Kot na kalenicy

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 24 stycznia 2003 r.

Cztery lata temu się wszystko zmieniło; odtąd montuje się tylko gotowe elementy. Dawniej, jeszcze nawet jak Adam u mnie praktykował, robota strasznie ciężka była – wspomina mistrz dekarski Jan Cieślar, nauczyciel zawodu Małysza.

Tata Adama, Jan i mistrz Cieślar znali się od dawna, jak wszyscy mieszkańcy dzielnicy Wisły – Kopydła. – Kiedyś przyszli do mnie, razem z ojcem kolegi Adama, Pawła Gomoli, czy bym synów nie przyjął na przyuczenie. Zgodziłem się, zgłosiłem chłopaków do cechu – opowiada właściciel warsztatu dekarskiego.
Adam i Paweł przez dwa dni, w czwartek i piątek, chodzili do szkoły zawodowej, a od poniedziałku do środy pracowali na budowach. W pierwszej klasie dostawali 28 złotych, w następnych 38 i 60 zł, za sześciogodzinną dniówkę. – Gdy się gdzieś dalej pojechało, na przykład do Skoczowa, to zostawali i po osiem godzin; jak jest robota, nie da się w połowie z dachu zejść – tłumaczy pan Jan. – Konieczność była, ale i więcej sobie zarobili. Na drugim roku to i w soboty przychodzili. Kiedy jest się młodym – też są wydatki…

Blachy cięcie gięcie

Dobrze mieć praktykantów: więcej ludzi do pomocy, a stawka za wynagrodzenie uczniów jest niższa niż wykwalifikowanej siły. – Najpierw musieli się nauczyć ciąć blachę, nożyc elektrycznych jeszcze nie było. To też nie każdy poradzi, nie można siłą, tylko umiejętnie, o tak – Jan Cieślar spracowanymi, ale nadal mocnymi dłońmi wykonuje ruchy, jak podczas gry na gitarze. – Kiedy się człowiek nauczy, to szybko idzie, jakby pan krawieckimi nożycami materiał ciął. Ale przez pierwsze półtora roku trzeba stale być z praktykantami, wszystko pokazać: ?to zrób tak, to tak?. W trzecim roku jest najlepiej, bo już wszystko robią sami, wystarczy tylko doglądnąć. Byli młodzi i szybko łapali, ale Adam najbardziej lubił na dachu siedzieć. Na wysokości wszystko mu się podobało.

Dekarz nie powinien dużo ważyć („Adam po szkole podstawowej był bardzo drobny, ale jest też w Wiśle kolega 30 kilogramów cięższy ode mnie i dachy na kościołach robi”), podstawa jednak to brak lęku przestrzeni. – Byli tacy co przychodzili, chcieli coś zarobić. Wszedł taki na drugi szczebel drabiny – na drugi szczebel od ziemi! – i już się trząsł. Koniec – nie pójdzie dalej.
Praca dekarza jest niebezpieczna, słyszy się o złamaniach, urazach kręgosłupa po spadnięciu z dachu. W brygadzie Jana Cieślara wypadków nie było, pracownicy mieli specjalne pasy, liny asekuracyjne, Adam nie lubił jednak niewygodnych zabezpieczeń. – Przychodzę, patrzę, a on po kalenicy idzie sobie jak kot – wspomina pan Jan. – Sam tak dawniej chodziłem po szczycie dachu, ale jemu zawsze kazałem, żeby zapiął pas. Najczęściej wypadki zdarzają się doświadczonym, takim, co są pewni swoich umiejętności. Musiałem na niego nakrzyczeć, bo jeszcze noga się powinie i nieszczęście, a ja byłem odpowiedzialny za zdrowie pracowników.

