Krakowskie ślady rodziny Wagnerów

wisłaOjciec tu wpadał przez kilkadziesiąt lat, a syn zakotwiczył na kilka. Teraz ten pierwszy, już nieżyjący, jest symbolem powrotu pod Wawel wielkiej siatkówki. Drugi pisze o nim książkę.

Grzegorz, pytany czy przyjeżdżali tu rodzinnie w jego dzieciństwie, zaprzecza z uśmiechem: – Ależ skąd! W tamtych czasach nie jeździło się z Warszawy do Krakowa tak jak dzisiaj.
Jego tato, słynny Hubert Jerzy był w tym mieście regularnym, ale gościem. A to jako rozgrywający AZS AWF Warszawa rywalizował z Hutnikiem na parkiecie, a to jako trener reprezentacji – najpierw męskiej, potem żeńskiej – przyjeżdżał na konsultacje do klubów oddających do nich zawodników. Z Wisłą skończyło się to draką, bo kilka siatkarek zrezygnowało z kadry ze względów zdrowotnych, a Wagner postulował ich dyskwalifikację, bojąc się, że jeżeli nie zostaną przykładnie ukarane, drużyna mu się rozleci (ostatecznie kary nałożono, ale mniejsze od wnioskowanych).
A teraz „Kat” znowu odwiedzi Kraków i znowu będzie się to wiązać z siatkówką na najwyższym poziomie. W ramach Memoriału, 16-18 sierpnia, wystąpią reprezentacje Polski, Rosji, Bułgarii i Chin (obszerniej informowaliśmy o tym TUTAJ).

Przyjeżdżał tu również, prowadząc zespoły klubowe konkurujące z miejscowymi. Ostatnia wizyta w takiej roli, przy Reymonta w kwietniu 1998 r., przebiegła bez większych wzruszeń. Wszak „Biała Gwiazda” nie liczyła się poważnie w turnieju finałowym Pucharu Polski, w porównaniu z prowadzonym przez niego Dick Blackiem Andrychów, BKS Bielsko-Biała i Augusto Kalisz.
Ale dwa lata wcześniej brutalnie zdegradował Wisłę z ekstraklasy. Przystąpiła ona do barażów o utrzymanie jako przedostatnia ekipa ówczesnej Serii A, a naprzeciw stały pod skrzydłami Wagnera młodziutkie (tylko dwie nie były nastolatkami) zawodniczki Skry Warszawa. Gdzie nie spojrzeć – kawał późniejszej historii polskiej siatkówki: Joanna Mirek (wtedy Podoba), Dominika Leśniewicz (Smereka), Agnieszka Rabka (Śrutowska) u gospodyń oraz Małgorzata Glinka, czy Ewa Cabajewska (Winnicka) w ekipie gości. I stołeczne niemal demonstracyjnie psuły wszystko, serwisem z wyskoku bijąc niekiedy nawet po balustradach oddzielających trybuny od areny. Było 8:1 lub 9:1, a grało się wówczas do 15 punktów i można je było zdobywać tylko przy własnym serwisie (w innym przypadku przechodził on na rzecz przeciwnika). Jeśli krakowianki nawet nie miały wcześniej przekonania o swej wyższości, to musiały nabyć je wówczas. A wtedy, jak za pstryknięciem palcami, niechlujstwo zastąpiła w Skrze perfekcja. Warszawski team zdobył już tego seta, mecz i całą serię barażową: 3-0.

Tajemnicę, czy był to zaplanowany numer, a jeśli nie – to w jaki sposób odmienił zachowanie podopiecznych – legendarny trener zabrał do grobu. Ale biorąc pod uwagę, jak fascynującą grą było dla niego życie, o czym można poczytać TUTAJ, bardzo prawdopodobne jest to pierwsze przypuszczenie.
Wkrótce ilość opracowań poświęconych Hubertowi Jerzemu wzrośnie. Syn pisze o nim książkę wspólnie ze znanym dziennikarzem (m.in. katowickiego „Sportu”), autorem „80 lat polskiej siatkówki”, Krzysztofem Mecnerem. Co ciekawe, Grzesiek nie występuje tylko w typowej w takich przypadkach roli – snującego wspominki. Zresztą zwierzał się nieraz, że w młodości jego relacje z tatą bywały napięte, a czasami nawet żadne. Tutaj sam wspomina, ale też rozmawia z bliskimi i zbiera ich opowieści. – Będzie o tym, jakim był mężem, ojcem. Będzie o kobietach w jego życiu – ujawnia. – Dużo o siatkówce, może nawet dokładnie opiszemy przygotowania do olimpiady w Montrealu. Myślę, że znajdzie się trochę ciekawych rzeczy dotąd zupełnie nieznanych.

Grzesiek pozostawił pod Wawelem dłuższy ślad – po maturze wyjechał z Warszawy, rok występował w Resursie Łódź, a potem przyjął ofertę Hutnika. Tyle że musiał go na dwa lata opuścić. – Zawaliłem studia na AWF, musiałem iść do wojska, upomniała się Legia – wspomina. Jego drogę, charakter, kontrowersje jakie budził opisywaliśmy TUTAJ.
Miał nawet w Krakowie mieszkanie, ale sprzedał je przez biuro nieruchomości kolegi z drużyny. – Budowałem dom w Bielsku-Białej, potrzebowałem pieniędzy – tłumaczy. – Urodziłem się w Warszawie, spędziłem sporo czasu w Łodzi i Krakowie, ale zawsze wiedziałem, że nie chcę osiąść w dużym mieście. A już po roku w Bielsku podjęliśmy z żoną decyzję, że chcemy w nim zostać.
Jest przewodniczącym Rady Trenerów PZPS, członkiem zarządu Związku, koordynatorem regionalnym projektu Siatkarskich Ośrodków Szkolnych. Zajęć sporo, ale czy odpowiadają jego temperamentowi, ambicjom? – Ujmę to tak: praca koordynatora, praca z młodzieżą jest wdzięczniejsza i uczciwsza niż trenerska… – nie owija z bawełnę. – Wierzę, że młodzież, z którą mam do czynienia będzie można oglądać wysoko. A co do trenerki – nie zrezygnowałem z niej zupełnie, może jeszcze kiedyś wrócę. Ale nie interesuje mnie zajęcie dla szybkich, doraźnych efektów. Miałem nawet taką propozycję, ale zrezygnowałem z niej. Zgodzę się na pracę szkoleniową w klubie, ale systemową.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.