Krach systemu korporacji

Wywiad ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 21 grudnia 2004 roku

Wczoraj władze krakowskiej Wisły ogłosiły oficjalnie, że zawiesiły współpracę z trenerem Henrykiem Kasperczakiem na czas nieokreślony. Nie musi on wypełniać żadnych obowiązków wobec klubu, ale ten będzie mu płacił, co miesiąc, pobory do końca kontraktu – 30 czerwca 2008 roku.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Piątkowe wydarzenia na konferencji prasowej czegoś was nauczyły, ale późno – zaczynamy rozmowę z prezesem Wisły SSA, Januszem Basałajem. – Można było podjąć taką decyzję już przed tygodniem.
– Tydzień temu poinformowaliśmy go, że zatrudniamy nowego szkoleniowca. W normalnej sytuacji człowiek odbiera to jako wotum nieufności. Chociaż rzeczywiście dałem mu zadania trenerskie i menedżerskie. Bo jeśli ktoś zarabia tyle pieniędzy, musi coś robić i szanować prezesa.
– Podkreślacie, że chcecie być w pełni profesjonalnym klubem, na wzór zachodnioeuropejski. Tymczasem tam obowiązują inne standardy postępowania ze zwalnianymi trenerami. Z formalnego punktu widzenia Kasperczak miał rację, powtarzając, że wciąż jest trenerem-menedżerem.
– Wszelkie rozmowy są bolesne i skomplikowane. Jak w małżeństwie, wiem coś na ten temat. Nasze postępowanie w ubiegłym tygodniu było zaproszeniem do negocjacji, ale do tego trzeba dyskrecji. Gdybyśmy rozmawiali po cichu, może dogadalibyśmy się wcześniej.
– Nie możemy się jednak oprzeć wrażeniu, że szukaliście sposobu, jak się wymigać od płacenia Kasperczakowi 20 tysięcy euro miesięcznie.
– To nie jest wymigiwanie. Powtórzę – trener nie ułatwiał nam negocjacji. Za każdym razem żegnaliśmy się stwierdzeniem: „Dobra, nie rozmawiamy przez media”. Po czym trener wyjeżdżał za bramę i mówił telewizji, że zarząd nie przyjął jego propozycji. Robił użytek z mediów: mówił, że w zarządzie panuje komuna, że się kompromitujemy. Wykazywał wiele konsekwencji i uporu w walce o utrzymanie się na stanowisku. Wpadki z Vaalerengą i Dinamem pokazały jednak, że formuła jego pracy w Wiśle się wyczerpała.
– Kiedy został pan szefem do spraw public relations w Tele-Fonice, mówił pan, że będzie się starał jeszcze mocniej promować jedną z jej spółek – Wisłę. Przez ostatnie tygodnie o Wiśle jest bardzo głośno we wszystkich mediach. Pogratulować takiej promocji…
– Ha, ha, ha! Można przytoczyć amerykańską zasadę: „Nieważne jak, byle pisali”. O każdym wielkim klubie na świecie pisze się codziennie. Każdy naczelny chciałby od swoich reporterów interesujących newsów z siedziby klubu.
– Ostatnio nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby mieć sensacyjne materiały z Wisły. Sami ich dostarczacie.
– Zdecydowanie nie o taką reklamę nam chodziło. Do tanga jednak trzeba dwojga. A jeśli ktoś w tym tańcu jest kulawy? To Kasperczak biegał do zarządu PZPN, na galę „Piłki Nożnej” i skarżył się, że tu jest komuna. Według mnie to Kasperczak jest dzieckiem komuny, bo grał w Stali Mielec, która była pupilkiem komunistycznych władz. Burzył dobry wizerunek klubu. Nie żałował razów wymierzanych we mnie czy władze klubu. Jest wielkim trenerem, był wielkim piłkarzem, ale pewien ład korporacyjny obowiązuje. Jeżeli w piątek przedstawiam nowy sztab szkoleniowy i mówię: „Henryk wyjdź, bo głupio będzie wobec nowego trenera”, a on zostaje i budzi sensację? Nie wyrzuciłem go przecież, bo został do końca konferencji. Nie interesuje mnie, czy ja będę w opinii widzów i czytelników bucem – jak się mawia w Krakowie – czy impertynentem. Prezesa nie musi się kochać. Wisła nie jest Kasperczaka, Basałaja, Szymkowiaka. Jest klubem wszystkich, którzy jej kibicują.
