiskiem.


Stocznia Gdańska, 1989 rok. Ostatnie miesiące pracy Lecha Wałęsy, przywódcy „Solidarności” i przyszłego prezydenta kraju. Bramę wydziału pomocniczego, zwanego „M-Y” przekracza 20-letni Radosław Michalski. Nie chce pracować, ale musi. Okres przemian nie sprzyja starym układom i regułom – młody piłkarz Stoczniowca liczył, że po szkole dostanie zakładowy etat, wypełniany na treningach i meczach, ale zawiódł się. – Byłem strasznie nastawiony na „nie”. Na początku przez trzy dni się nie pokazałem w stoczni. W końcu przyjechał po mnie kierownik i tłumaczył jak dziecku: „Będziesz miał ciągłość pracy” itd. Przekonał mnie – wspomina z rozbawieniem obecny piłkarz Widzewa.
Pracował drzwi w drzwi z Wałęsą, bo tak jak on był elektrykiem. – Człowiek był w lekkim szoku, że ktoś taki funkcjonuje tuż obok. Nie byłem jego podwładnym, ale czasem jedliśmy razem śniadania. Opowiadał fajne historie, miał osobowość – podkreśla. – Pamiętam jak kończył pracę w stoczni. Przyszedł z polaroidem – pierwszy raz na własne oczy coś takiego zobaczyłem – i z każdym robił sobie zdjęcie na pożegnanie. Miłe wspomnienie.

Praca? – Nie spawaliśmy statków, zajmowaliśmy się wózkami akumulatorowymi, meleksami – wyjaśnia. W jego przypadku trwało to zaledwie kilka miesięcy. Udało mu się dostać wreszcie wymarzony etat, bez konieczności wstawania na siódmą rano do pracy w zakładzie. Po jakimś czasie – o ironio – zaprotestowali związkowcy, forsując rozwiązanie, że piłkarze też mają pracować. – Argumentowali, że nie może być tak, że my nic nie robimy, a dostajemy pensje – opowiada Radek. – No to cała drużyna chodziła do zakładu na cztery godziny. Więcej mieli z tym kłopotu niż pożytku; majstrowie za głowy się łapali, załamywali ręce, bo zamiast pracować – musieli nas pilnować, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobili. Oprócz mnie niewielu chłopaków miało jakieś pojęcie o zajęciach w tym miejscu.

Piłkarze nie wkładali zbyt wiele wysiłku w wykonywanie obowiązków, przemęczenie było dla nich pojęciem obcym. – W stoczni zatrudniano wtedy dziesięć tysięcy ludzi, o pięć tysięcy za dużo – tłumaczy Michalski, który w tym samym okresie zaliczył jeszcze epizod jako taksówkarz. – Namówił mnie kuzyn. Jeździłem wieczorami, gości z dyskotek odwoziłem do domów. Ludzi stać było wtedy na taryfę, po trzech godzinach zbierał się niezły zarobek, za który płaciło się śmiesznie niski podatek – Radek nieźle pamięta szczegóły.

Za Wałęsą do stolicy

Rozwój jego kariery zahamowała słynna wypowiedź Bogusława Kaczmarka, ówczesnego trenera Lechii Gdańsk. – Takich Michalskich to ja mam w drużynie dziesięciu – stwierdził autorytatywnie „Bobo” – paradoksalnie – znany z tego, że ma dobrą rękę do wyszukiwania talentów. Tego nie dojrzał i przegrał skrzynkę whisky w zakładzie z Andrzejem Czyżniewskim, obstawiającym, że Michalski zagra jednak w ekstraklasie. – Dowiedziałem się o tym później, wtedy natomiast rozważałem możliwość emigracji do Niemiec, gdzie mieszka rodzina żony – zwierza się Radek, który w barwach Legii i Widzewa występował w Lidze Mistrzów, trafił też do reprezentacji. – Byłem trochę zrezygnowany, więc zastanawiałem się, czy nie postarać się o obywatelstwo i zacząć tam życie od nowa.
Oferta z Legii przyszła w najbardziej odpowiednim momencie. – Ktoś kiedyś zażartował, że mniej w tym samym czasie do Warszawy przeniosło się dwóch pracowników stoczni: Lech Wałęsa i ja – przypomina ze śmiechem.

