Kto go dziś kocha?

Tekst ukazał się w „Tempie” z 16 kwietnia 2004 r.

Gburowaty, opryskliwy, zarozumiały – jeszcze do dzisiaj niektórzy charakteryzują tak Marcina Jałochę. Tymczasem nawet po krótkiej rozmowie okazuje się, że były piłkarz jest sympatyczny, uprzejmy, wygadany. Metamorfoza czy drastyczna pomyłka w ocenie?
– Zawsze byłem otwarty, uśmiechnięty – twierdzi 33-latek. – Ja tam lubię prawdę, nawet najgorszą, stąd brały się moje kłótnie z dziennikarzami. Jak mi się coś nie podobało, waliłem prosto: „Chłopie, co ty piszesz?”.

Pierwsza pomoc

Od kilkunastu miesięcy szkoli trampkarzy krakowskiej Wisły, dzieci go uwielbiają. – Syn przychodzi do domu i opowiada z wypiekami na twarzy, co dzisiaj robił z panem Jałochą – rozpływa się w uznaniu jeden z rodziców.
– Jeszcze dwa lata temu uśmiałbym się, gdyby mi ktoś powiedział, że będę trenerem młodzieży. Myślałem, że sam jeszcze będę grał w piłkę – zwierza się Marcin. – Jestem w tym zawodzie trampkarzem, podpatruję innych szkoleniowców, oglądam kasety, czytam książki, fachowe czasopisma. Staram się, żeby chłopcy mieli fajne zajęcia, urozmaicone, bo młodzi ludzie szybko się nudzą. W futbolu zmieniła się taktyka, ale podstawy pozostają te same: przyjęcie piłki, drybling, strzał. Tego staram się ich uczyć.
Skończył kurs instruktorski, od września zacznie zajęcia w „Kuleszówce”. Już zrobił więcej niż niejeden trener przez całą karierę. Przed miesiącem chłopiec uczestniczący gościnnie w zajęciach nagle stracił przytomność. Marcin udzielał pierwszej pomocy, włączyli się masażysta pierwszego zespołu Zbigniew Woźniak i fizjoterapeuta Janusz Trytek.
– Napiszcie, że gdyby nie ci ludzie, mój syn by umarł – płakała do słuchawki mama chłopca, dzwoniąc do jednej z redakcji.

Nie rąbałem po kolanach

Na futbol był skazany. Tata, Kazimierz – stoper Cracovii, Legii, ŁKS Łódź. Jeszcze sławniejszy wujek, Jan – lewy obrońca Wisły, medalista mistrzostw świata w Hiszpanii.
Zadziorny, ambitny, nieustępliwy. Od pierwszych treningów. – Ale tylko na boisku – zaznacza ze śmiechem Marcin. – Ambitny byłem czasami aż za bardzo, zawsze schodziłem najbardziej brudny, „utyrany”. W szkole, na podwórku, rzadko przydarzały mi się bójki. Byłem raczej bezkonfliktowy, miałem wielu przyjaciół, mało wrogów.
Waleczny, twardy. Niektórzy mówią – brutal. Kiedy już w barwach Legii zmierzył się z Wisłą, złamał nogę Kameruńczykowi Guy’owi Armandowi Feutchine, poturbował Janusza Świerada. – Nie przesadzajmy z tą brutalnością – zżyma się. – To była jedyna sytuacja w karierze, kiedy zrobiłem komuś krzywdę. Tak nieszczęśliwie zderzyliśmy się z Feutchine, ze podwinęła mu się kostka. Z tego co pamiętam, to sędzia nawet faulu nie gwizdnął. Januszowi Świeradowi zbiłem mięsień, ale to jest futbol panowie! Nigdy jednak nie leciałem za nikim i nie rąbałem po kolanach, nie kopałem ludzi bez piłki, nie biłem się. Przez piętnaście lat nie wiem, czy miałem trzy czerwone kartki. Co to jest!?

Wilczy bilet z Wisły

Nigdy się nie bał. Nawet, gdy w wieku 16 lat debiutował w dorosłym futbolu, w drugoligowej wówczas Wiśle. Nie „pękał”, gdy rok później poznał smak ekstraklasy. W nagrodę z Wisłą wywalczył trzecie miejsce w lidze, w sezonie 1990/91.
Pół roku po wicemistrzostwie olimpijskim w Barcelonie przeniósł się do Legii. Krok nieoczekiwany, ale jednocześnie będący logiczną konsekwencją starej, dobrej znajomości. W Warszawie pracował Janusz Wójcik, szkoleniowiec „srebrnych” olimpijczyków.
– To nie dlatego trafiłem na Łazienkowską – opowiada. – W Wiśle po prostu dostałem wilczy bilet, bez powrotu do Krakowa. Dlaczego musiałem odejść? Takie były realia rynkowe, klub potrzebował pieniędzy i zostałem sprzedany.

Sprzedany wbrew własnym chęciom? – Trochę tak – zamyśla się. – Miałem wtedy 22 lata, byłem młodym żonkosiem, z małym synem, więc z przeprowadzką do stolicy, do innego świata, wiązała się spora niepewność. Sam w hotelu, obce miejsca i ludzie. Wolałem zostać w Krakowie, chwilę wcześniej kupiłem mieszkanie, coś zaczynało się stabilizować. Wisła miała zagrać wtedy na turnieju w Tajlandii i chciałem lecieć z zespołem. Usłyszałem, że w takim razie sam muszę sobie kupić bilet. Przekonałem się, że nie ma odwrotu. Miałem o to żal, ale z perspektywy czasu wiem, że nie było to dla mnie złe rozwiązanie.

