Ktoś, kto kibicuje tylko mnie

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 25 maja 2001 r.

Geny przenoszą przez pokolenia najróżniejsze cechy. Marcin Nowak, jeden z najlepszych obecnie polski sprinterów, na pewno przejął od mamy Grażyny szybkość, którą miała wicemistrzyni Polski w sztafecie 4×100 m.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Do Sydney, gdzie Marcin awansował się w sztafecie sprinterskiej do finału olimpijskiego, jest bardzo daleko ze Stalowej Woli. Budapeszt (brązowy medal mistrzostw Europy polskiej reprezentacji 4×100 z udziałem Nowaka) oraz Goeteborg (indywidualne, młodzieżowe wicemistrzostwo kontynentu na 100 m) również dzielą od miejsca zamieszkania pani Grazyny zbyt duże odległości. Kiedy jednak Marcin występuje w ważnej imprezie w kraju – mama zasiada na trybunach. Tak jak przed laty, gdy nie opuszczała żadnych zawodów międzyszkolnych z udziałem syna.
Rok temu mogła być dumna, gdy zdecydowanie triumfował w stumetrówce na mistrzostwach Polski w Krakowie. – Przed samym startem myśli się tylko o biegu, jednak gdzieś głęboko w świadomości tkwi pamięć, że z boku patrzy ktoś, kto kibicuje tylko mnie – mówi Marcin. – Zawsze obecność mamy wpływa na mnie pozytywnie, dodatkowo mobilizuje; chce się wypaść jeszcze lepiej, pokazać jeszcze więcej.

Lepiej niż pod blokiem

Lekkoatletyczne opowieść były stałym elementem w domu. Nie one jednak natchnęły go do biegania. – Nie trzeba było mnie namawiać, zawsze się garnąłem do sportu – wspomina. – Do klubu poszedłem w wieku 15 lat i od razu powiedziałem trenerce, że chcę biegać krótkie dystanse. W szkole wychodziły mi najlepiej, pamiętałem też, że kiedyś mama się w nich specjalizowała. Nie odradzała mi, ale tłumaczyła, że wiąże się z tym ciężka praca, wiele wyrzeczeń. Oboje wiedzieliśmy, że lepiej codziennie trenować niż siedzieć z kolegami pod blokiem.

Matkę ma się tylko jedną. Są jednak w życiu sytuacje, gdy staje się ona kimś więcej – jedynym opiekunem i powiernikiem. Ojciec Marcina porzucił rodzinę, gdy syn miał sześć lat. Ciężar wychowywania syna i córki Karoliny spad na panią Grażynę. Kochająca mama sprawiła, że ich dzieciństwo nie różniło się od dzieciństwa rówieśników. Czytane przez nią wtedy bajki oraz wiersze Tuwima i Brzechwy zachowały się do dzisiaj na taśmach magnetofonowych. – To nagrywanie było moim pomysłem, robiłem to właściwie dla zabawy, a nie żeby mieć ją „na później”, bo zawsze znajdowała czas, żeby mi poczytać.
Pani Grażyna zasypywała też syna zabawkami, dzisiaj zalegającymi w kilku tekturowych pudłach w piwnicy. – Większość od razu psułem – śmieje się Marcin. – Najdłużej bawiłem się kolejką, do której mama ciągle dokupywała nowe elementy.

Bezstresowe wywiadówki

W lekkoatletycznym światku o Marcinie mówią „Diabeł”. Sam uważa, że zadecydował uśmiech, ale są i tacy, którzy twierdzą, iż ksywę zawdzięcza skłonności do psot. – W grupie sprinterskiej wszyscy jesteśmy żartownisiami i ja nie odstaję specjalnie od kolegów – zapewnia. – Nigdy nie robiłem większych psikusów. Byłem normalnym dzieckiem, nie za spokojnym wprawdzie, ale popełniałem zwykle błahe przewinienia. Raz, na podwórku, wybiłem piłką okno. Szybę trzeba było wstawić, zapłacić za nią, ale nie spotkały mnie żadne konsekwencje. Trochę się dziwiłem, choć właściwie nie pamiętam, żeby mama mnie kiedykolwiek karała.

