Klucz do życia

Tekst ukazał się w „Tempie” z 17 czerwca 1989 r. Autor: Wiesław Syzdek.*

W środku nocy budzi ją przeszywający ból. Z prawego biodra promieniuje na całą nogę. Mocny tak, że wydaje się jakby wszystko bolało – ręce, głowa… Co godzinę przymusowa pobudka. Dorota zwija się w kłębek, naciąga koc na głowę. Wokół głucho, ciemno. Ma wtedy chęć skończyć z cierpieniem, skończyć ze wszystkim… Nuta rozsądku podpowiada jednak: „Zbyt wiele przecierpiałaś, żeby się teraz załamywać”.
Wspaniałym jest tydzień, który ma tylko trzy bezsenne noce. Bywa, że Dorota obudzi się rano zaskoczona – „Tej nocy biodro nie bolało„.
Po południu siatkarka Dorota Uram chwyta w ręce kule, idzie do szkoły – zaocznego liceum ekonomicznego. Przed szkolnymi drzwiami „włącza” swój dyżurny uśmiech. Koleżanki z klasy i sąsiedzi mówią, że Dorota zawsze jest pogodna chociaż chodzi o kulach. Odpowiedź ma przygotowaną: „Normę płaczu wyczerpałam w nocy, więc teraz muszę się śmiać”.

Cztery lata temu siatkarka Stali Mielec śmiała się inaczej, śmiechem szczerym. Radość sprawiała gra w reprezentacji na mistrzostwach Europy w Holandii. Po mistrzostwach Stal inauguracyjny mecz pierwszoligowy ze Startem Łódź wygrała 3:2. Wysoka (182 cm) Uram wszystkie ataki – z krótkiej, z drugiej linii – kończyła mocnymi zbiciami. Dziewczyny z Łodzi nie potrafiły wyłapać piłek po jej ścięciach. Wśród mielczanek eksplodowała radość w charakterystycznym, triumfalnym tańcu. Dorota zacisnęła zęby. Ból w krzyżu przytłumił wesołość.
Święta Bożego Narodzenia 1985 spędziła u rodziców we Wrocławiu. Ból kręgosłupa zwielokrotnił się. Od lekarza na pogotowiu dowiedziała się, że jeśli dolega jej to, co on przypuszcza – koniec ze sportem. Nie dopuszczała wtedy myśli o możliwości przerwania jedynej pasji swego życia. Po świętach z dnia na dzień cierpiała coraz bardziej. Dzień przed Sylwestrem zmierzyła temperaturę – termometr wskazywał 40 i pół stopnia.

Nowy Rok 1986 Dorota witała, leżąc bez ruchu, na twardym łóżku w mieleckim szpitalu. Rozpoznano, że oprócz dyskopatii nowa pacjentka choruje na zapalenie płuc, korzonków nerwowych, mięśnia sercowego. Nie rozpoznano w Mielcu, że ma także zapalenie stawu biodrowego. I tak dla lekarzy ze swojego miasta była przypadkiem nadto skomplikowanym. Schorzenie stawu biodrowego wykrył dopiero w Piekarach Śląskich doktor Bogdan Koczy.
Niespotykana seria chorób na raz rodziła różne domysły, co do ich przyczyn. Z kręgów bliskich reprezentacji rozpowszechniono w Polsce, że Uram w momencie powołania do kadry miała anemię. Przeczą jednak temu badania krwi wykonane w tamtym czasie. Poza tym lekarz nie dopuściłby zawodniczki w takim stanie do gry.
Dorocie wolno było trenować, a nawet musiała, kiedy w lipcu na zgrupowaniu kadry przed mistrzostwami Europy po raz pierwszy poczuła ból w krzyżu. Poprosiła trenera Jerzego Matlaka o zwolnienie z zajęć. Odpowiadał, że niemożliwe jest, by ją cokolwiek bolało, choć lekarz kadry Marek Krochmalski podejrzewał dolegliwość kręgosłupa.

Była kadrowiczka pamięta, że przez pół roku w czasie przygotowań do mistrzostw i podczas turnieju w Holandii połykała różne medykamenty, zwane przez opiekunów kadry odżywkami. Dorota mówi: – Dziewczyny wywęszyły, że dostajemy jakiś dodatek do mleka, więc na obozie od tego czasu talerze z zupą mleczną wędrowały pełne z powrotem do kuchni. Na turnieju dopiero po meczu z RFN wewnętrznie czułyśmy w sobie nadludzką siłę i chęć zwyciężenia. Widocznie pomylono porę podania nam czegoś pobudzającego organizm.
Doktor Koczy w rozmowie z Dorotą wykluczył jakoby przeciążenia treningowe spowodowały nagłe „rozsypanie się” organizmu siatkarki.
W Mielcu leżała Dorota na oddziale wewnętrznym. Dostawała kroplówkę. Cztery razy dziennie zastrzyk. Z nadmiaru przyjętych lekarstw przeżyła antybiotykowy wstrząs. Po raz pierwszy w życiu właśnie w mieleckim szpitalu, leżąc przez sześć tygodni, doświadczyła bezsilności lekarskiej. – Wypisałam się na własną prośbę i miałam wrażenie, że ordynatorowi kamień spadł z serca.

