Kości nie przedłużysz

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 27 lipca 2001 r.

Największy skandalista współczesnego sportu, Dennis Rodman mawiał: „Olewam wszystko, co ode mnie nie zależy”. Grzegorz Wagner też często wywoływał ogromne kontrowersje i lekceważył zewnętrzne ograniczenia.

Kiedy Hubert Jerzy prowadził polskich siatkarzy do złotego medalu mistrzostw świata w Meksyku, dziewięcioletni Grzesiek modlił się z mamą przed telewizorem przy meczbolach. Gdy ojciec wygrywał turniej olimpijski w Montrealu, wszystkie dzieci na kolonii pokazywały palcami syna sławnego trenera.
Nieżyjąca już Danuta (z domu Kordaczuk), brązowa medalistka igrzysk w Tokio, była jedną z najlepszych naszych siatkarek. Chłopiec jeździł na zgrupowania z mamą lub tatą, już jako kilkulatek odbijał piłkę odbijał piłkę palcami, później z kobiecą kadra chodził w góry. Jeszcze dzisiaj, w wieku 36 lat, „wiąże nogi” nogi środkowym przeciwnej drużyny, którzy do końca nie wiedzą, jak pobiec do bloku. Minęły czasy, gdy skakał metr w górę, ale ciągle, leżąc na plecach, umie wystawić opadającą tuż nad parkietem piłkę.

Gdy mierzy się 182 cm, bardzo trudno osiągnąć cokolwiek w grze wielkoludów – siatkówce. Nadrabiać trzeba cechami wolicjonalnymi, pracowitością. – To tytan roboty, narzucający tempo treningu – opisuje Leszek Milewski, jeden z jego szkoleniowców. – Trzymał dyscyplinę pracy w grupie. Był sporo młodszy od kolegów, ale już próbował nimi rządzić. Kiedy widział, że ktoś się obija, pienił się ze złości, „rzucał mięchem”. Głośno było, po prostu było głośno.
Poza parkietem był fajnym kumplem, ale gdy przychodziło do treningu, trzeba było zapieprzać równo – wspomina jeden z klubowych kolegów.

Na przekór ojcu

– To geniusz, nie mam co do tego wątpliwości – twierdzą niektórzy.
– Młody Wagner? Nie chcę o nim rozmawiać, to zwykły ch… – ripostują inni.
O starciach z kolegami z zespołu, trenerami, sędziami, działaczami, krążą legendy. Kiedy trafił się ktoś podobnie uparty, wymiana zdań kończyła się wymianą ciosów.
– We wszystkim co robię staram się być najlepszy i to często powodowało konflikty – przekonuje Grzegorz. – Ta cecha w tej chwili zyskuje w Polsce aprobatę. Natomiast wcześniej było z tym różnie, śmiano się ze mnie. Swój człowiek to był ten, kto się opieprzał i kradł.
– Życie według mnie polega na stawianiu sobie celów i ich realizacji, na spełnianiu wyzwań. Jeśli ktoś przechodzi przez życie bez konkretnych planów, to takie życie jest płytkie. Nawet zwycięstwo w „małej gierce”, czy biegu od linii do linii to też cel. Mały, ale prowadzi do dużego. Można nie wygrywać i nie przegrywać, ale wtedy stoi się w miejscu, wegetuje jak roślina.

Nie zawsze umiał porozumieć się nawet z ojcem. W wieku 16 lat stało się jasne, że ponad 180 cm Grzesiek już za bardzo nie urośnie. Hubert Wagner stwierdził, że nigdy nie będzie wybitnym siatkarzem i zaczął nakłaniać do wyboru piłki nożnej. Zawarli układ, że syn sprawdzi, czy futbol mu się podoba. Po trzech miesiącach treningów w Legii Warszawa dostał powołanie do kadry narodowej juniorów i… zrezygnował. Zadziałała przekora, zwyciężyło przywiązanie do towarzyszącej mu od urodzenia siatkówki.
– To jest moje życie, ja to kocham. Koniec, kropka – ucina. – Nie ma nic piękniejszego, jeśli kocha się dyscyplinę, którą się uprawia, ma się talent i ciężko się pracuje. Połączenie tych trzech rzeczy musi dać satysfakcję.