Kiedyś to opiszę

Medal olimpijski wisi na ścianie, w szufladzie leżą dwa za mistrzostwo Polski wspólnie z Legią. A ile ich być powinno? – Podchwytliwe pytanie – uśmiecha się Jałocha. – Tak, ten zabrany tytuł z 1993 roku też wliczam do kolekcji sukcesów – przyznaje, choć widać wyraźnie, że opowiadać o pamiętnym meczu z Wisłą w Krakowie (wygrana warszawian 6:0) nie ma większej ochoty.
– Zastanawiałem się, czy zaczniecie od tego, czy zostawicie na koniec. Gdybyście zaczęli, nie byłoby rozmowy – mówi szorstko. – Na temat tamtego meczu napisano mnóstwo, każda gazeta miała swoją wizję. I w żadnej nie spotkałem się z właściwym opisem wydarzeń. Czasami jak to czytałem, to był kabaret. Może kiedyś sam napiszę książkę. I na pewno będzie w niej sporo kontrowersji.

Młodość uciekła

W 1994 roku wyjechał z Legii do belgijskiego Waregem. – To był mój największy błąd, jedyna rzecz, której żałuję – analizuje. – Do dziś nie wiem, czemu to zrobiłem, czasami zastanawiam się, co by było, gdybym został. Byłem zniechęcony porażką z Hajdukiem Split, przegraną w reprezentacji. Z Waregem awansowałem do ekstraklasy, chcieli, żebym został. Przyjechałem na roztrenowanie do Polski i tak samo nagle, jak odszedłem, powiedziałem: „Wracam do Legii”.
„Marcin Jałocha!, Marcina Warszawa kocha!” – tak śpiewali wówczas kibice z ulicy Łazienkowskiej na cześć wychowanka krakowskiej Wisły. Uczestniczył ze stołecznym klubem w bojach Ligi Mistrzów. W połowie lat 90. zaczęły się jednak schody. – Młodość gdzieś uciekła, pojawiły się realia życia i mój charakter trochę się zmienił – kręci głową Marcin. – W pewnym momencie coś się zablokowało, nie mogłem się przełamać i ten Jałocha z młodych lat schodził na dół, na dół, na dół.
Odnowiła się kontuzja prawego kolana. Łącznie przeszedł cztery operacje. – Ile razy zaczęło mi się dobrze grać, to „trach!” – wspomina. – Szybko wracałem do gry. Może za szybko, ale bez piłki nie mogłem żyć, była moim żywiołem.

Przeszedł do Polonii Warszawa, a potem zaliczał kluby z coraz niższych klas: Ceramika Opoczno, Hutnik Kraków, Proszowianka. – Największe problemy miałem w Polonii – opowiada. – Niektórzy działacze mieli chyba kompleks niższości na punkcie Legii i wychodzili z założenia, że skoro pojawia się u nich chłopak z Łazienkowskiej, to powinien być im za to wdzięczny. Na każdym kroku dawali mi odczuć, że oni mnie przygarnęli i dali mi szansę. Dopóki ktoś mnie nie zrobi w konia – jest moim przyjacielem, ale jeżeli widzę, że ktoś gra ze mną nie fair, to się buntuję. Nie lubię przed nikim się płaszczyć. Trenerom, którzy obdarzali mnie zaufaniem, rewanżowałem się dobrą grą, a tym, którzy najpierw mnie klepali po plecach, a potem obrabiali tyłek, nie podaję ręki. Kiedy spojrzę wstecz i myślę, jakie kluby się dla mnie liczą, to wychodzi tylko Wisła i Legia. Jedynie w nich mi się dobrze grało. Pozostałe były wręcz za karę – konkluduje. W barwach Legii rozegrał 86 meczów ligowych, zdobył dwa mistrzostwa Polski, dwa Puchary Polski i Superpuchar. W Wisły wystąpił w ekstraklasie 107 razy.

Tata siada z boku

Kilka lat temu zwierzał się: „Gdybym miał dawniej obecny rozum, inaczej pokierowałbym karierą”.
– Dzisiaj już tak nie uważam – prostuje. – Postępowałbym wbrew sobie.
Czternastoletni Patryk jest przedłużeniem jego nadziei. Syn jak ojciec trenuje w Wiśle, a inaczej niż on – jest szybkim, dobrym technicznie napastnikiem. Tata, który temperuje nadmierne ambicje rodziców swoich podopiecznych, stara się być obiektywny także w stosunku do własnej pociechy.
– W trakcie meczów Patryka siadam z boku, notuję statystyki jego gry – wyjaśnia Marcin. – Potem, w domu, tłumacze mu co zrobił nie tak. Karcę go, jeśli robi coś na przekór trenerowi.

Patryk charakter odziedziczył po ojcu…  – Dobrze, że jest różnica zdań – śmieje się Marcin. – Mam nadzieję, że kiedy za kilkanaście siądziemy sobie – jak my teraz – na Kazimierzu na kawie – powie: „Tato, miałeś rację”. Chcę, żeby zawsze był sobą, robił to co uważa za słuszne. Jeżeli tak się stanie, jeśli będzie podchodził do obowiązków „na maksa”, to mam nadzieję, że pogra w piłkę. Ja byłem sobą, czasami wychodziłem na tym jak Zabłocki na mydle, ale teraz mogę z każdym rozmawiać z podniesioną głową.
PAWEŁ FLESZAR, PRZEMYSŁAW FRANCZAK

Komentowanie zablokowane.