– Powiedział pan, że jego pojawienie się na konferencji było nie fair wobec Wernera Liczki. A postawienie mu zadań trenersko-menedżerskich było fair wobec Czecha? Jak Liczka się poczuł widząc taki brak zaufania?
– Absolutnie nie! To nie był brak zaufania. Mamy prawo poradzić się nawet trzech fachowców.
– Jak pan sobie wyobrażał taką sytuację? Mówi pan Liczce: „Tutaj trener Kasperczak opracował plan przygotowań i pan go będzie realizował”?!
– To miała być ekspertyza do wiadomości właściciela i zarządu.
– Kiedy było wiadomo, że Henryk Kasperczak przestanie być trenerem Wisły?
– Łapiecie mnie na tak zwanym wykroku. Proces zaczął się na początku października, po wpadce w Tbilisi.
– Oficjalnie przyjęliście Liczkę przed tygodniem, a w piątek przyznał on, że popisał kontrakt kilkanaście dni wcześniej.
– Nie odpowiadam za to, co powiedział pan Liczka. Kontrakt można podpisać, kiedy się chce. Odpowiem bezczelnie – pytajcie tamtego zarządu. Nie byłem wtedy prezesem i nic mi do tego.
– Aneks do kontraktu Kasperczaka był tylko dla zamydlenia oczu? A gdyby go podpisał?
– Może mielibyśmy dwóch trenerów.
– Nam się wydaje, że znaliście jego odpowiedź, bo aneks był po to, żeby go zdymisjonować. Gdyby zgodził się na zapis, że może się wypowiadać tylko na tematy związane bezpośrednio z meczami, to tak, jakby dał sobie wytatuować na czole: „Można mną pomiatać jak smarkaczem”.
– Nie, nie, panowie! Eee, tam! Trener Kasperczak łamał zasady ładu korporacyjnego, pomijał tamten zarząd, starał się wszystko załatwiać z właścicielem. Na wszystkim się znał, wszystko chciał robić. W głowie mu się nie mieściło, że jakiś mały miś Basałaj chce z nim rozmawiać i wręczyć mu jakieś pismo. Poczuł się panem i władcą, wykroczył poza swoje kompetencje. Wykreowaliście go wszyscy na wielkiego maga sztuki trenerskiej. Sam to robiłem, chwaląc go w telewizji. Kiedyś mnie zapytał, dlaczego stacja „Polsat” robi w klubie program, a on o tym nie wie. Odpowiedziałem: „A po co masz wiedzieć? Wie rzecznik prasowy i prezes”. Chyba trochę źle zrozumiał swoją rolę w klubie. Tym aneksem chcieliśmy pokazać trenerowi jego miejsce w strukturze klubu. Trochę go zdyscyplinować i zmusić do wyciągnięcia wniosków z tego, co się stało w meczach z Dinamem.
– W poprzednim zarządzie był pański brat, Bogdan. Niechęć do Kasperczaka przenosi się w rodzinie?
– Nie, Bogdan miał z nim stosunkowo najmniej starć. Na co dzień z Kasperczakiem współpracowali Tadeusz Czerwiński i Zdzisław Kapka. Był ciężkim partnerem.
– A czy nie jest także winą właściciela, że pozwalał na załatwianie spraw poza zarządem?