Rozmawiała ze mną, tłumaczyła czego nie wolno robić. Mówiła: „Powinieneś posprzątać w swoim pokoju”. Kiedy jednak tego nie zrobiłem, sprzątała sama… Zawsze była tolerancyjna. Wywiadówki też kończyły się bezstresowo. Niczego przed nią nie ukrywałem, opowiadałem o wszystkich szkolnych sprawach. Mama ciągle powtarzała, że należy być dobrym człowiekiem; uczciwym i prawdomównym. Nigdy nie mówiła: „Spójrz na mnie”, ale obserwowałem jej zachowanie i widziałem, że sama kieruje się tymi zasadami.

Pranie w domu

Przychodzi czas, kiedy człowiek opuszcza dom rodzinny, a potem tylko – częściej lub rzadziej – jest w nim gościem. Kilka lat temu, po ukończeniu technikum, robiący stałe postępy syn musiał wyjechać ze Stalowej Woli. – Mama namawiała mnie na warszawską Akademię Wychowania Fizycznego, którą sama ukończyła, nie mówiła jednak: „Musisz tam iść” – opowiada Marcin. – Wybrałem AWF w Krakowie, ze względu na trenera, Lecha Salamonowicza. Po pewnym czasie stwierdziła, że dobrze postąpiłem.

Dom pozostał w kilkudziesięciotysięcznym mieście nad Sanem, oddalonym od Krakowa o 180 kilometrów. Przed rokiem kupił sobie samochód i trasa się trochę „skurczyła”, bo można pokonać ją szybciej. W Stalowej Woli bywa teraz co dwa-trzy tygodnie. Ze zgrupowań lekkoatletycznych urwać się jednak nie sposób. – Czasami bardzo tęsknię – zwierza się. – Z każdego obozu wysyłam kartki, telefonuję. Gdy jestem w Krakowie, dzwonię co parę dni, żeby się dowiedzieć, co słychać w domu. Mama pyta o zdrowie, czy nie mam kontuzji, jak tam na uczelni. Przed zgrupowaniami i po nich zawsze jadę do Stalowej Woli. Trochę wstyd się przyznać, ale często się zdarza, że wysypuję torbę brudnych ciuchów i wszystko ląduje w rękach mamy. W akademiku nie ma jednak warunków, żeby zrobić większe pranie.

Liczy się gest

Psychologowie twierdzą, ze mężczyzna szukając partnerki, podświadomie oczekuje w niej cech matki. – Nie wiem, czy tak było w moim przypadku? – zastanawia się Marcin. – Monika również jest blondynką, choć nieco wyższą od mamy. Mają też podobne poczucie humoru. Mama jest nauczycielką WF w liceum i ma ?młodzieżowe? usposobienie. Jest wesoła; kiedy przyjeżdżam do domu, ciągle żartujemy, śmieszą nas te same dowcipy. Doskonale się rozumiemy, nie można wychwycić różnicy wieku, która nas dzieli, bo mama jest raczej dobrym kumplem, a nie poważną kobietą.

Dzień Matki to bez wątpienia najważniejsze święto w roku. Tak jak w imieniny bądź urodziny mamy, Marcin dzwoni z życzeniami. Jeśli może – przywozi prezenty. – Są urozmaicone – wyjaśnia. – Perfumy, kwiaty – staram się nie dawać ciągle tego samego.
Syn także dostaje od pani Grażyny podarunki. Największy już dawno, właściwie bez okazji. – Odziedziczyłem po mamie upór i ambicję. Trudno otrzymać więcej…
PAWEŁ FLESZAR

O koledze i rywalu Marcina Nowaka, z uczelni, bieżni oraz sztafety można przeczytać TUTAJ.

Skomentuj