Kobiety z naszego plemienia

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 24 czerwca 2005 r.

Późną jesienią 1978 roku Wisła grała rewanżowy mecz 1/8 Pucharu Europy z FC Brugge. Aktor Jerzy Fedorowicz przyniósł na stadion przy Reymonta w teczce 15 tysięcy złotych pożyczonych od Jana Nowickiego. – To była równowartość pięciu czy sześciu moich pensji przeznaczonych na kupno trzynastoletniego trabanta – opowiada.
Wisła prowadziła 2:1, szykowała się dogrywka, ale w samej końcówce krakowianie strzelili gola dającego awans do ćwierćfinału. – Z radości rzuciłem teczkę do góry i mi zginęła – śmieje się dzisiaj Fedorowicz. – Złapałem się z przerażenia za głowę. Na szczęście, po chwili ktoś mi ją oddał.

Fedorowicz i Nowicki, kiedy tylko są w Krakowie, nie opuszczają meczów Wisły. Często towarzyszą im Andrzej Sikorowski, Marcin Daniec i ksiądz infułat Bronisław Fidelus, proboszcz Bazyliki Mariackiej (Fedorowicz: „On przeżywa wydarzenia boiskowe bardziej w środku„). Mają stałe miejsca na trybunie honorowej. – Nie zawsze tak było – wspomina pan Jerzy. – Gdy byliśmy młodymi aktorami, a na lożę wpuszczano tylko zasłużonych, musieliśmy znaleźć inne stanowiska obserwacyjne. Z Jankiem, Krzyśkiem Litwinem i Leszkiem Piskorzem wdrapywaliśmy się po piorunochronie albo przystawionej drewnianej drabince na dach budynku klubowego, gdzie jest ta socrealistyczna kolumnada. Panowała tam przedziwna akustyka – lepiej niż z trybun słychać było rozmowy piłkarzy na boisku. Świetnie się bawiliśmy, kiedy Staszek Gonet rugał swoją reprezentacyjną obronę.

W tamtych czasach aktorzy żyli w wielkiej komitywie z piłkarzami. – Dostałem talon na nowego „malucha”, ale nie miałem za co go wykupić – opowiada Fedorowicz. – Stasiu Gonet pożyczył mi potrzebną kwotę. Z kolei dzięki czterystu dolarom pożyczonym od Zdziska Kapki, gdy wrócił ze Stanów, kupiłem kolejny samochód – Fiata 124. Kiedy Zdzisiek był na obozie, odbierałem ze szpitala jego żonę z nowonarodzoną córeczką.
Aktorzy przychodzili na mecze, piłkarze do teatru. Pomagali sobie, razem się bawili. Także na stadionie. Pewnego razu do Krakowa przyjechał z Legią Edward Załężny, stoper nazywany „łamaczem kości”. – Poprosiliśmy Andrzeja Iwana, żeby założył mu „siatkę” – uśmiecha się Jerzy Fedorowicz. – „Ajwen” podprowadził go pod nasze miejsca i bach mu „siatę”, a my bijemy brawo. No to Andrzej nawrócił i znowu puścił mu piłkę między nogami, obiegając go z boku.

Muzyka w głowie

Cracovię opiewał poeta Jerzy Harasymowicz. To w jego wierszach Jerzy Bujak grał na skrzydle jak Paganini na skrzypcach, a obrońca Andrzej Turecki lewą noga załatwiał mecz.
Legendą „Pasów” jest również krakowski bard Aleksander „Makino” Kobyliński; w nieodłącznej czapce „burdelówie” na głowie, z apaszką na szyi i gitarą w rękach. – Mam w genach miłość do kobiet, a w głowie 1500 piosenek – przekonywał kiedyś znakomitego dziennikarza „Tempa”, przedwcześnie zmarłego, Piotra Sikorę. – Na każde pana słowo mam w głowie muzykę. I gram.

I grał – przed meczami Cracovii, Wisły, reprezentacji Kazimierza Górskiego. Kiedyś ułożył melodię do hymnu Cracovii („Na Plantach, …, wraz z podmuchem wiatru, wszystko mi zagrało„).
Obecny hymn – którego dostojność kłóci się z wizerunkiem kontrowersyjnego piosenkarza – napisał Maciej Maleńczuk. Odśpiewał go po raz pierwszy w czasie fety po awansie do ekstraklasy, gdzie jechał wprost z koncertu. Przed meczami odtwarzana jest studyjna wersja hymnu, ale w internecie krąży tamta, odśpiewana a capella, głosem drżącym ze wzruszenia i spełnianych z radości toastów.

Na stadionie Wisły króluje natomiast pieśń „Jak długo na Wawelu” nagrana przez Andrzeja Sikorowskiego. – Andrzej pięknie zaśpiewał ten walczyk – mówi kompozytor muzyki filmowej, Zbigniew Preisner. – Marzę jednak także o zaaranżowaniu go w tempie na 2/4, z wykorzystaniem orkiestry i kilku tysięcy kibiców. Od czegoś takiego zatrzęsłaby się ziemia.