– Na temat jego relacji z właścicielem się nie wypowiadam. Właściciel stworzył mu optymalne warunki do pracy, osiągnięcia wyniku: bogaty budżet, realizacja transferów; praktycznie wszystko to, co jest potrzebne, by klub osiągał sukcesy, przynajmniej w pucharze UEFA. Tymczasem wielka Wisła odpadła z Dinamem. W takich chwilach trener bierze winę na siebie.
– Tylko trener przegrał z Dinamem?
– A kto? Ja?
– Piłkarze.
– Oni również, odpowiadają za to wspólnie z trenerem. Ale tak jest na całym świecie, że szkoleniowiec skupia na sobie wszystko.
– Zawodnicy nie zostali jednak ukarani.
– Może teraz, kiedy odejdzie ich ukochany trener, to będzie dla nich dotkliwa kara.
– Zna pan tę zagadkę? Na drzewie siedziało dziesięć wróbli, ktoś zastrzelił jednego z wiatrówki, to ile zostało?
– Dziewięć.
– Nie. Ani jednego, bo pozostałe uciekły. Dla nas Mirosław Szymkowiak jest tym zastrzelonym wróblem – został ukarany pokazowo. Teraz nikt nie odważy się w żaden sposób skomentować sytuacji w klubie.
– Będzie się od tego odwoływał. Wysłał jakiś dokument przepraszający do właściciela, czyli przyznał się do winy. Piłkarz nie powinien mówić o kierunkach strategicznych klubu, które określają ludzie dający pieniądze.
– Ale kara była niewspółmiernie wysoka do wykroczenia. Dostał 80 tysięcy złotych za niezbyt mocne stwierdzenia.
– Liczy się kontekst. Trwa osiemdziesiąty trzeci odcinek serialu pt. „Zwalnianie trenera”, wizerunek Wisły zostaje nadszarpnięty, trener to podsyca.
– Na mieście mówiło się, że Liczka chce się pozbyć Szymkowiaka…
– Rozmawiajmy poważnie.
– Żyjemy w kraju, w którym przez kilkadziesiąt lat prawdziwe informacje rozchodziły się w plotkach, a oficjalne oświadczenia władzy kłamały.
– I to jest ta komuna, co? Trener Liczka zrobił wielkie oczy, gdy to usłyszał. Piłkarze w tych ciężkich czasach, zamieszania wokół klubu, powinni się maksymalnie wyciszyć, a nie podsycać niezdrowej sytuacji. Gdy Real Madryt miał długi, sprzedawał swoje centrum treningowe, to Raul i Hierro nie mówili: „To idzie w złym kierunku”. Nie mówili, bo skończyłoby się to dla nich bardzo źle. Frankowski nie wypowiada się tak jak Szymkowiak. Inni też nie. Piłkarze powinni być solidarni z klubem.
– Przejdźmy do sprawy Koźmińskich.
– Proszę bardzo, jeśli chcecie wchodzić w sfery abstrakcyjne. Lubię Koźmińskich – od razu mówię. Starszego bardziej.
– To dobrze, lepiej będzie się wam układała współpraca. Kim jest dla Wisły Marek Koźmiński – właściciel konkurencyjnego klubu, Górnika? Jej doradcą, współpracującym menedżerem?
– Przyjacielem.
– Ale robi na was interesy, zarabia na sprowadzaniu dla was zawodników. Przykładem są Cantoro i Edno.
– Czyli jak załatwia dobrego to jest OK, a jak złego, to „be”? Nie, panowie, nie dam się wypuścić w tego rodzaju plotki i pomówienia. Nie ma żadnych formalnych zależności między Górnikiem a Wisłą i między Koźmińskimi a naszym zarządem. Jeśli przyprowadzi dobrego piłkarza, to dlaczego mamy go nie kupić? Jego na to nie stać.
– Mówi się, że Górnik jest nieformalną filią Wisły, a sprawa Wernera Liczki by to potwierdzała. Został przechowany blisko Wisły i polskiej ligi przez Koźmińskich, aż będzie wam potrzebny.