Na oddziale ortopedycznym w Piekarach odstawiono wszelkie lekarstwa. Dorota wyleczyła się ze wszystkich zapaleń, prócz najgorszego, wlokącego się do dziś, zapalenia stawu biodrowego.
Pod opieką Koczego, któremu zaufała, po trzech miesiącach pobytu w szpitalach i w szóstym tygodniu kuracji w Piekarach miała pierwszy po długiej przerwie powód do uśmiechu. Opierając się o ortopedyczny „balkonik” podreptała po szpitalnym korytarzu. Na pożegnanie szpitala dostała dwie kule i zaproszenie od Koczego na konsultacje.
O szanse uprawiania sportu nie pytała, nawet nie pomyślała. Takie niedorzeczne myśli nie przychodzą, kiedy człowiek leży przykuty do łóżka lub chodzi oparty o dwie metalowe tyczki.
Siatkarka Dorota Uram przyszła do Mielca z Gwardii Wrocław. Dostała tu mieszkanie. Zarabiała dużo pieniędzy. Mogła wydawać je na każdą zachciankę, kupować drogie ciuchy.
– Urwało się… – mówi.

Rok po wyjściu ze szpitala komisja lekarska orzekła u niej druga grupę inwalidzką. Dzięki temu co miesiąc dostaje 17 tysięcy złotych renty.
Kartek na mięso Dorota nie wykupuje. Sąsiadka z czwartego piętra zaprasza ją na obiady. Rewanżuje się przynosząc słodycze dzieciom sąsiadki. Od rodziców nie chce brać pieniędzy, jak przedtem, kiedy była czołową siatkarką. Pomimo to rodzice podrzucają trochę wałówki, jakiś prezent.
Przedtem wydawanie pieniędzy było przyjemnością. Teraz – umiejętnością oszczędnego nimi gospodarowania. Problemem jest jednak dotrwanie do pierwszego.
Dorota nie chodzi do pobliskiego sklepu samoobsługowego na zakupy. Z dwiema kulami w dłoniach nie jest w stanie pchać wózka. Sąsiedzi po przyjacielsku pomagają. Brak międzysąsiedzkiej koordynacji i nadmiar życzliwości sprawi, że jednego dnia jest za dużo szczęścia – trzy butelki mleka. Każda przyniesiona przez innego z sąsiadów.

Codziennie musi ćwiczyć chory staw. Gdyby pozostawiła go w bezruchu, nie byłoby szans na wyzdrowienie. Często wyjeżdża do sanatorium rehabilitacyjnego do Iwonicza-Zdroju. Ćwiczy tam pod opieką magister Urszuli Bodniak. Pani Urszula zmobilizowała Dorotę do pracy, przełamała psychicznie. Zaprzyjaźniły się i do dzisiaj ze sobą korespondują.
W Iwoniczu do południa Dorota ćwiczy przez dwie godziny. Po południu sama przychodzi do sali ćwiczyć przez następne dwie godziny.
Inaczej wygląda jej „mielecki” dzień. Z reguły ma tu czas na odsypianie straconych godzin. Potem czyta książki. Ma dużo czasu na czytanie. W książkach chce znaleźć klucz do swojego skomplikowanego świata.

Sokrates napisał, że prawdziwy przyjaciel to drugie ja. Wie więc, że tak zwane przyjaźnie pomiędzy dziewczynami w klubie są powierzchowne. Jej dzisiejsze kontakty z koleżankami z drużyny są sporadyczne. W trudnym okresie leżenia w szpitalu pomagała jej Anna Gęza. Później koleżanki przychodziły kupować koszulkę, spodenki, bo „Tobie, Dorota, niepotrzebne przecież„. Zostały jej jeszcze dobrej marki tenisówki siatkarskie, lecz jeśli któraś z dziewczyn przyszła na zakupy – „wyleciałaby z futryną”.
Przez rok, do września 1988, chodziła bez kul. W klubie usłyszała: – Przychodź na treningi, będziesz ćwiczyć indywidualnie.
Odpowiedziała: – Nie będę już owijała w bawełnę, ze sportem skończyłam.