Gdy po kilku latach tato powołał go do reprezentacji, rozległy się głosy, że to protekcja. – Każdy, kto znał mojego ojca, wiedział, że wymagał ode mnie dwa razy więcej od innych. Nie mogłem wytrzymać presji i robiłem wszystko, żeby mnie z kadry wyrzucił. Ostentacyjnie przegrywałem „małe gierki”, nie przykładałem się do ćwiczeń.
Na obozie pokłócił się z Janem Rysiem, drugim trenerem. – Zacząłem pyskować nie mając racji – wspomina Wagner junior. – Na to on: „Jak chcesz, to cię uderzę”. „No to uderz” – odpowiedziałem. Zaczęliśmy się trochę kotłować, chciałem mu oddać. Całe szczęście, że chłopcy mnie powstrzymali.
– Trenerów miałem różnych… Był trener co ligę wróżył z kart i kabałę sobie stawiał przed każdym meczem – wychodziło mu, czy ktoś wygra, czy nie. Albo układał puzzle. Był taki co mylił szybkość ze skocznością. Był trener, którego przez dwa lata nie widziałem z książką, a który starał się mi udowodnić, że przy temperaturze +35 stopni Celsjusza nie należy pić płynów, bo jak się organizm odwodni, to nic się nie stanie.

Stawka większa niż życie

„Porażka jest gorsza niż śmierć, bo z porażką trzeba żyć” – szokował niegdyś charyzmatyczny trener futbolu amerykańskiego, Vince Lombardi. Były czasy, że Grzesiek podpisywał się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. – Nie godziłem się z przegranymi, nie potrafiłem się przyznać, że coś zawaliłem, reagowałem impulsywnie, czasami nieracjonalnie – wspomina. – Teraz umiem to ocenić obiektywnie, ale ciągle nienawidzę niepowodzeń.
Nie zawsze dawało się wygrywać, zarówno na parkiecie jak i poza nim. Kiedy upomniała się o niego armia, krakowskiemu Hutnikowi nie zależało na zatrzymywaniu niepokornego zawodnika, choć w podobnych sytuacjach kilku siatkarzom załatwiał etaty w ZOMO, zwalniające od służby. Spędził w wojsku jeden z najzabawniejszych okresów. Szkolenie unitarne zaliczył z enfant terrible rodzimej lekkoatletyki, trójskoczkiem Jackiem Pastusińskim. Mieli stosunkowo dużo wolnego czasu i pieniędzy, często chodzi „w długą”.
– Na pierwszym apelu był instruktaż, jak korzystać z muszli klozetowej. Albo sierżant mówił, że on tak jak sportowcy dużo jeździ po świecie, bo był na poligonach w Drawsku i Gołdapi.

Do Hutnika trafił po raz drugi na przełomie lat 80. i 90., zdobywając złoty, a potem srebrny medal mistrzostw Polski. Odchodził w atmosferze konfliktu, gdy klub zablokował jego transfer. W czasie rocznej karencji pomagał Jerzemu Matlakowi przy drużynie siatkarek ŁKS, dorabiał na utrzymanie rodziny, pracując w Łodzi w sklepie z telewizorami.
Potem przyszły znowu sukcesy. Pierwszy, sezonowy pobyt w BBTS Bielsko-Biała zakończył się awansem do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Przenosząc się do Desimpelu Torhout, zabrał ze sobą ambicję i skłonności przywódcze. – Tresował ostro tych Belgów – opowiada kolega z Hutnika, Andrzej Martyniuk, występujący wówczas w innym belgijskim klubie.
Tam nauczyłem się grać jak lider drużyny, spełniać oczekiwania kolegów – wspomina. – Zdobywając Puchar Belgii, zaliczyłem chyba najlepszy mecz życia. Atmosfera była wtedy niepowtarzalna; na finał pojechał 250 kilometrów specjalny pociąg w biało-czerwonych barwach miasta. Wszyscy kibice – 400 osób – pomalowani. Wygrywamy i wracamy z nimi tym pociągiem. Noc, dwunasta, a burmistrz i całe dziesięciotysięczne miasteczko czeka na nas na rynku. Potem przez dwa dni jest feta i gdzie by się nie weszło, trzeba się napić piwa.