– Przesada, panowie! Jeszcze wyjdzie wam na to, że Koźmiński pociąga za sznurki, a ja jestem figurantem. Jedźcie do Zabrza, sprawdźcie czy tam nie ma zarządu Wisły. Za daleko idziecie. Za dużo się plotkuje, a za mało patrzy w sposób realny i zdystansowany.
– W piątek powiedział pan: „Nie martwcie się o dziurę budżetową, bo zostanie ona załatana przez wpływy”. Tymczasem w poniedziałek właściciel twierdzi, że klub stoi na krawędzi bankructwa. Macie różne zdania na temat finansów?
– Bez komentarza. Nie będę komentował słów właściciela. Nic więcej ode mnie nie usłyszycie. Nie zalegamy z pensjami, zobowiązaniami wobec innych klubów. Funkcjonujemy dobrze i stabilnie.
– A jeśli rzeczywiście właściciel zażąda zwrotu osiemdziesięciu milionów złotych długu, jaki Wisła ma wobec Tele-Foniki?
– To będziecie mieli kolejny seans: „Kto i dlaczego wprowadził Wisłę na takie tory?”.
– A pan zostanie historycznym, bo ostatnim prezesem Wisły.
– Ha, ha, ha, a to dobre! Na pewno nie zawali się ona z powodu odejścia Kasperczaka. Ten dług nie powstał przez ostatnie trzy tygodnie.
– Nie powstał też w czasie pracy Kasperczaka.
– Racja. Powtórzę jeszcze raz – nie mam zamiaru komentować wypowiedzi właściciela. Po drugie – wiem, że nic takiego nie powiedział. Zadowala was to?
– Obejmując funkcję prezesa Wisły, mówił pan, że chce, by polityka informacyjna klubu była bardziej przejrzysta. Jakoś się to panu nie udaje.
– I jest taka przejrzysta, że dwóch trenerów przybywa na konferencję prasową. O to chodzi, żebym takie show organizował? Jak sobie wyobrażacie tę politykę? Usiądę z wami i powiem: „Koźmiński ma kapitalnego Brazylijczyka, co o tym sądzicie”?. Albo wyjawię, że dwóch piłkarzy się dzisiaj rano upiło?
– Można było przynajmniej uczciwie opowiedzieć historię przyjmowania Liczki, a nie czekać, że mu się wyrwie: „Podpisałem kontrakt dwa tygodnie temu”.
– No i co z tego?
– Rodzą się plotki. Może jesteśmy naiwni, ale na Zachodzie jest chyba inaczej.
– Inter Mediolan potrafił mieć trzech, czy czterech trenerów naraz…
– I wszystkim płacił. I nikt nie wymagał od nich opracowywania planów przygotowań.
– Oj, to już niekoniecznie. Myślą panowie, że taki Moratti nie wezwał jakiegoś trenera i nie spytał: „Co o tym sądzisz”?. Choćby dla swojej wiedzy.
– Ale w Interze nie było sytuacji, że trenera obarczało się winą za stratę milionów euro.
– Kto jest odpowiedzialny za wynik? Prezes, właściciel? No kto? Trener! Przegrać z Dinamem Tbilisi, umówmy się…
– W razie następnej wpadki, powie pan otwarcie: „Zawaliłem sprawę”? Inaczej niż Kasperczak?
– Zdecydowanie tak. Pociągi jeżdżą w dwie strony – jeśli właściciel powie „Nie sprawdziłeś się”, to mnie nie ma, wracam do domu. Nie przyspawałem się do stołka i jestem gotów ponieść wszelkie konsekwencje, jeśli Wiśle znów się coś nie uda.
Rozmawiali PAWEŁ FLESZAR i PRZEMYSŁAW FRANCZAK

Komentowanie zablokowane.