Rozkwaszony nos żula

Stadion Cracovii mieści się na skraju dzielnicy Zwierzyniec; miejsca o wyjątkowej atmosferze. Wychowany tam Gustaw Holoubek od dziecka kibicował „Pasom”. Doskonały aktor na scenie, ujmujący dżentelmen w obyciu, miewał jednak na stadionach niezwykłe wyskoki. Jeden z nich – tym razem przy Łazienkowskiej w Warszawie – opisuje Tadeusz Konwicki w książce „Nowy Świat i okolice”. „Otóż siedzimy sobie kiedyś z Gucieńkiem, Dygatem i jeszcze jakimś kibicem na trybunach stadionu Legii i w miłym podnieceniu oczekujemy rozpoczęcia meczu piłkarskiego. A tu za nami, na wyższym stopniu trybuny, lokuje się jakaś wataha żulów warszawskich. Nie pomni na to, że przed nimi siedzą szacowni kibice sportowi, zaczynają wrzeszczeć, rzucać mięsem, szamotać się gwizdać, ryczeć.

Gucieńko odziany z dystynkcją w sakpalto, odwraca się i grzecznie upomina młodzież prosząc o spokój. Bogać tam, rwetes, wrzaski, nieprzystojne słownictwo jeszcze się wzmagają. Gucieńko słucha tego, jego piękne uszy czerwienieją złowrogo, nagle odwraca się błyskawicznie, łapie najaktywniejszego urka za łeb i przez własne ramię trzask jego pyskiem o własne kolano. Matko Święta, cała trybuna ucicha, chuligani milkną ze zgrozy, ten schwytany przez subtelnego Gucieńka żulik gramoli się z ziemi z rozkwaszonym nosem, a wtedy ich przywódca, wielki i barczysty drab, podnosi się z ławki i powiada z niesmakiem: – Chodźmy stąd, bo tu granda siedzi„.

Holoubek wcześnie wyjechał z Krakowa do stolicy, ale na trybunie stadionu Cracovii zawsze zbierała się intelektualna śmietanka miasta. Profesor Kazimierz Wyka, znakomity polonista, pośród innych pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Plejada aktorów krakowskich teatrów, z najbardziej impulsywnym – Tadeuszem Wesołowskim, który nie cierpiał sprzeciwu w dyskusjach o futbolu.
Kiedyś wynikł spór o rzut karny, ktoś przeciwstawił mu zdanie Mariana Cebulskiego, innej legendy krakowskiego teatru. Wesołowskiemu zabrakło argumentów, więc krzyknął: „Cebulski?! Cebulski do dupy grał w ostatniej sztuce!„.

Jak skrzypek z premierem

Cracovia długo błąkała się po II i III lidze, ale po powrocie do ekstraklasy szybko doczekała się grona znanych sympatyków. Kilku z nich bezinteresownie nagrywało spoty reklamowe zachęcające do przyjścia na mecz. Wspomniany Maciej Maleńczuk przyjechał do radia na rolkach, dzięki czemu najszybciej poruszał się w studio nagraniowym.
Prawie każdy z fanów Cracovii zwierza się, że zafascynowały go biało-czerwone barwy. – Koszulka była decydująca, a poza tym mieszkałem przy ulicy Smoleńsk i z balkonu było widać stadion przy Kałuży – opowiadał niegdyś popularny pisarz Jerzy Pilch. Autor „Spisu cudzołożnic” wyemigrował do Warszawy, ale pojawił się na pierwszym po awansie meczu „Pasów” w Krakowie. Rozpłakał się ze wzruszenia.
Gdyby Cracovia zdobyła Puchar Europy byłoby to nawet ważniejsze – niewiele, ale jednak – niż mistrzostwo Europy wywalczone przez reprezentację Polski – zwierzał się. – Nawet gdyby moja drużyna miała być złożona z samych cudzoziemców, będzie moją w jeszcze większym stopniu, bo będzie podszyta pewną perwersją. To tak jakby uwieść fantastyczną kobietę z wrogiego plemienia. Ona będzie lepiej smakować.

Najbardziej żywiołowego VIP-a kibice Cracovii zwerbowali na stadionie Aston Villi. Awangardowy skrzypek Nigel Kennedy był już żonaty z Polką, planował osiedlenie się w Krakowie. Kiedy już zamieszkał pod Wawelem, swoimi ekstrawagancjami dodał kolorytu obiektowi przy Kałuży. Podczas nudnego, drugoligowego meczu z Piastem Gliwice, kiedy ziewali nawet najzagorzalsi fani, na stadionie słychać było tylko jego nieprzerwany doping.
Innym razem Anglik wbiegł na konferencję prasową, stanął przed stolikiem trenerów i zaczął skandować: „Cracovia! Cracovia!„.