Na zimnym, blaszanym dachu

Sezon skoków narciarskich to czas urlopu dla dekarzy. Pozostaje dłubanina w warsztacie („Robi się rury, kolanka, coś do rynien„) i dużo mniejsze zarobki. Na dach wychodzą w połowie marca. – Jak tylko troszkę się ociepliło, zaczynaliśmy pracę, czasem się nawet śnieg z dachu ściepało – opowiada Jan Cieślar. – A znowu po piętnastym, dwudziestym listopada już był koniec, bo czasem i pół metra leżało. Gdy padał deszcz, to się robiło „przygotowkę” na ziemi; rynny, rury. A zimno? To już trudno, nie ma zmiłuj, robota nie może czekać. W niedzielę nigdy się nie pracowało. Były czasem awaryjne roboty – odkryty dach, mieszkanie na dole, a tu zbiera się na deszcz. Trzeba było zabezpieczyć i w sobotę siedziało się do późna.
Dzisiaj w sklepie można kupić wszystkie elementy do pokrycia dachu, plastikowe rynny, dekarzom pozostaje montaż. – Praca jest dużo łatwiejsza – uważa mistrz Jan. – Jeszcze piętnaście lat temu to się kryło przeważnie papą. Gdy ktoś miał blachę płaską, to już był „szpenio”, że ją w ogóle dostał. Kładliśmy też cementową, szarą dachówkę, ale pod ta dachówką było więcej sadzy niż na dworze. Taka jest nieszczelna.

Adam Małysz przez trzy lata nigdy nie spóźnił się do pracy. – Punktualny był, do roboty zawsze przyszedł elegancki, wypoczęty. Na piwko z kolegami nie chodził, po szychcie najwyżej na dyskotekę wyskoczył. Czy pracowity? Kiedy się jest na budowie, to trzeba robić. Nie da się schować, poobijać. Dziewięć, dziesięć lat temu kryło się blachą płaską. Na dole się pogięło wszystkie falce – o blachę się można było przeciąć, kiedy się zapomniało rękawic – a potem na dachu trzeba było zapieprzać, mocować, sklepywać młotkami. To było bardzo męczące i długo trwało. Najpierw trzeba było zrobić całą obwódkę domu – rynny, okucia na wywietrzniki, okapy – i dopiero kładło się blachę na dach.
Skoczek pracował nawet kiedyś u… swojego późniejszego trenera, Apoloniusza Tajnera. – W sąsiedztwie to kryliśmy prawie wszystkie dachy, a trener mieszka kawałeczek i na lewo ode mnie – tłumaczy mistrz Cieślar. – Tajner to sympatyczny człowiek. Przez zimę go nie ma, ale w lecie czasem wpadnie, gdy siedzimy na podwórku, porozmawiamy przy winku, piwie.

Zaś przyszedł do perfekcji

Na zakończenie nauki Małysz zdał egzamin przed komisją cechową w Bielsku-Białej, uzyskał dyplom czeladnika. Rok przedtem, z Pawłem Gomolą, snuli plany założenia własnego warsztatu. W zawodzie pracuje tylko Paweł. – Na trzecim roku zaczął przychodzić stryjek Adama, trener Jasio Szturc – wspomina Cieślar. – Mówi, że go obserwuje, że ma żyłkę do skakania. Pyta, czy bym go nie puścił, to na trening, to na obozy, to na konkursy. Przychodził chyba ze sześć razy. Na początku nie byłem zachwycony – tu robota, z czymś się spieszy, a ten wziął mi pracownika. Ale jak już widziałem, że Adamowi skoki wychodzą, to w ogóle się nie sprzeczałem.

Tak zaczęła się historia jak z hollywoodzkiej fabryki snów; prosty dekarz z Wisły stał się jednym z objawień skoków narciarskich lat 90. Życie wniosło jednak korektę do filmu – jak w popularnej piosence – to co dał mu świat, niespodziewanie zabrał los, skradł chwile sukcesów i sławy, pozostawiając bagaż zwykłych trosk. Dramatyczne załamanie formy, konflikty z opiekunem kadry, Pavlem Mikeską. W domu żona Izabela w ciąży, Adam na skoczni, bezskutecznie usiłujący przełamać niemoc. Żadnych perspektyw na zwycięstwa i premie, konieczność utrzymania rodziny. A czeladnik dekarski mógł zarobić nieźle – dzisiaj to do dwóch tysięcy złotych.

