Kiedy gram, to czuję, że żyję

Poniższy tekst luźno łączy się ze sportem, za to bezpośrednio – z tym, co w sporcie najważniejsze: emocjami, pasją, determinacją. No i – tak jak wygłaszający monolog bohater – bardzo mocno związany jest z Krakowem.

Chciałem zagryźć ojca, gdy w 1968 roku wywoził mnie do Izraela – wspomina pan Rudolf. Kiedy po 27 latach musiał z kolei uciekać z kraju przodków, schronienie znalazł w Polsce.

Moje najlepsze lata były do „osiemnastki” i z nich mam najwyraźniejsze wspomnienia.  W Polsce i tylko w Polsce. Wszystkie świetlice, kluby. Nauka brydża. Była telewizja, był tenis, były zabawy, było fajnie. Chodziło się na mecze, na Wisłę. Tramwajem jeździło się na zewnątrz wagonu. Obok kina Wolność był taki łuk, gdzie tramwaj zwalniał. Tam szpanowaliśmy; wskakiwaliśmy i wyskakiwaliśmy w biegu. Jeździłem na hufce pracy, jeździłem na kolonie.

Rodzice rozwiedli się jeszcze w 1951, rok po moim urodzeniu, nie nadawali się dla siebie. Matka była katoliczką, nawet posłała mnie do Pierwszej Komunii. Zostawała w Krakowie, ale chciała mnie usunąć z widoku, bo byłem rozrabiaka. Rwałem się do bitki, jak skurczybyk. Mieszkałem na Kazimierzu – Skawińska, Fornalska. Na moście Piłsudskiego zawsze było pranie z Podgórzem. Całymi bandami, taki łomot. Dwa razy poleciałem z mostu do Wisły. Przyjeżdżała milicja, ale wtedy łączyliśmy się i trach na nich. Ale nie było bandytyzmu, jak dzisiaj. Nawet kiedy ludzie nosili noże, to nie zdarzało się, żeby jeden drugiego żelazem posunął. Dyskoteki! Na Rakowickiej była świetna szopa. Jak przychodziłeś z innej dzielnicy, zwłaszcza na Zwierzyniec, Podgórze, to dostawałeś wycisk. Ale na Kazimierzu trudno było wysiedzieć; dwie knajpy – zupełnie inaczej niż teraz. No i dziewczyny ciągnęły.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

***

W Izraelu trafiłem do kibicu Zdot Yam, na integrację i naukę języka hebrajskiego. Wszystkich imigrantów wsadzali do takich kibuców, bo gdy państwo powstawało ? 1948 rok, bitwa o Jerozolimę – to zdarzało się, że w jednym oddziale ludzie mówili dwudziestoma różnymi językami. Były takie cyrki, że nie rozumieli komend i przez to ginęli.
Musieliśmy pracować. Przy budowie łodzi, na plantacji bananów, zmywałem gary w kuchni. Kibuc był koedukacyjny, 16 facetów i 32 laski. A za kibucem był sad owocowy. Czujesz, co tam się działo?… Zlikwidowali ulpan – szkołę, bo się burdel zrobił.

Wsadzili mnie w kibuc Yad Mordechai. Jechaliśmy dżipem do roboty, jak szaleni, i nagle pieprznęła mina. Przeżyliśmy dzięki temu, że jechaliśmy tak szybko. Sraliśmy ze strachu, a ten kierowca, stary kibucnik – tylko się śmiał.
Tam poznałem takiego Żyda z Rosji, Elizera Halfina. „Podkręcałem” z jego siostrą, bawiliśmy się razem. Ćwiczył zapasy, rzucał mną i kolegami. Na treningi przyjeżdżał do niego jeszcze jeden sympatyczny chłopak, też zapaśnik – Mark Slavin. Pojechali na olimpiadę do Monachium i zabili ich terroryści z „Czarnego Września”.

