Kazimierz Moskal: szczęście w Wiśle

Niewielu było bardziej nieinwazyjnych i bezkonfliktowych ludzi w piłkarskiej Wiśle ostatnich kilkunastu lat niż Kazimierz Moskal. Najbardziej jednak stresujący z zawodów – trenerski – każdemu jest w stanie odebrać nerwy. Nawet takie uosobienie spokoju jak obecny szkoleniowiec Białej Gwiazdy, teraz niekiedy drażliwie reaguje na niektóre pytania. Choćby takie, czy obecny okres przygotowawczy nie jest zbyt krótki. – Wszyscy, już przed czasem, oceniają, że długość jaką przyjęliśmy jest zła – mówi Moskal. – Nie tylko od dziennikarzy to słyszę, zabierają głos byli, znani trenerzy. Poczekamy, zobaczymy. Byłem spokojny i jestem, nie wydaje mi się, żebym był bardziej nerwowy niż dawniej, ale każdy ma jakąś swoją granicę, której nie pozwoli przekroczyć. Każdego można wyprowadzić z równowagi. Najgorszy okres, kiedy było naprawdę ciężko mam za sobą. To było jesienią, gdy nagle zostałem pierwszym trenerem, a jednocześnie nie wiedziałem, co mnie czeka w przyszłości. To były zdecydowanie trudniejsze chwile niż teraz.
– Oceny otoczenia, nawet krytyka są normalną cechą pańskiego zawodu. Jak każdego – publicznego. Jest pan na świeczniku, ludzie pana widzą, pokazują palcem, komentują.
– Nie szukam rozgłosu, więc przyznam szczerze, że ciągłe wywiady, konferencje mnie męczą. Wolałbym pracować sobie spokojnie. Pod tym względem dużo lepiej było w roli asystenta. Akceptuję fakt, że nowa funkcja wiąże się z dodatkowymi obowiązkami. Wyobrażam sobie, że trzeba jakoś poukładać tę współpracę. Ale jak każdy codziennie o innej porze przychodzi…
– … i zadaje te same pytania…
– No właśnie! To też kiedyś może się znudzić.
– Nie miał pan wcześniej parcia na zrobienie kariery. Trzeba by się wybrać „w Polskę”, a pan wolał siedzieć w Krakowie, w domu, w Wiśle.
– Zawsze uważałem, że nic nie muszę. Zdawałem, sobie sprawę, że jeśli ktoś gra do 38. roku życia na w miarę wysokim poziomie, mam na myśli ekstraklasę, to potem nie jest w stanie spełnić wszystkich obecnych wymogów. Zrobić wszystkich kursów, które uprawniają do prowadzenia zespołów na wysokim poziomie. Mamy coraz więcej przykładów, najbardziej znanymi są Mourinho i Villas-Boas, że sukces może przynieść rezygnacja z gry w piłkę w wieku dwudziestu paru lat i rozpoczęcie kariery trenerskiej już wtedy.
Ja takiego startu nie miałem. Zawsze powtarzałem, że moim marzeniem była najpierw gra, potem praca w Wiśle. Jestem związany z tym miastem, z tym klubem. Mam tutaj rodzinę. Nie jestem „zarobiony” – nie odłożyłem tyle, żeby nie musieć pracować. Ale nie jestem też w takiej potrzebie, żeby za wszelka cenę szukać pracy poza Krakowem.
– To jedno. Ale czym innym jest chęć osiągnięcia sukcesu, zabłyśnięcia.
– Tak jak mówię – to co robię sprawia mi przyjemność. Nie oczekuję poklasku; nie jest mi to niezbędne do życia, a czasami bywa męczące.
– Gdy był pan drugim trenerem, uczestniczył pan bardziej czynnie w zajęciach, często wręcz jak zawodnik.
– Kiedy jest się pierwszym trenerem jest trudniej. Nawet podczas pracy z juniorami, byłem sam, trudno mi było ruszać się z chłopakami, bo musiałem stać z boku.
– I to jest może problem, bo nie można się już wyładować?
– Pewnie (śmiech). Żeby wyłączyć się z jakiegokolwiek myślenia, o czymkolwiek, muszę wyjść na boisko – kiedy gram w piłkę, zostawiam tam całego siebie i nie myślę o innych sprawach.
– Pamięta pan jeszcze przygotowania w zimie 2002/03, w Wiśle Henryka Kasperczaka? Były bardzo podobne: krótkie i kończyły się najważniejszymi meczami sezonu.
