Koniu uciągnął zaprzęg pod górkę

Przy dopingującej na stojąco łańcuckiej publiczności koszykarze Sokoła wyrwali w końcówce dziewiąte zwycięstwo w sezonie – a siódme z rzędu – 81:74 z GKS Tychy.

Gospodarze przystępowali do konfrontacji na fotelu lidera I ligi z bilansem 8-1, tyszanie zaś okupowali 11. miejsce, a rekord mieli zaledwie remisowy, 4-4. Co jednak zupełnie nie odzwierciedla ich potencjału personalnego. Wszak latem, do już bardzo silnego trzonu, ściągnęli dwóch zawodników ze stażem w ekstraklasie i dwóch wyróżniających się na jej zapleczu. A jesienne problemy zdrowotne zrekompensowali w tym tygodniu kolejnymi transferami: Michała Jankowskiego, który w najwyższej lidze rozegrał 179 meczów, oraz zdolnego, 20-letniego przemyślanina, Kacpra Majki.
Ten duet przedstawił się z dobrej strony. Kacper na dzień dobry zaliczył trójkę (na 12:16), a Michał zdobył w krótkim czasie 7 punktów, najpierw ustalając wynik pierwszej części na 19:24, a potem, w drugiej, powiększając przewagę do 21:27.

Miejscowi po raz ostatni prowadzili 7:3 i 7:5, osobiste pudłowali identycznie jak w ostatnim występie w Siedlcach (opisywaliśmy go TUTAJ), a dużo gorzej niż w środę wiodło im się za linią 6,75 metrów.
W tej sytuacji ich ostoją był Rafał Kulikowski, powszechnie i od dawna nazywany „Koniem”. Aktywny pod obiema deskami, już do przerwy zdobył osiem „oczek”, dziewięć zbiórek i trzy bloki. Nie miał wahań, bez wzruszeń biegał w sobotnie popołudnie ponad pół godziny. Pytany, co jadł dzisiaj, że tak mu posłużyło, odparł: „Potrawę tradycyjnie polską i tradycyjnie moją obiadową, czyli pieczeń”. Nasuwa się wniosek, iż coraz lepszą kondycję zyskuje grając coraz więcej, wszak w Siedlcach spędził na parkiecie aż 38 minut. – Zwykle mam „butlę” już w pierwszej kwarcie, a teraz czuję się dobrze dużo dłużej. Mecz przynosi więcej pod względem wytrzymałości niż trening, bo to na meczu daje się z siebie sto procent – uważa.
W drugiej odsłonie ciągnięty przez niego zaprzęg przyspieszył, wyszedł na 36:31, a po „trójce” Artura Włodarczyka na tablicy świeciło się jeszcze 39:35. Zapis odwrócili: najrówniejszy dzisiaj w szeregach przyjezdnych Tomasz Deja (za trzy) i Norbert Kulon (penetracja po długim dryblingu). 39:40.
Po pauzie Sokół wyszedł na 41:40, a z 41:44 na 50:44. Ciągle w galopie był „Koniu”, raz finezyjnie obsłużony przez zaliczającego kolejne asysty Kamila Zywerta, który przed podaniem zaabsorbował obronę i zawisnął w powietrzu . Kiedy natomiast w 32. minucie rozochocony Kulikowski z szóstego metra „przejechał” na koźle Patryka Nowerskiego, zrobiło się 61:56, a on miał na koncie 15 pkt.

Najbardziej fascynującą kreację stworzył Marek Zywert, udowadniając, że nawet z najgłębszej depresji można wybić się na szczyt. W pierwszej połowie rzucał jak cegłą; raz na pięć prób trafiając zza łuku i wykorzystując tylko jeden z sześciu wolnych! Pozostał jednak na placu przez pełne 40 minut i z czasem – występując na trzech różnych pozycjach (1-3) – dawał zespołowi coraz więcej. W trzeciej kwarcie „trójkami” odrywał go od przeciwników (48:44, 57:53), a w czwartej pozwalał utrzymać z nimi kontakt.
Filip Małgorzaciak bowiem – długimi okresami wcześniej czujnie pilnowany przez Bartłomieja Karolaka – zdobył w tamtym okresie 8 z 10 pkt swojego teamu. Przekręcił wynik na 61:62 i odtąd, mimo wysiłków Macieja Klimy, inicjatywę mieli tyszanie. Marek wyrównał na 66:66, a przy stanie 70:74 najpierw ukłuł z dystansu i zaraz lewą ręką uwieńczył wjazd po asyście Kulikowskiego.
Odtąd, przez 80 sekund, łańcucka publiczność na stojąco obserwowała, jak miejscowi wyrywają zwycięstwo: Kamil Zywert melduje się lay-up’em, dalej wymuszają na rywalach błąd dozwolonego czasu akcji, Klima i Karolak zaś zbierają w obronie, są faulowani, ale pewnie egzekwują wolne. – Kompletnie nie spodziewałem się, że po dziesięciu kolejkach możemy mieć bilans 9-1 – uśmiechał się Rafał Kulikowski po tym, jak odebrał zasłużoną nagrodę MVP. Zwierzał się, że nieco wyżej od dzisiejszego ceni występ 18 października w Tarnobrzegu, skąd przywiózł 21 „oczek” i 16 „desek”.

W przyszłą sobotę Sokół zmierzy się w Lesznie z Jamaleksem Polonią, a we własnej hali ponownie pokaże się 25 listopada, o g. 17.30, podejmując Znicza Pruszków.
W najbliższy poniedziałek, 13.11, o g. 13, odbędzie się natomiast w Łańcucie smutna uroczystość. Na tutejszym Cmentarzu Komunalnym zostanie pochowany Marian Reszytyło. Urodził się w Łańcucie 71 lat temu, tutaj zaczynał przygodę z basketem, a po dwuletnich występach w Legii Warszawa został członkiem legendarnej ekipy „Bieszczadzkich Wilków” – Resovii. Z obydwoma klubami został mistrzem Polski – odpowiednio – w 1966 i 1975 r. W koszykówkę grały również jego dzieci: Dorota w AZS Rzeszów, a Grzegorz w Resovii i w Sokole, gdzie pracował też z młodzieżą.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – GKS Tychy 81: 74 (19:24, 20:16, 20:16, 22:18)
Sędziowali: Tomasz Tybor, Grzegorz Łata i Jakub Adameczek. Widzów: 750.
SOKÓŁ: M. Zywert 22 (5×3, 5 zb., 4 as., 2 prz., 2 bl.), Kulikowski 15 (13 zb., 5 bl., 2 prz.), Klima 14 (7 zb.), K. Zywert 10 (10 as.), Karolak 10 (2×3) oraz Włodarczyk 7 (1×3), Warszawski 2 (5 zb.), Parszewski 1. Trener: Dariusz Kaszowski.
GKS: Deja 16 (2×3, 6 zb.), Małgorzaciak 16 (1×3, 5 zb.), Kowalewski 15 (3×3, 4 zb.), Kulon 6 (5 as., 4 zb., 2 prz.), Hałas 4 oraz Jankowski 8 (1×3), Majka 3 (1×3), Nowerski 3 (7 zb.), Szymczak 3 (1×3). Trener: Tomasz Jagiełka.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.