***

Wróciłem do ojca, pracowałem w fabryce produkującej transformatory elektryczne. Stary był wredny. Nagle, jednego dnia wykopał mnie z domu.
Nająłem się do budowy lotniska w Ejlacie. Nic tam nie było, jedna kawiarnia i półtora motelu. Ale nad Morzem Czerwonym była plaża hipisów, gdzie młodzież przyjeżdżała z Europy Zachodniej, Stanów. Ja też byłem wtedy hipisem. Miałem włosy po pas, myłem się raz na pół roku: wchodziłem w ubraniu do morza i wychodziłem. Wódy się nie piło, to ohyda, tylko jarało hasz. Bierzesz butelkę, koniec zatykasz jakimś groszem, a w szyjkę wkładasz ustnik kartonowy z pudełka po papierosach. Szyjkę nabijałeś tytoniem zmieszanym z haszem. Hasz wcześniej zawijałeś w złotko i podgrzewałeś, żeby zmiękł. Libański miękł szybciej, ten z Egiptu – wolniej. Spaliśmy na plaży, z psami, kotami. A od piątej rano – na lotnisko. Głowy jeszcze „zaprawione” po nocy, po południu 40 stopni gorąca. Robiliśmy pomiary, płacili dobrze.

***

Wzięli mnie do wojska, zaczęła się wojna Jom Kippur w 1973 roku. Strzelałem z haubic, były straszne hece, pełno kolegów mi zginęło. Był już prawie koniec Izraela, mieliśmy może dwa dni życia, ale generałowie rosyjski i syryjski zatrzymali wojska na wzgórzach Golan, bo myśleli, że jest pułapka w Galilei. A nie było żadnej pułapki – gdyby poszli do przodu, załatwiliby nas. Obaj zostali za to rozstrzelani.
Później handlowałem czym się dało. Dopiero w 1981 roku przekombinowałem. Facet powiedział, że towar jest od marynarza z amerykańskiego statku, który zawinął do Hajfy, a to była lewizna. Ukradli go gościowi, który mieszkał dwie ulice ode mnie. Przyjechało ośmiu gliniarzy z psami, siedziałem dwa tygodnie do rozprawy. Skoro on mnie wyrolował, to ja jego też – wysypałem wszystko i dostałem tylko grzywnę.

Już wcześniej zostałem malarzem pokojowym. Mam do tego dryg. Zarabiałem masę pieniędzy. Lubiłem muzykę, zbierałem płyty. Kupiłem głośniki GPR, wzmacniacz MacIntosha i gramofon ręczny. Ważył ze trzydzieści kilo, otwarty na dole, widać było cały mechanizm, błyszczący oliwą. Nikt takiego nie miał. Jak go później sprzedałem, to miałem kasę na połowę mieszkania w Tel Avivie. Gramofon przydawał się nie tylko do tańców. Mieszkałem z kumplem, który też przyjechał z Polski, Leszkiem, specjalistą od kobiet. Jak je brał, to chodziły po ścianach. Odgłosy były takie, że ludzie na całej ulicy wyglądali przez okna. Musiałem w sąsiednim pokoju puszczać rocka na cały regulator, żeby go zagłuszyć i nie zwariować.
Ten Leszek miał galerię, wciągnął mnie do innego towarzystwa, dwie klasy wyżej. Inżynierowie, lekarze, artyści. Bogaci ludzie. Mieliśmy salon; przyjęcia, muzyczka. Taka La Boheme.

***

Poznałem inżyniera budowlanego, który był świetnym teoretykiem brydża. Pisał systemy, ja błyskawicznie się uczyłem, niesamowicie łatwo mi to przychodziło. Założyliśmy drużynę. Trzy razy byliśmy w finale mistrzostw Izraela, wśród dwunastu najlepszych par. Dzięki brydżowi wszedłem w jeszcze lepsze towarzystwo: maklerzy, adwokaci, ekonomiści, szefowie spółek giełdowych. Był szef departamentu walut w jednym z większych banków Izraela, zresztą gość z Krakowa. Tam grało się strasznie grubo, po 15-25 szekli za punkt. Byłem przy nich nikim, ledwo zdążyłem zmyć farbę z palców, ale było mnie na to stać i szanowali mnie za jaja w grze. Załatwiałem robotę dla siebie i znajomych; a wystarczyło posłuchać, o czym rozmawiają i wiedziałem, co kupować na giełdzie. Czasem żartowałem: „Podpowiedzcie coś, bo bieda dupę gryzie”. I mówili: „Kup to, kup tamto”.