Niedługo po tym, gdy wspomniana dwójka zaczęła robić karierę w stolicy, do stoczni zawitał Mariusz Piekarski. – Raczej się „przetoczyłem”, byłem tam tylko kilka razy – śmieje się jeden z utalentowanych wychowanków Jagiellonii Białystok, który później trafił do Brazylii, a niedawno w wyniku przewlekłych kontuzji przedwcześnie zakończył karierę. Piekarski grał wówczas w Polonii Gdańsk, której wszyscy zawodnicy byli na etatach w stoczni. W pewnym momencie zdecydowano, że skoro biorą pieniądze z zakładu muszą się w nim pojawiać. – Siedzieliśmy tam przez kilka dni i patrzyliśmy w sufit. Czasem przyniosło się jakąś wodę robotnikom, gdy o to prosili. W końcu wytłumaczyliśmy działaczom, że bez sensu jest takie przychodzenie, skoro mamy grać – opowiada Piekarski, który był pupilem prezesa klubu, Jerzego Borowczaka – legendy „Solidarności”, jednego z inicjatorów historycznego strajku w sierpniu 1980 roku. – To bardzo miły i niezwykle prawy człowiek – opisuje Mariusz. – Niewielu takich spotyka się w Polsce.

Gwiazda za dwa tysiące

Tadeusz „Ted” Dąbrowski talent Jacka Krzynówka odkrył wprawdzie na B-klasowym boisku, ale do swojego RKS Radomsko musiał go ściągać z warsztatu stolarskiego. – Wiosną 1994 roku nasze rezerwy grały puchar Polski na szczeblu lokalnym z Ruchem Chrzanowice – wspomina Dąbrowski. – Od razu zwróciłem uwagę na Jacka, który miał niesamowicie silne uderzenie: kiedy trafił – bramkarz ledwo wyłapywał piłkę, a gdy spudłował – futbolówka lądowała w lesie.
Dąbrowski dwoma golami zapewnił w tym meczu zwycięstwo swojej drużynie, a po ostatnim gwizdku zaproponował Krzynówkowi przejście do Radomska. Gwiazdor Bayeru Leverkusen jednak tylko dwa razy pojawił się na treningach. – Wkurzyłem się, powiedziałem, że nie będę się przejmował nieodpowiedzialnymi smarkaczami – śmieje się dzisiaj Dąbrowski. – Machnąłem na niego ręką.

Krzynówek skończył zawodową szkołę drzewną, zapisał się do technikum zaocznego, zaczął składać meble w warsztacie stolarskim. Kiedyś Radomsko zostało ukarane walkowerem, bo grał w nim nieuprawniony młodzieżowiec. – Postanowiłem jeszcze raz namówić Jacka – opowiada Dąbrowski. – Wysłałem swoich ludzi do Chrzanowic, dałem im dwa tysiące złotych, co było wówczas równowartością dwuletniego budżetu tamtejszego Ruchu, który dostawał tysiąc złotych dotacji z Urzędu Gminy. Znowu się wkurzyłem, bo zamiast transferu załatwili tylko wypożyczenie, ale wreszcie miałem Krzynówka u siebie. Po roku pozyskałem go definitywnie, płacąc dwadzieścia tysięcy w gotówce i sprzęcie sportowym.
Dzisiaj pomocnik Bayeru i reprezentacji jest wyceniany na kilka milionów euro.

Rzeźnia dla odmiany

W pistolecie jest specjalny bolec, który wbija się w czoło cielęcia. Trzodę chlewną z kolei paraliżuje się prądem. Potem podrzyna się zwierzęciu gardło, „rozbiera” je i dzieli mięso na porcjeKrzysztof Radwański opisuje nieco makabryczne techniki swojej pracy w rzeźni. Obrońca, który jesienią był pewnym punktem ekstraklasowej Cracovii, z klimatem ubojni zwierząt zapoznawał się od szóstego roku życia. Rzeźniczy fach jest tradycją rodzinną, parał się nim dziadek, ojciec, potem brat Krzyśka. – Nigdy ta praca mnie nie przerażała, przecież ktoś to musi robić, żeby ktoś mógł jeść – tłumaczy Radwański. – Gdy tylko skończyłem szkołę o specjalności rzeźnik, zacząłem pracować w zakładzie taty. Układ był taki – on mnie utrzymuje, a ja mu za to pomagam.