Nienasycony w sercu głód

Najważniejszego celu nie osiągnął, w reprezentacji był tylko kilka miesięcy, u Leszka Milewskiego. W pewnym momencie szkoleniowiec zdyskwalifikował Grześka na pół roku. W następnym sezonie zaproponował mu powrót do kadry. – Zastrzegł: „Wrócę, ale tylko jako pierwszy rozgrywający” – wspomina Milewski. – Odpowiedziałem: „Będziesz najlepszy to zostaniesz pierwszym”.
Początkowo pierwszym był Dariusz Stanicki. Przyszedł jednak rewanżowy mecz w eliminacjach Pucharu Świata, Niemcami w Monachium. Pierwszego seta Polacy przegrali, w drugim również Stanicki nie potrafił oszukać bloku rywali. – „Wsadziłem” Grześka na boisko – opowiada trener. – Stworzył zupełnie inną, szybką grę; wprowadził odrobinę wariacji. Wszystko się odmieniło, wygraliśmy 3:1 i pojechaliśmy do Japonii na Puchar Świata.

Start w Kraju Kwitnącej Wiśni zakończył się czwartym miejscem, które nie dawało awansu do mistrzostw świata. Odszedł Leszek Milewski, a żaden następny szkoleniowiec nie powołał już Grzegorza do kadry. – Przez pewien okres robiono z reprezentacji taką „drużynkę” – mówi z goryczą Wagner junior. – Powoływano zawodników, którzy nie chcieli grać, bo im się to nie opłacało finansowo, przesyłali zwolnienia lekarskie, kręcili. Ludzie, którzy daliby sobie za reprezentację jaja uciąć nie byli powoływani ze względu na… zachowanie.
Trudny charakter zrażał trenerów, nie pomagało też nazwisko ojca, na które jakiś czas działacze siatkarskiej centrali mieli uczulenie. – Miał niefart, to były nie te czasy, nie ten kraj. Gdy trafiał do kadry, węszono smród – twierdzi Hubert Wagner. – Mimo to, przez kilka sezonów, nawet jeszcze przed rokiem, uznawano go za najlepszego rozgrywającego polskiej ligi. Tego nie dał mu, ani ojciec, ani partia komunistyczna Związku Radzieckiego. Przede wszystkim, brakowało jednak centymetrów.
– Nie spełniłem się w reprezentacji właśnie przez wzrost – zgadza się Grzesiek. – Ale gdybanie nie ma sensu. No bo co, przedłużę sobie kości? Mam żyć z tą myślą, dręczyć się tym? Mam się ciąć? Jestem niski i koniec. Niestety.

To jest Polska

Technikę kształtował Grześkowi w juniorskich latach Wojciech Góra z MKS MDK Warszawa. – Ten gość wychował wielu siatkarzy dla reprezentacji – przypomina. – Ale to jest Polska. Zamiast szkolenie młodzieży powierzyć podobnym mu, którzy sprawdzili się w takiej pracy w klubach, zaczęto – kierując się układami, układzikami – wprowadzać sztampę, zagraniczne szkoły, bo tak było łatwiej.
– Niepowodzenia reprezentacji seniorskiej biorą się właśnie z chorego systemu szkolenia młodzieży, który premiuje tylko sukces, a nie liczbę zawodników oddanych do pierwszej drużyny – tłumaczy Wagner junior. – Poczynając od kadeta, kadrowicze ćwiczą osiem, dziesięć godzin dziennie i zdobywają mistrzostwo świata. Pozostaje jednak mnóstwo złych nawyków i nie ma rezerw, żeby to poprawić, bo czternaście godzin już się nie da trenować. Potem okazuje się, że środkowy nie potrafi odbić piłki palcami i sytuacyjnie wystawić na skrzydło, tylko wyrzuca ją trzy metry za antenkę. Niektórych tych chłopców jest mi żal. Okazuje się, że złą nogą idą do ataku, rozkrok robią taki, jakby mieli błonę dziewiczą i dlatego brakuje im stabilności.
W ważnych meczach reprezentacji dochodzi do kuriozalnych zdarzeń, kiedy piłka oddana przez przeciwnika jest przebijana „darmo” na drugą stronę. Właśnie tymi piłkami różnimy się od Włochów i Brazylijczyków, bo niczego więcej nam nie brakuje.

