Kowalu, czy ci nie żal

W Rzeszowie powielono scenariusz z półfinału: siatkarze Asseco Resovii kontrolowali przebieg gry, ale Jastrzębski Węgiel odebrał im inicjatywę i trzecie miejsce w Plus Lidze.

Gdyby pół roku temu ktoś nad Wisłokiem wieszczył, że w rozpoczętym sezonie zajdą jednocześnie dwa zdarzenia: jakikolwiek medal przypadnie Developresowi, żadnego zaś nie zyska Resovia – poradzono by mu wizytę w Jarosławiu, gdzie od dawna funkcjonuje znany na Podkarpaciu szpital psychiatryczny. A i to tylko wtedy, gdyby trafił na uprzejmego i delikatnego rozmówcę. Tymczasem w środę – po zaskakującym 3:0 z Impelem – rzeszowianki zdobyły we Wrocławiu „brąz”, a dzisiaj ich koledzy stanęli przed trudnym zadaniem odrobienia strat po porażce 1:3 w Jastrzębiu Zdroju.
W niedzielę spiętrzyły się kłopoty personalne i niefortunne poczynania piarowskie (upublicznianie transferów przychodzących i odchodzących w trakcie sezonu, piątkowe ogłoszenie rezygnacji trenera) rzeszowskiego klubu. Przystąpił do konfrontacji bez żadnego z dwóch podstawowych libero, a funkcję tę pełnił Marcin Karakuła… rozgrywający z Młodej Ligi, na chwilę zastąpił go kolega z AKS Rzeszów, Michał Marszałek, na co dzień przyjmujący. W efekcie trzej skrzydłowi (w tym pełniący funkcję atakującego, Thibault Rossard) długo kryli libero w odbiorze.
Lukas Tichacek, rad nie rad, niezmiernie rzadko wystawiał na środek, więc na obu flankach aż huczało od „czap”. Przy stanie 8:13 goście mieli ich na koncie cztery, niedługo na tablicy świeciło się 10:15. Popełnili jednak kilka błędów, a słowacki rozgrywający wyczyścił siatkę Rossardowi. 15:15, 20:18, 21:21, 23:23. Poza tym, jeśli masz w składzie Serba, to on prawdopodobnie nie boi się prawie niczego, a już na pewno nie wyciągniętych rąk. Wprawdzie przy pierwszym setbolu Jakub Popiwczak podbił piłkę po uderzeniu Marko Ivovicia (i był to jedyny w tym okresie jego nieskończony atak), ale przy 25:24 pociągnął on serwisem idealnie po prostej, pół metra od linii bocznej.

Karakuła niedostatki w przyjęciu rekompensował obroną. Na starcie drugiej partii przejechał na plecach kawał placu, piłkarskimi nożycami wykopał piłkę za siebie i wpakował się w bandy reklamowe. Zagranie skończyło się kontrą przeciwników, ale roznieciło ogień w miejscowych. Po 9-metrowej wystawie Marcina palcami i kiwce Ivovicia zrobiło się 7:4, po dwóch blokach Piotra Nowakowskiego na najgroźniejszym z Jastrzębian, Salvadorze Hidalgo Olivie – 10:7, po jego bloku (Resovia zanotowała ich w tej części sześć) na Schwarzu – 17:13. Bardzo dobrze prezentował się wówczas także Thomas Jaeschke, który asem powiększył przewagę do 22:15, natomiast goście pomylili się aż jedenastokrotnie, co przełożyło się na wynik 25:17.
Po dziesięciominutowej przerwie rzeszowianie byli jednak mniej dokładni, rywale zaś wzmocnili serwis. 1:3, 2:5, 3:7, 5:10, 6:13, a kiedy Lukas Kampa biegnąc z „dyszlem” do sytuacyjnej piłki na piąty metr, rozegrał ją za plecy na II linię, do Macieja Muzaja – 9:16.
Gospodarze zbliżyli się na 16:18 i 20:23, ale w pierwszym przypadku zepsuli dwa podania, w drugim zaś Muzaj zdobył swój 7. i 8. punkt w tej partii. 21:25.

Był to ostatni mecz Andrzeja Kowala w roli szkoleniowca Resovii. Przyjechał tu w 1990 roku, jako nastolatek i spędził większość kariery, pełniąc sporo niewdzięcznych ról. Jako zawodnik trafił na finansowy upadek klubu, jako trener był żelaznym asystentem, a bywał strażakiem pożarnym. Odkąd wreszcie, w 2011 r., dostał szansę stałej, samodzielnej pracy zdobył trzy złote i dwa srebrne krążki ekstraklasy oraz drugie lokaty w Lidze Mistrzów i Pucharze CEV. – Serdecznie dziękuję (…) przede wszystkim za emocje, jakie wspólnie przeżywaliśmy w tej hali – mówił do kibiców, uroczyście żegnany.
Nie otrzymał w niedzielny wieczór brakującego do kompletu „brązu”, za to w czwartej części jeszcze raz wsiadł na huśtawkę nastrojów i przyjął odurzającą dawkę emocji. Jego podopieczni długo prowadzili – 4:2, 8:6, 13:11, 16:13 – ale jastrzębianie dwukrotnie wyrównali (10:10, 13:13), a Kampa pociskami zza linii końcowej zahaczył o grzbiet Marszałka i ostemplował parkiet tuż obok Karakuły, odwracając rezultat na 16:18. Stojący kibice huraganowym dopingiem starali się poderwać ulubieńców, lecz rywale smarowali tryby Olivą i zrobiło się 21:24.
Rzeszowianie obronili trzy setbole na wagę medalu, a Ivović asem w sam narożnik uzyskał pierwszego meczbola. Ani ten, ani następny (26:25) nie został jednak wykorzystany, choć jedną piłkę mieli w górze do ataku. Przy 26:26 serwis Schwarza przeciekł Serbowi przez palce, a po następnym przytomnie dobił Grzegorz Kosok.
Tie-break się odbył, po nim nagrodę MVP wyfasował Salvador Hidalgo, zdobywca 29 pkt, w tym 9 – w czwartej partii, a później wraz z kolegami stanął na podium Plus Ligi.
PAWEŁ FLESZAR

ASSECO RESOVIA – JASTRZĘBSKI WĘGIEL 2:3 (26:24, 25:17, 21:25, 26:28, 9:15)
Sędziowali: Tomasz Janik i Marcin Herbik (Warszawa). Widzów: 4500.
RESOVIA: Tichacek 1 pkt, Ivović 18, Możdżonek 6, Rossard 17, Jaeschke 20, Nowakowski 11 oraz Karakuła (l), Marszałek (l), Lemański. Trener: Andrzej Kowal.
JASTRZĘBIE: Kampa 4, Schwarz 7, Kosok 3, Muzaj 21, Oliva 29, Boruch 5 oraz Popiwczak (l), Sobala, Strzeżek 5, Gil, Derocco 4, Bachmatiuk 1, Ernastowicz 2. Trener: Mark Lebedew.

Komentowanie zablokowane.