Prosty plan dnia: pobudka o 4.30 rano, szybka herbata, o piątej początek pracy. O dziewiątej Krzysiek jechał na trening, ale o drugiej stawiał się znowu w rzeźni. – Nie było stałych godzin zakończenia, musieliśmy wszystko zrobić – opowiada. – W jedno i drugie miejsce chodziłem z ochotą, bo była to odmiana. Nigdy też nie czułem się zmęczony na boisku.
I tak w trzecioligowych zespołach Dalinu Myślenice, Proszowianki, Cracovii. Dopiero, gdy „Pasy” awansowały do drugiej ligi, prezes i trener kazali Krzyśkowi skupić się na piłce. – Teraz chcę grać, póki mi zdrowie pozwoli, a po karierze może sam otworzę jakiś zakład rzeźniczy, czy sklep mięsny. Inna sprawa, że za grę w piłkę lepiej płacą. W rzeźni jest więcej dłubaniny niż zarobku – twierdzi Radwański, któremu przed czterema miesiącami urodził się synek, Mateusz. – Czasami sobie żartuję, że zostanie następcą w zawodzie, ale żona zaraz protestuje: „Nigdy do tego nie dopuszczę!”.

Choinki w Wigilię

Znacznie bogatszą kartę zatrudnienia ma kolega Radwańskiego z Cracovii, Piotr Bania. Trochę czasu upłynęło zanim zaczął strzelać bramki w ekstraklasie, a Cracovia stała się bogata. Wcześniej często zderzał się z brutalną rzeczywistością; brakiem pieniędzy, ograniczonymi perspektywami. Piłkarz uważany za wielki talent, zamiast kariery wykonywał małe prace remontowe na obiekcie krakowskiego Kabla. – Byłem na etacie gospodarza obiektu i jednocześnie grałem tam – opowiada trzeci snajper ekstraklasy. – Żadnej fikcji: przychodziłem o siódmej rano i przez pięć godzin – do treningu – ostro zasuwałem. Kosiłem trawę, przygotowywałem boisko, wykonywałem trochę innych robót. Najgorzej było jesienią, gdy spadały liście. Wokół stadionu było cholernie dużo drzew, trzeba to było wszystko grabić.

Niektórzy zawodnicy byli zatrudnieni w zakładach „Kabel”, inni pracowali na podobnych jak Bania zasadach. Klub przestał jednak istnieć, jego obiekty przejęła Cracovia, organizując tam swoją siedzibę. W tym samym budynku, w którym kiedyś wskakiwał w robocze ubrania, Piotrek negocjował pierwsze kontrakty z „Pasami”. Historia zatoczyła koło, zmieniając po drodze szczegóły. Bania odniósł sukces, bodaj jako jedyny z grupy rówieśników z Kabla. – Zawsze wierzyłem, że w końcu mi się uda – twierdzi.
Wcześniej, przez dwa lata z rzędu, sprzedawał dorywczo choinki. – Świąteczny nastrój się nie udzielał – mówi z przekąsem. – Zimno, mokro, w Wigilię trzeba było stać na placu do szóstej wieczorem. Dzisiaj można się uśmiechnąć do wspomnień, ale wtedy było naprawdę ciężko.

Był okres, kiedy z klubu nie dostawał żadnych pieniędzy, bo Cracovia przed przyjściem Com-Archu stała na skraju bankructwa. – Dorabiałem grając w hali i pomagając przy organizacji wystaw w „Bunkrze Sztuki” – opowiada. W znanej krakowskiej galerii pracował sympatyk Cracovii, który załatwiał zawodnikom umowy-zlecenia. – Wieszało się trochę sztuki nowoczesnej, fotografii i tym podobnych. Teraz czasem się przejdę na jakąś większą wystawę, ale bakcyla chyba nie złapałem – śmieje się.