Genesis nowych celów

Kiedyś swój bunt podkreślał wyglądem. Sweter szetland po kolana, włosy do ramion, niekiedy zebrania hippisów w kościołach, muzyka. Ale gdy urodził się mu pierwszy syn, 300 kaset powędrowało do kartonowego pudła. Dzisiaj najczęściej słucha Genesis.
Nastrojowość niektórych utworów angielskiej art. Rockowej kapeli odnalazł w małżeństwie. Wysoka blondynka, Agata Marszałek stanowiła swoiste dopełnienie kariery. Przez kilka lat była podstawową skrzydłową siatkarskiej reprezentacji. – Cieszyłem się z jej sukcesów – zapewnia.

Początkowo, mając dwójkę dzieci, żyli w konkubinacie, pobrali się dopiero przed wyjazdem do Belgii. – Nie chciałem brać ślubu, bo uważałem, że małżeństwo wiąże w nienaturalny sposób, krępuje, jest sztuczne, powoduje iż jesteśmy nieszczerzy wobec siebie – tłumaczy Grzesiek. – Uważałem, że obrączka „sztywno trzyma”. To minęło, zmieniłem zdanie. Z żoną ciągle jeszcze się docieramy, wydaje mi się, że małżeństwo na tym właśnie polega. Nie jestem ideałem i nie żyje się ze mną prosto, ale Agata to potrafi.
Nowym wyzwaniem są synowie, Iwo i Kuba. – Cały czas się zastanawiam, jak ich wychować – zwierza się. – Mną głównie zajmowała się mama, ojca widywałem rzadko, ale był tak konsekwentny, że jego nauki zostawały na długo. Wpajał mi punktualność, pracowitość. Główną karą był zakaz gry w siatkówkę. Wyszedłem z domu przed dziewiętnastoma laty i do dzisiaj nie potrzebowałem pomocy, dawałem sobie radę w życiu. I to jest najlepsza odpowiedź na pytanie, czy ojciec mnie dobrze wychował.

Zmieniły się cele. Kiedy mając 20 lat spadł z Resursą Łódź z ekstraklasy, zaparł się: „Wagner nigdy nie będzie grał w II lidze„. Ostatni sezon spędził jednak w Serii B, w BBTS Bielsko-Biała, gdzie miał funkcję grającego menedżera. Zaczął też budować w mieście pod Klimczokiem dom. Nie udało się jednak awansować do Serii A, stwierdził, że dalsza gra „o frytki” go nie interesuje i przeszedł do wicemistrza Polski – Galaksji Częstochowa.
Ustatkował się, pożegnał z młodzieńczym buntem, ciągle jednak jest bezkompromisowy na treningach. – No dobrze, ale jeśli będziemy grali o mistrzostwo Polski i nagle ktoś podejdzie i powie: „Sorry, ale ja mam sraczkę, nie gram”. No i co wtedy!? – zaperza się, słysząc zarzuty o niezrozumienie dla cudzych słabości. – Czasami jedna głupia rzecz może zniweczyć roczny wysiłek całej drużyny, pot i wszystkie treningi. Nie godzę się na to. A że przeklinam? Każda forma, która dociera, jest dobra.

Przygotowuje się do zawodu trenera. Trzykrotnie rezygnował ze studiów na Akademii Wychowania Fizycznego, ale dużo czyta o psychologii, fizjologii, prawidłowym odżywianiu, higienie, odnowie biologicznej. – Wielu zawodników ćwiczy automatycznie – mówi Milewski. – Kończą się zajęcia, a oni przestają myśleć o tym co robili. Grzesiek w dalszym ciągu zastanawia się nad tym, analizuje. Myślę, że będzie dobrym trenerem.
Młody Wagner pracę chce zacząć od razu w ekstraklasie. – Cel musi być postawiony jak najwyżej, bo zawsze istnieje szansa, żeby grać o największą stawkę. Zawsze!
PAWEŁ FLESZAR

Tekst o ojcu Grzegorza, Hubercie Wagnerze, można przeczytać TUTAJ, a reportaż o wielkich latach Hutnika, w którym występował Wagner junior – TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.