Na głównej trybunie Wisły słychać z kolei podniesiony głos Jerzego Fedorowicza („Muszę odreagować stresy, a poza tym często wkurzają mnie sędziowie„), natomiast w ubiegłym roku, w loży VIP na Santiago Bernabeu, prezes Realu Madryt, Florentino Perez pytał krakowskich gości, kim jest ten krzyczący wniebogłosy mężczyzna. Nie poznał Zbigniewa Preisnera, nawołującego: „Nie cofać się, atakować!„.
Z dystynkcją właściwą stanowisku zachowywał się za to na stadionie Cracovii wicepremier Jerzy Hausner. Obecny lider Partii Demokratycznej zawsze powtarzał, że kibicuje wszystkim krakowskim klubom, ale częściej bywał przy Kałuży, gdzie sukcesy odnosił jego niedawno zmarły wujek, Krzysztof Hausner, wicemistrz Europy juniorów.
Były wicepremier uwielbia tez piłkę nożną od strony praktycznej. Wynajmował salę krakowskiej Akademii Ekonomicznej i w soboty przyjeżdżał grać z Warszawy z dwoma ekipami rządowymi.

Znowu przyjdę, znowu będę marzył

Generał broni Mieczysław Bieniek jest jedynym na świecie oficerem tak wysokiej rangi, który ciągle skacze ze spadochronem. Od lat kibicuje Wiśle, a na ostatnie derby przyjechał nawet, „urywając” się z bankietu jubileuszowego ABW.
Podczas niedawnej fety z okazji zdobycia przez „Białą Gwiazdę” mistrzostwa Polski, w przerwie meczu na boisku mieli wylądować komandosi z oddziału desantowo-szturmowego. Dowódca 2. Korpusu Zmechanizowanego osobiście odprawiał podwładnych na lotnisku, kiedy któryś z podwładnych spytał kpiąco: „Panu generałowi już się nie chce skakać?”. Sprowokowany Bieniek niedługo potem lądował na murawie w wypastowanych do połysku lakierkach…

Ewa Wachowicz została Miss Polonia w 1992 roku, kilkanaście miesięcy później przyjęła funkcję rzecznika rządu Waldemara Pawlaka. Kibicem Wisły była dużo wcześniej. – Skażenie rodzinne – uśmiecha się. – Mój brat studiował na AGH i ciągle chodził na Wisłę. Zabrał mnie na stadion, gdy przyjechałam do niego w odwiedziny. Dzisiaj podziwiam Tomka Frankowskiego. Jest genialny.
Niemal obraża się na sugestię, że kobiety nie rozumieją wszystkich przepisów futbolowych, zwłaszcza tego o spalonym. – Co za głupie pytanie; miałam taki reżim w domu, że doskonale wiem, co to spalony! – ripostuje. – Rozumie go nawet moja pięcioletnia córeczka, Ola, choć na mecz mówi jeszcze „gol”.

Ewa Wachowicz jest obecnie producentem programów telewizyjnych. Gwiazda jednego z nich – „Podróże kulinarne z Robertem Makłowiczem” – kibicuje Cracovii (trenuje w niej zresztą syn Makłowicza). – Czasami kłócimy się żartobliwie na tematy piłkarskie, ale nic panu nie zacytuję, bo Robert ma niewyparzony język – śmieje się Ewa. – Łączy nas jednak kuchnia i życzyłabym sobie, żeby wszyscy kibice w Krakowie pozostawali w takiej komitywie.
Sympatyzuję z Wisłą również dlatego, bo wierzę, że ten klub jako pierwszy zacznie na poważnie walkę z chuliganami. Powstanie stadion rodzinny, na którym będę mogła poczuć się bezpiecznie ze swoją córeczką.

Bezpieczne stadiony i wizyty na meczach po obu stronach Błoń pamiętają ludzie z pokolenia Jana Nowickiego i Jerzego Fedorowicza. O współczesnych incydentach wypowiadają się dosadnie. „Wisła i Cracovia przypominają mi dwa stuletnie dęby, pod którymi czasami odlewa się grupa gówniarzy” – pisał niedawno Nowicki.
Pytany o zajścia na trybunach podczas majowych derbów uciął: „Nie zajmuję się szambem„.
Pasja kibicowska nie wyklucza krytycznego spojrzenia na poczynania piłkarzy. – Czuję się obrażony, to była jakaś namiastka emocji – komentował przebieg tychże derbów. – To tak, jakby zamiast pięknej kobiety musiał pan zachwycać się masturbacją.

Miłość potrafi jednak wszystko wybaczyć. – Żal mi, że mnie, staremu facetowi, zmarzła dupa i że oglądałem tak kiepski mecz – zwierzał się pan Jan. – Ale ja jestem kibic, jestem głupek. Następnym razem znowu przyjdę, znowu będę marzył, znowu zmarznę i znowu będę wściekły.
PAWEŁ FLESZAR

O bohaterach powyższego tekstu można też poczytać:
– wywiad z Janem NowickimTUTAJ
– wywiad z Maciejem MaleńczukiemTUTAJ
– wywiad ze Zbigniewem PreisneremTUTAJ
– o Andrzeju IwanieTUTAJ

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*