Zrośnięty z samochodem

Bania jest ewenementem, bo w pierwszej lidze zaistniał w wieku 31 lat. Jeszcze większym był w 1998 roku Józef Żymańczyk, który do Ruchu Radzionków trafił po 33. urodzinach i z Marianem Janoszką stworzył najstarszy atak ekstraklasy. – Tylko Rafał Jarosz zaniżał nam średnią – śmieje się piłkarz występujący obecnie w trzecioligowej Odrze Opole.
Debiutancki sezon miał doskonały, w Poznaniu do dzisiaj wspominają go jako „kata Lecha”. Odebrał „Kolejorzowi” wicemistrzostwo Polski, strzelając trzy gole w meczu (ostatnim w rundzie) wygranym przez Ruch 4:1. – Legia i Widzew były wówczas zainteresowane, motywowały nas finansowo – opowiada. – Próbował podchodzić również Lech, ale prezes Bomba trzymał wszystko krótko i zawsze walczyliśmy o zwycięstwo.

Nawet licząc 39 lat szybkością i wydolnością zawstydziłby niejednego młodzieżowca. – Mam taki dar natury; dobrą restytucję organizmu, niskie tempo spoczynkowe – mówi skromnie. Mierzy 172 centymetry, ale mnóstwo goli zdobywał główkami. Kiedyś w ten sposób strzelił bramkę Legii, będąc najniższym na boisku. Do późnego szczytu formy przygotowywał się w różny sposób, rzadko piłkarski. Gdy występował w Unii Krapkowice, dostał ofertę od drugoligowego Górnika Pszów, ale wyjechał na dwadzieścia miesięcy do Kanady. Farma, tartak, budowa, mycie okien. – W weekend jeszcze gazetki roznosiliśmy, a poza tym – trochę nielegalnie – uczyłem się w szkole językowej – opowiada. – Piłkę zobaczyłem po ośmiu miesiącach.

Wrócił do Polski i grał jeszcze lepiej. W połowie lat 90. zaczął jeździć taksówką. – Zawsze miałem dryg do roboty – twierdzi. – W pewnym momencie zasuwałem jednocześnie na czterech etatach: w klubie, w kancelarii notarialnej jako kierowca i przy pracach biurowych, „na taryfie” i w szkółce piłkarskiej.
Na treningi do Radzionkowa jeździł swoją taksówką, bo nie chciało mu się odkręcać koguta. Znajomi nazywają go „człowiekiem zrośniętym z samochodem”. – Dzisiaj już nawet nie musiałbym zarabiać taksówką, ale strasznie lubię jazdę – zwierza się. – Czasami, w sezonie, jestem tak zmęczony, że nie mogę zasnąć. Wstaję, robię jeszcze parę kursów, żeby się dobić i wtedy już spokojnie się kładę.

Kopalnia talentów

Występując w Górniku Zabrze, Andrzej Iwan zjechał raz na dół do kopalni, aby zobaczyć jak wygląda wydobywanie węgla. – To mi wystarczyło – zwierzał się później doskonały piłkarz. – Dziękowałem Bogu, że mogę dużo łatwiej i przyjemniej zarabiać pieniądze.
Wydawało się, że takiego szczęścia nie będzie miał Jerzy Dudek. – Nasza mama, jak wszystkie żony górników, była w Barbórkę na wycieczce do kopalni – opowiadał bramkarz Liverpoolu. – Wróciła blada i zaczęła nas prosić: „Żebyście nigdy nie poszli tam do pracy”. Zaczęliśmy się z Darkiem śmiać, bo u nas w Knurowie były dwie kopalnie i koksownia, to gdzie niby mieliśmy pracować?
W kopalni odrabiał tylko szkolne praktyki, później otrzymał wysoki etat w KWK „Szczygłowice”, ale został oddelegowany do pracy i gry w Concordii Knurów. – Zajmowaliśmy się utrzymaniem obiektu i wtedy on naprawdę lśnił – śmiał się w jednym z wywiadów.

Tak dobrze nie ułożyły się sprawy Grzegorzowi Bronowickiemu, jesienią podstawowemu zawodnikowi Górnika Łęczna. Gdy cztery lata wcześniej w klubie pojawił się trener Wojciech Wąsikiewicz, a wraz z nim zaciąg piłkarzy z Wielkopolski, m.in. i dla Bronowickiego zabrakło miejsca w kadrze – Zostałem wypożyczony do trzecioligowego Lewartu Lubartów, gdzie miałem szansę grać, ale trudno było z tego wyżyć – opowiada Grzesiek. – Trochę wcześniej urodził mi się syn, więc zacząłem się rozglądać za dodatkową robotą. W Łęcznej praca jest w zasadzie tylko na kopalni, codziennie wystawałem więc pod gabinetem prezesa i codziennie słyszałem, że przyjęć nie ma. Sytuacja w domu stawała się nieciekawa, zaczynało brakować pieniędzy, radziliśmy sobie tylko dzięki pomocy rodziny. I nagle którejś niedzieli wieczorem obudził mnie telefon. Usłyszałem, że następnego dnia rano mam stawić się na kopalni. Poszedłem, zostałem przebadany i dostałem etat. Wziąłem kilof do ręki pojechałem na dół, rąbać węgiel na przodku.

To był najtrudniejszy okres w jego życiu. Wstawało się skoro świt, praca do drugiej, potem krótka wizyta w domu, obiad i pędem na autobus do Lubartowa, na trening. – Gdy wracałem do domu, około ósmej, od razu padałem ze zmęczenia – wspomina. – Ale jakie miałem wyjście? Musiałem utrzymać żonę i dziecko. Jak dawałem sobie radę na boisku? Zaliczyłem bardzo dobry sezon, wszyscy mnie chwalili. Miałem chwile zwątpienia, ale zacisnąłem zęby i zapieprzałem ile sił. Po roku wróciłem do Górnika i powiedziałem sobie, że albo przebiję się do pierwszego składu, albo kończę karierę i wracam do kopalni. Udało się. Zostałem przy piłce.
PAWEŁ FLESZAR, PRZEMYSŁAW FRANCZAK

ZABRAKŁO DO MERCEDESA 
Grzegorz, syn legendarnego siatkarskiego trenera Huberta Wagnera, jest błyskotliwym rozgrywającym. Jeszcze dzisiaj, w wieku blisko 40 lat, dobrze sobie radzi na zapleczu ekstraklasy. Zgłosił się do konkursu na szkoleniowca kadry narodowej i jeśli go wygra – podąży drogą ojca, który objął ją tuż po zakończeniu zawodniczej kariery. Jako siatkarz Grzesiek zaistniał w reprezentacji krótko, dwukrotnie w odstępie trzynastu lat. Twierdzi, że powodem był niski wzrost – 182 cm, wielu innych utrzymuje, iż zawiniła jego bezkompromisowość i trudny charakter. Na początku lat 90. pokłócił się z działaczami Hutnika Kraków i ci zablokowali jego transfer. Przez rok nie mógł grać, pomagał Jerzemu Matlakowi w trenowaniu siatkarek ŁKS Łódź i ćwiczył z nimi. – Zajęcia mi się podobały, bo niżej powieszona, „kobieca” siatka była w sam raz dla mnie – śmieje się.
Na utrzymanie rodziny dorabiał w sklepie z telewizorami należącym do sponsora klubu. – Miałem pełny etat, ale wyrabiałem pół, 4-5 godzin dziennie – opowiada. – Wielkie umiejętności marketingowe nie były potrzebne, bo w tamtych latach sprzedawało się wszystko.

Występując w Desimpelu Torhout (zdobył z nim Puchar Belgii) trenował raz dziennie, wieczorem. – Tak mi się nudziło w domu, że poprosiłem sponsora, którym była firma budowlana, aby mi dał dodatkową pracę – wspomina. – Woziłem cement taczkami i byłem przygotowany do układania ściany na wysokości. Po półtora miesiąca musiałem przestać, gdyż nie dostałem pozwolenia na pracę. Szkoda, bo mówili, że mam talent i gdybym tak pozasuwał dłużej na dwóch etatach, to do Polski wróciłbym mercedesem.

SIŁA PRZY OBORNIKU
Nie lubię, kiedy jest drętwo – powtarzał w czasie zawodniczej kariery czołowy polski żużlowiec, Adam Łabędzki. Na torze zachowywał się nieszablonowo, znalazł też dobie niezwykłe hobby poza nim. Na podleszczyńskiej wsi pomagał prowadzić gospodarstwo rolne rodzicom narzeczonej, urządził też w nim niewielką hodowlę koni. – Wiem jak samemu pracować nad siłą, wystarczy, że przerzucę kupę obornika – tłumaczył kiedyś nieobecność na treningu Unii Leszno. Podkreślał, że koni nie używa do prac polowych, bo mają one cieszyć oczy. – Uwielbiam jeździć wierzchem – zwierzał się i pasją tą zaraził kolegę z toru, Dariusza Śledzia.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*