Chciał rzucić wszystko, przychodził się pytać, jakie warunki trzeba spełnić, żeby założyć warsztat – wspomina Jan Cieślar. – Już drugi raz przymierzali się z Pawłem Gomolą. Mówię: „Jak ci nie wychodzi ze skokami, to zakładaj; na początku trochę pomogę, maszyny pożyczę, bo przecież tanie nie są. Po trzech latach możesz zdać egzamin mistrzowski, mieć własnych uczniów”.
– Kiedy ja zaczynałem, były trzy warsztaty, teraz – osiem-dziesięć. Roboty jednak starczy dla wszystkich, bo ludzie ciągle nowe domy budują, naprawiają stare. Znowu jednak wziął go Jasio Szturc i uczył od podstaw, od najmniejszej skoczni; wyjście z progu i tak dalej. Przez rok od nowa zaczynał, ale zaś przyszedł do perfekcji.

Wolna ręka po szychcie

Adam został więc mistrzem świata w skokach, a nie mistrzem dekarskim. – Dla niego, dla jego rodziny to lepiej, już teraz mogą żyć z procentów – przekonuje pan Jan, który po trzech latach renty niedawno dostał emeryturę. Tradycję podtrzymuje syn, właściciel warsztatu blacharskiego. – Czasem jeszcze wyjdę na dach; ktoś potrzebuje, a przy okazji parę złotych zarobię, bo emerytura nie jest za duża.

Naszej rozmowie przysłuchują się dwie wnuczki. W soboty i niedziele zasiadają z dziadkiem przed telewizorem. – Trzeba widzieć jak one kibicują; zaciśnięte ręce tak w górę podnoszą – demonstruje dziadek. – Kiedy przychodzi kolejka Adam, to i mnie trochę bierze. Rok temu, dwa, człowiek się nie denerwował, bo wiedział, że i tak wygra.
Patrycja jest przedszkolakiem, Aneta szóstoklasistką. Kiedyś z dziadkiem wybrała się do domu podziwianego skoczka, po autograf do pamiętnika. – Z Adamem widujemy się rzadko, czasem zjedziemy się na drodze, przystaniemy, pogadamy. O skokach, bo o pracy na dachu nie ma zamiaru rozmawiać – uzupełnia Cieślar. – No, nie powiedziałbym, że skoki są lżejsze niż praca dekarza. Na dachu człowiek robi swoje, a po szychcie ma wolną rękę – nie musi o tym myśleć. A w skokach? Trening i jeszcze raz trening, a do tego ciągłe napięcie. Adam jest bardzo spokojny, ale tam, w środku, psychika go gryzie. Dwa razy wygrał Puchar Świata, mówił, że to strasznie męczące. Teraz widzę, że psychika go załamuje i przez to nie skacze równo.

Przyjedźcie kiedyś

Kopydło to dzielnica rzemieślników: stolarzy, murarzy, elektryków, dekarzy. Ludzi ciężkiej pracy, przeważnie sezonowej. Kiedy zimą zamiera budownictwo, najmują się w pensjonatach, do obsługi wyciągów. Gdy turystów jest mało, pracy nie ma. Nie biedują, ale i o dostatku mogą tylko pomarzyć.
W lecie, późnymi popołudniami, spotykają się na turniejach amatorskich, dzielnicowych drużyn piłkarskich, potem posiedzą przy ognisku, przy pieczonych kiełbaskach, krupniokach.
Wobec obcych – zwłaszcza od czasu najazdu turystów i dziennikarzy na Wisłę, po sukcesach Małysza – są nieufni. Dla bliżej poznanych stają się serdeczni. – Ze wszystkimi się przywitałem, a z wami nie, Jasiek jestem – wyciąga rękę krępy wąsacz, spotkany w jednym z dzielnicowych barów. – Mam tu warsztat stolarski, a w zimie prowadzimy ze szwagrem mały wyciąg. Przyjedźcie kiedyś, nawet bez nart, bo deski zawsze się jakieś znajdą.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.