– Pamiętam to, ale chyba trochę z innej perspektywy. Przygotowywałem się wcześniej sam, byłem po kontuzji. Ten okres był dziwny. Pracowałem indywidualnie cały grudzień, wydawało mi się, że bez problemu wrócę do normalnych treningów z zespołem. A gdy przyszło do zajęć piłkarskich w styczniu, to nie mogłem sobie poradzić, bo ciągle mnie przepychali, piłka mi odskakiwała. I ogólnie było do kitu.
– Kasperczakowi też zarzucano, że przygotowania są za krótkie. Ale odpierał to twierdząc, że urlop, odpoczynek są ważnymi elementami tych przygotowań.
– Też brałem to pod uwagę: że zawodnicy najpierw muszą wypocząć, bo rozegrali ponad trzydzieści spotkań w rundzie. To naprawdę było dużo. Zdawaliśmy sobie sprawę, jaki ten sezon był, sporo wzlotów i upadków, eksploatujących także psychicznie. Dlatego oderwanie od tego wszystkiego, od piłki, od zespołu, było bardzo ważne.
– Jakieś wzorce z tamtych przygotowań dałoby się przenieść do obecnych?
– Generalnie, próbuję wyciągnąć różne elementy z warsztatu trenerów, z którymi pracowałem jako piłkarz czy asystent. I do tego coś dołożyć swojego, zmienić trochę. To nie tak, że otwieram zeszyt i mówię: ?zrobimy dzisiaj ten wariant?, tylko zastanawiam się, co będzie dobre w określonej sytuacji. Mamy możliwości monitorowania zawodników, więc pod tym kątem trzeba też dobierać obciążenia.
– Jeśli jesteśmy przy pańskich byłych trenerach. Wojciech Łazarek lubił powtarzać: „Suma szczęścia wynosi zero”.
– Do czego pan zmierza?
– Mieliście dużo szczęścia z awansem do 1/8 Ligi Europy. Nie boi się pan, że się to zbilansuje z jakimś pechem?
– Bez odrobiny szczęścia byłoby każdemu bardzo trudno. Mamy teraz trenować i grać, a nie zastanawiać się, czy mamy szanse coś osiągnąć, czy nie.
– Są trenerzy, którzy cieszą się opinią szczęściarzy i jest to uważane wręcz, chyba słusznie, za część ich warsztatu.
– Mam rozumieć, że ja mam szczęście?
– To co działo się w Krakowie i Londynie w ostatniej kolejce fazy grupowej, by na to wskazywało.
– Jako piłkarz nie miałem zbyt dużo szczęścia. Trafiałem w niezbyt dobrych momentach do niekoniecznie odpowiednich klubów. Ale nigdy nie narzekałem! Teraz też nie wydaje mi się, że mam go wyjątkowo dużo. Choć szczęściem można nazwać to, że przez tyle lat jestem w Wiśle, na czym zawsze mi zależało. Zresztą co to jest szczęście? Można na to patrzeć z dwóch stron. Mieliśmy szczęście czy pecha lecąc właśnie tym samolotem do Hiszpanii?
– Ciężkie przeżycie?
– Coś tam było, ale bez przesady. Największa obawa przyszła wtedy, kiedy po turbulencjach powiedzieli, że będziemy lądować w Bergamo. Widać było, że coś jest nie w porządku i zastanawiałem się jak to będzie z tym lądowaniem.
– Wracając do przygotowań – co jest trudniejsze do wypracowania w krótkim okresie: siła, wytrzymałość, szybkość, czy cechy czysto piłkarskie, takie jak zgranie?
– Zawsze jest jakaś niewiadoma, bo nie ma rytmu meczowego. Staramy się urządzać treningi w większości z piłkami. Dzięki temu wypracowujemy cechy fizyczne nie tracąc kontaktu z techniką. Pamiętam moje lata zawodnicze, styczniowe treningi bez piłki. Potem brakowało „czucia” i trzeba było długo czekać, zanim człowiek „zaskoczył”.
– Na zmiany w taktyce czasu raczej nie ma?
– Rewolucji nie będzie. Jedno co mogę powiedzieć, to na pewno będziemy grać jednym klasycznym, wysuniętym napastnikiem. Taka jest moja wizja. Natomiast drobne retusze, w zależności od przeciwników, mogą następować.
– Taktyka jest też uzależniona od wykonawców. A tu ciągle są problemy. Ostatnio wypadł Rafał Boguski, który po długim okresie leczenia kontuzji jesienią wracał do dawnej formy, zaliczył kilka dobrych meczów.
– Wszystko się zgadza, ale pewnych rzeczy nie przeskoczymy.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Wywiad z kapitanem drużyny, Cezarym Wilkiem można przeczytać TUTAJ

Skomentuj