Była siatkarka Stali Mielec nie ma pewności, czy chory staw wyleczy się, dojdzie do stanu pozwalającego normalnie żyć, chodzić. Poza tym zawsze była zawodniczką „szóstkową”, na ławce rezerwowych nigdy nie przesiadywała. Nim teraz doszłaby do formy, długo musiałaby być rezerwową. Wyznaje zasadę – albo w sporcie jest się kimś, albo trzeba gdzie indziej szukać spełnienia życiowych marzeń.
Zraziła się do siatkarskiego środowiska. Szef wyszkolenia Polskiego Związku Piłki Siatkowej, pan Władysław Heller spotkał ją przypadkowo: „Mówiono, że jeździsz na wózku…”
Zainteresowanie władz siatkarskich byłą kadrowiczką Uram sprowadzało się do pośredniego rozpytywania o możliwości jej rychłego grania w reprezentacji. Żaden przedstawiciel Związku nie przyszedł spytać o jej zdrowie. Później wrzucono ją do jednego worka z dziewczynami, które uchylają się od gry w reprezentacji.
Uram przyznaje, że nie potrafiłaby teraz znaleźć się w swoim dawnym środowisku. Odcięła się i jej kontakt z siatkówką ogranicza się do wizyty w klubie z prośbą o samochód, kiedy ma zamiar jechać na konsultację do Piekar Śląskich. Dwa lata temu działacze Stali załatwili zagraniczny lek.

Irytujące jest czasem zachowanie ludzi. Spuszczają wzrok na widok Doroty, a po oddaleniu się na dwadzieścia metrów obserwują dokładnie, wścibskimi oczami. Dzieci reagują naturalnie: „Mamo, patrz, taka duża pani, a podpierać się musi tyczkami…„, albo: „A dlaczego ta pani nie umie chodzić…„.
Przez ludzkie wścibstwo Dorota na mecze siatkarskie nie przychodzi. Woli by tam, w hali, pamiętali Uram skaczącą wysoko i silnie zbijającą. Idący o kulach człowiek wygląda tak bezradnie…
Miała już pozwolenie od Koczego chodzenia bez kul, bowiem nie było potrzeby odciążania chorego stawu. We wrześniu nieostrożnie stanęła na leżącą śliwkę, malutką mirabelkę. Poślizgnęła się, poczuła ból w biodrze.. Lekarz zalecił ponowne zaprzyjaźnienie się z kulami.

W Piekarach jeszcze, kiedy Dorota leżała bez ruchu, odwiedzili ją rodzice. Nieświadom stanu córki ojciec zaproponował, żeby się przeszli to porozmawiają.
– Tato, ja nie mogę chodzić – odpowiedziała.
Wiele takich smutnych chwil przeżyła Dorota w czasie najwspanialszych lat życia – młodości. W okresie kiedy trenowała, w latach beztroski, dostatku pieniędzy, była przekonana o słabości swojej psychiki. Teraz wie, że jest mocna, odporna na najgorsze przykrości. Siatkarka Uram inaczej postrzegała świat niż rencistka Uram.
Ma w mieszkaniu wiele maskotek. Mieszka sama. Rodzina we Wrocławiu. Sąsiedzi wytwarzają jednak taką atmosferę, że samotności nie czuje. Raz przybiegł sąsiad. Zobaczył u Doroty skwaszoną minę. Wyszedł. Wrócił z kwiatami: „…żebyś się uśmiechnęła…„.

Przez dwa lata szukała nowej pasji życia, może przyszłego zawodu. A to tak było blisko. Wspaniale jest pomagać innym w ich cierpieniu, prowadzić rehabilitację pacjentów. Była siatkarka Dorota Uram marzy, by skończyć dwuletnie studium rehabilitacji. Tylko trzeba pozbyć się tych cholernych kul!… Ma także inne marzenia, ale za żadne skarby ich nie ujawni. Nie straciła marzeń, lecz tylko wykreśliła sport. Znalazła klucz do dalszego życia.
Była reprezentantka Polski idzie do szkoły. Przed wejściem do szkolnego budynku na jej twarzy pojawia się uśmiech. Za rok matura i wtedy zrealizuje pierwszy, konieczny warunek do spełnienia się jej nowego celu. Drugim będzie odrzucenie „metalowych przyjaciółek”.
WIESŁAW SYZDEK

* To trzecia pozycja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Powyższy reportaż Wiesława Syzdka był wyróżniony w Konkursie im. Jana Rottera – organizowanym w tamtym okresie przez „Tempo”.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.