Jeszcze w Ejlacie zobaczyłem w gazecie notowania giełdy. Hebrajski znałem słabo, przyjechałem z komuny, za cholerę nie mogłem załapać, co to jest. Wytłumaczyli mi, że mogę kupować akcje i zarabiać na tym. Zapaliło się światło. Nauczyłem się dobrze czytać po hebrajsku po to, żeby zrozumieć, jak to działa. Grałem ponad dwadzieścia lat, cztery razy dostałem strzała. Najgorszego w 1994 roku. Pagib na wojnie. Pewność siebie mnie zgubiła, dostałem wiadomość z pierwszej ręki i widziałem się już milionerem. Straciłem siedemset tysięcy dolarów, z czego dwieście tysięcy kredytu bankowego, którego nie mogłem spłacić. Musiałem zwiewać.

***

Wróciłem do Krakowa i zobaczyłem szarzyznę, większą niż za mojej młodości. Dzisiaj to już co innego. Europa! Jestem zdeklarowanym Izraelczykiem, ale dobrze się tu czuję. I wali mnie to, co mówią antysemici.
Jest taki bar w Podgórzu, „Maryna”; fajne towarzystwo przychodzi tam na obiady. Mogą mieć różne poglądy; prawicowe, nawet narodowe, ale zawsze da się normalnie pogadać, czasem pokłócić, i ze smakiem wtulić schabowego. I to jest to! Piękna atmosfera.
Wtedy, po powrocie do Krakowa, pałętałem się przez dwa lata. Jeździłem do matki, która w1978 roku przeniosła się do Wiednia. Niedawno umarła, mam po niej dom w Podgórzu.
Zacząłem grać w zakładach bukmacherskich. Zdarzały się grube strzały, po dwadzieścia tysięcy złotych. Ale największe uderzenie miałem w Wiedniu, gdzie postawiłem 9 tysięcy euro na Juventus Turyn przeciwko Maccabi Tel Aviv w Lidze Mistrzów. Dlaczego nie na swoich? Ja ich pieprzę.
Część wygranych rozmieniałem na pięciozłotówki i pakowałem do litrowych słoików po ogórkach. W jednym mieściło się jakieś 3,5 tysiąca złotych. Miewałem nawet po sześć takich, na złą godzinę. Czasami zdarzało się „czarne dotknięcie” i opróżniałem wszystkie.
Wreszcie poszedłem znowu na giełdę. Najpierw dostałem w łeb 100 tysięcy złotych. Chciałem się odegrać i poszło następne 250 tysięcy. Straciłem finezję, gorzej wyglądam, gorzej się czuję. Zęby mi wypadają, cukier się podniósł.
Gram dalej, na kontraktach. Na niskie stawki – bywało, że miałem nawet setkę kontraktów, teraz obracam trzema – ale tak samo ostro i ryzykownie jak dawniej. Dlaczego? Bo jestem graczem. To nie nałóg, to styl życia. Gdy miałem dobrą passę, chodziłem do najlepszych restauracji i świetnie się z tym czułem; że mogę wypić taką kawę, zjeść takie ciacho, obiad. Byłem w niebie. Patrzyłem jak obok mnie przetaczają się inni, lepsi ludzie. A ja nie miałem wykształcenia, dobrego zawodu, ale mnie honorowali, bo miałem kasę.
Jedni chleją wódę, inni wydają na kobiety, a ja mogę być nawet zupełnie spłukany, ale kiedy gram, to czuję, że żyję.

Notował PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj