Kuchnia mistrza olimpijskiego

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 29 września 2000 r.

Agnieszka nie farbuje już włosów; robi sobie pasemka albo balejaż. Bywało inaczej: na jedno ze zgrupowań lekkoatletycznych przybyła z fryzurą w zielonym odcieniu. – Kiedy byłam młoda, miałam różne pomysły – wspomina żona triumfatora igrzysk w Atlancie i Sydney. – Wtedy ciężko było o dobre farby. Wpadłyśmy z koleżanką na pomysł, że możemy pomieszać chnę z basmą. Potrzymałam to trochę za długo na głowie i wyszedł taki ciekawy kolor.

Galeria jednego z krakowskich hipermarketów. Po lewej stronie pizzeria, przedstawicielstwo telefonii komórkowej, sklepy – jubilerski i z firankami. Na końcu ekspozycja obrazów przedstawiających miejskie zabytki. Przed nią sklep sportowy Roberta i Agnieszki Korzeniowskich. Już z daleka, na oszklonej ścianie czołowej, widać plakat z uśmiechniętym chodziarzem, prezentującym na wyciągniętych dłoniach trzy złote medale, wywalczone na najważniejszych imprezach (oryginały trofeów znajdują się w gablotce wewnątrz sklepu). W środku, na ścianach: buty, plecaki, akcesoria pływackie, piłki. – Popatrz, oryginalna piłka Ligi Mistrzów – kilkunastoletni chłopiec trąca łokciem stojącego obok rówieśnika. – Aha, ale ta Juventusu Turyn też jest świetna – kolega bierze do ręki inną futbolówkę.
Na stojakach wiszą koszulki, dresy, spodenki, kurtki. Wszystko z metkami renomowanych firm, wszystko w dość wysokich cenach. – Panuje teraz moda na towary markowe – wyjaśnia Agnieszka. – Młodzież, nasz podstawowy odbiorca, chce się w to ubierać. Zakładając sklep, od razu stawialiśmy na to, bo badania rynku pokazywały, że marka zawsze dobrze się sprzedaje.

Atmosferę pomieszczenia budują liczne fotografie. Lidia Chojecka biegnie w stawce rywalek, Tomasz Lipiec niesie „na barana” Roberta Korzeniowskiego z biało-czerwoną flaga w rękach, Emmanuel Olisadebe w ekwilibrystycznej pozycji kopie piłkę. Kolista lada pośrodku sklepu również jest wyklejona plakatami: Artur Partyka uśmiecha się do obiektywu, Michael Jordan robi tajemniczą minę. Na blacie leżą pocztówki, na których Robert reklamuje „Ciasteczka na medal”, produkt swego głównego sponsora, jarosławskiej firmy. W takim wnętrzu szefowa z zielonkawą głową wyglądałaby cokolwiek dziwnie… – Człowiek na pewno spoważniał, znalazł się w gronie osób, które wymagają określonego image’u – krótko ostrzyżona blondynka bardziej komentuje rzeczywistość niż żałuje. – Jednak nie uważam, żebym się tak bardzo zmieniła. Po prostu, jestem w środowisku, do którego życie mnie skierowało.

Pomysł założenia sklepu – wehikułu, mającego bezpiecznie przenieść rodzinę w nieodległą już chyba przyszłość, kiedy Robert zakończy karierę – narodził się przed trzema laty. Podsunął go mistrz olimpijski z Montrealu, Jacek Wszoła, który skontaktował niedoświadczonych przedsiębiorców z właścicielami galerii w hipermarkecie. Decyzja małżonków o zajęciu się biznesem była wspólna, ale w ciągu następnych miesięcy gros obowiązków spoczywał na Agnieszce. – Od ósmej rano do 21. wieczorem siedziałam w sklepie, załatwiając różne rzeczy – opowiada. – To był ciężki rok dla nas wszystkich, łącznie z Andżeliką, bo mało się widywałyśmy. Myślę jednak, że się opłaciło.

Musiało się opłacić, bo sklep na oko prosperuje całkiem nieźle, od rana do wieczora kręcą się po nim klienci, wielu robi zakupy. Korzeniowscy zatrudniają pięciu pracowników. – Handel tak naprawdę polega na tym, żeby mieć dobrego sprzedawcę – tłumaczy Agnieszka, która w ubiegłym roku obroniła prace magisterską na krakowskiej Akademii Ekonomicznej. – Jeżeli jest dobry sprzedawca i towar z górnej półki, a sprzedawca jest w stanie przekonać klienta do tego towaru, to właśnie on odgrywa główną rolę. Na początku może i nazwisko Roberta było magnesem, ale w tej chwili sprzedawcy są ważniejsi.
Mimo że sklep, dzięki pracującym w nim ludziom, funkcjonuje bardzo sprawnie, codziennie, choć przez chwilę, dogląda go czujne oko szefowej. Agnieszka wraz z kierownikiem realizuje ogólną strategię, którą jesienią każdego roku ustalają z Robertem. Stałym i podstawowym jej założeniem jest przeznaczanie wszelkich zysków na poszerzanie asortymentu. Od niedawna te inwestycje obejmują również, położony w największym w Europie kompleksie krytych basenów, sklep z artykułami pływackimi. Jego współwłaścicielem jest znajoma państwa Korzeniowskich.

Lata chude, lata tłuste

Przed kilkunastu laty dwójka młodych studentów mieszkających przez ścianę w jednym z akademików katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego, nie myślała o dzisiejszej prosperity. Ale Robert posiadał jeden z atrybutów zamożności. – W 1989 roku, kiedy nie było w sklepach niczego, mieć kolorowy telewizor to był duży wyczynem – wspomina Agnieszka. – Przychodziłam do niego, żeby się dowiedzieć, co się dzieje w Polsce i na świecie. Ciągle się coś wówczas zmieniało, rodzinę miałam daleko.

Taką historię ich znajomości przekazały już chyba wszystkie media. Agnieszka jednak mocno się obrusza, gdy słyszy sugestię, że wspólne oglądanie telewizji było głównym motorem zbliżenia. – Wy, dziennikarze, strasznie wszystko upraszczacie. W Robercie generalnie spodobał mi się człowiek, jego wnętrze. Sposób postępowania z innymi ludźmi, niesamowita obowiązkowość. Ma charakter, który daje mu siłę przebicia, co zresztą teraz najlepiej widać.
Wtedy jeszcze sportowy potencjał Korzeniowskiego nie rzucał się tak w oczy. W chwili, gdy poznali się z Agnieszką, mieli tę samą, pierwszą klasę mistrzowską. Pochodząca z położonej na białostocczyźnie Sokółki, dziewczyna zbierała medale w konkurencjach juniorskich, biegając 400 metrów „płaskie”, a później przez płotki. – Kontuzje kolana „wyleczyły” mnie z płotków. W końcu, po dwóch latach małżeństwa, doszliśmy do wniosku, że on będzie miał większe możliwości zrobienia kariery sportowej – żona objaśnia ówczesne motywacje.

W 1992 roku spodziewający się dziecka małżonkowie wyjechali do Francji, gdzie Robert miał reprezentować barwy paryskiego Racingu. Niedługo potem zdarzył się feralny dzień w Barcelonie, kiedy idącego po medal Roberta zdjęto z trasy tuż przed bramą stadionu. Będąca w dziewiątym miesiącu ciąży Agnieszka oglądała to w telewizji. – Strasznie się wtedy wkurzyłam – opowiada. – Nie zaszkodziło mi to w porodzie, bo była w tak dobrej formie, że brałam brzuch „pod pachę” i goniłam autobus, kiedy było trzeba. Jednak strasznie bolała mnie krzywda męża. Zaraz potem poszłyśmy z siostrą do sklepu i odreagowałyśmy stres na zakupach. A 10 dni po powrocie Roberta urodziła się Andżelika. Dała nam odskocznie od tego co się stało, zapomnienie.

Pech ciągnął się jednak za Korzeniowskim. Po roku, na mistrzostwach świata w Stuttgarcie, powtórzył się czarny scenariusz z Barcelony. Położyło to na Robercie odium sportowca, który nie jest w stanie skończyć swej konkurencji i – w wieku 26 lat – postawiło pod znakiem zapytania jego dalszą karierę. – Po obejrzeniu tego startu po raz n-ty zdecydowaliśmy, że spróbujemy jeszcze raz – mówi Agnieszka. – Przede wszystkim, postanowiliśmy, że wynosimy się z Francji, gdzie warunki stawały się coraz gorsze, i wracamy do Polski. Okazało się, że Francuzi są strasznymi nacjonalistami. Osoba, która nie jest z ich kraju i wie więcej od nich to wróg, który zagraża rdzennym mieszkańcom. Jeśli jeszcze noga mu się powinie – jest powód, żeby się cieszyć. Kocham Francję, ale od tamtej pory niespecjalnie lubię niektórych Francuzów.

W Polsce znaleźli się ludzie, którzy podali Korzeniowskim ręce. Robert dostał wojskowy etat trenera w krakowskim Wawelu. Z jednej pensji żyć było jednak trudno. Topniała skromna kupka pieniędzy, uskładana w poprzednich latach, a rytm miesięcy wyznaczały kolejne wypłaty. Agnieszka wspomina chwilę, kiedy Robert otrzymał premię za zdobycie „Złotych Kolców”, za którą kupili sobie odkurzacz, którego dotąd nie mieli.
Powoli jednak karta zaczynała się odwracać. Wytrwale szlifującego technikę chodziarza zatrudnił inny francuski klub, Tourcoing, Korzeniowski doszedł na 7. miejscu w mistrzostwach Europy w Helsinkach, a w 1995 roku zdobył brązowy medal światowego czempionatu w Goeteborgu. Awansował do kadry olimpijskiej, dostał stypendium. Agnieszka zaczęła pracować w szpitalu MSW jako specjalistka od zarządzania nieruchomościami, a później w dziale zamówień publicznych. Szły lepsze czasy…

Potyczki z dziennikarzami

Tak nadciągnęły gorące igrzyska w Atlancie. Wygrana na Roberta na dystansie 50 kilometrów, w okropnym skwarze, przy olbrzymiej wilgotności powietrza. Zwycięstwo wytrwałości i samozaparcia, podkreślone triumfalną rundą honorową, z narodową flagą w ręku. – Kiedy patrzyłam, jak wygrywa, byłam przerażona, bo nie spodziewałam się aż takiego sukcesu – nie kryje Agnieszka. – A potem przeraziłam się jeszcze bardziej nieoczekiwaną popularnością. Telefon się urywał, przez miesiąc prawi wszystkie gazety zgłosiły się po wywiady. Już nawet aparat zaczął szwankować od częstych rozmów. Niektórzy dziennikarze dzwonili w środku nocy, inni przychodzili zupełnie niezapowiedziani. Nie byłam tez przyzwyczajona, że ktoś bez pytania zagląda do szafy, żeby sprawdzić, ile garniturów ma mój mąż. Kiedy w domu jest ekipa telewizyjna, niezbyt często pyta, czy może coś zrobić. Po prostu robi co chce.

Uzyskana wówczas wiedza pozwoliła Korzeniowskiemu na świadome kreowanie swojego wizerunku, na skalę niespotykaną w polskim sporcie. Agnieszka, chociaż nie chce używać tego określenia w stosunku do siebie, stała się specjalistką od public relations męża. Co kilkanaście miesięcy organizowane są konferencje prasowe, każdy duży wywiad jest autoryzowany. Agnieszka konsultuje daty ich publikacji w popularnych, wysokonakładowych miesięcznikach tak, aby nie pokrywały się ze sobą. – Ludzie lubią, gdy się kogoś przypomina co jakiś czas – wyjaśnia.
Po kolejnych zwycięstwach Roberta na mistrzostwach świata i Europy, przeprowadzili akcję promocyjną w mediach. Korzeniowski zarzucił prasę wywiadami, które były delikatnie sterowane – nie ukazywały się w brukowcach, gazetach, które źle się kojarzą masowej publiczności. Efekt był rewelacyjny: wybór Roberta najlepszym sportowcem 1998 roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, obwołanie go najpopularniejszym przez telewidzów TVP oraz Wiktor za sportową osobowość roku.

Promocja dobrego samopoczucia

Cała ta olbrzymia popularność wykorzystana została przez Korzeniowskich również w inny sposób. Jesienią, po igrzyskach w Atlancie, wspólnie z firmą Rean zorganizowali w centrum Krakowa mityng „Na Rynek Marsz”. Impreza wyśmienicie zdała egzamin. Kiedy w tym roku chodziarze okrążali Sukiennice, dopingowało ich spore grono widzów, sprawiających wrażenie świetnie obytych z egzotyczną niegdyś dyscypliną sportu. – Założenie tej imprezy jest bardzo proste; chcemy pokazać jak wygląda profesjonalny chód, ale jeszcze mocniej nastawiamy się na propagowanie zdrowego trybu życia – tłumaczy Agnieszka. – Nie robimy tego dla zysku, nawet co roku troszeczkę dokładamy. Pozostaje za to satysfakcja, że coś wyszło, udało się dogadać ze sponsorami, załatwić wszystkie zgody w mieście. Czasami warto wyłożyć pieniądze, żeby się później dobrze czuć.

Agnieszka Korzeniowska nie tylko „z urzędu” jest zwolenniczką chodu. Z dużym przekonaniem tłumaczy, że jest to najzdrowsza i jednocześnie najprostsza dyscyplina sportu. – W chodzie pracują wszystkie mięśnie, człowiek szybciej się odchudza. Nie obciąża się tak kolan, można iść normalnym krokiem, ale jeśli ma się podkulone ręce – idzie się lepiej. Do chodu nie trzeba drogiego sprzętu, dobrych butów.

Tęsknota przed telewizorem

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że Robert nie będzie reprezentował Polski w imprezach mistrzowskich, ale w przypadku 32-letniego sportowca do kresu kariery jest bliżej niż dalej. Wówczas też diametralnie zmieni się życie rodzinne. Mąż i ojciec – dotąd widywany w krótkich antraktach miedzy obozami i zawodami – większość czasu spędzi w domu. Będzie więcej okazji, żeby się pokłócić… – Nie jesteśmy konfliktowi; każdy mówi swoje zdanie i dochodzimy bardzo szybko do porozumienia – przekonuje Agnieszka. – Kłócimy się bardzo rzadko. Często mamy odmienne zdania na różne tematy, ale nie wbijamy sobie noży w plecy. Zresztą kocham Roberta także za jego wady, nie ma nic nudniejszego niż człowiek posiadający tylko dobre cechy. Z moim charakterem nie wytrzymałabym z osobą, która nigdy by się ze mną nie starła. Bo ja mam trudny charakter. Zapewniam.

Wygląda na to, że Korzeniowscy wrodzoną chęć dominacji wyładowują poza domem: Robert na sportowych arenach, Agnieszka przy prowadzeniu interesów. Co najciekawsze, dwójka tak energicznych rodziców ma niespotykanie spokojne dziecko. Ośmioletnia Andżelika podczas kilkugodzinnej rozmowy mamy z dziennikarzem grzecznie sam a organizowała sobie ciche rozrywki, najczęściej rysując coś na dużej kartce papieru. – Nie wychowujemy jej na tzw. „dziecko z wyższych klas” – zastrzega Agnieszka. – Jesteśmy oboje bardzo zajęci, ale staramy się nie popełnić podstawowego błędu zapracowanych rodziców i zaniedbać opieki nad Andżeliką, zawsze znajdujemy dla niej czas. Jednak, wbrew pozorom, ona jest bardzo energiczna. Gdy kogoś nie zna, wkłada szaty ochronne. Najpierw obserwuje, przysłuchuje się, sprawdza, czy dana osoba nie jest dla niej zagrożeniem. Jeżeli uzna, że wszystko jest w porządku – może wejść panu na głowę i zrobić wszystko, na co tylko by jej pan pozwolił.

Kiedy Robert już na stałe zawita do domu, będzie miał więcej czasu dla swoich kobiet. Więcej poświęci go również prowadzeniu trzech firm, które posiadają. Pomoże też pewnie w domowych obowiązkach, do których ponoć wcale nie trzeba go popychać. W wolnych chwilach chętnie sprząta, lubi też kucharzyć, zwłaszcza kiedy przychodzą w odwiedziny znajomi. Udanie eksperymentuje z egzotycznymi potrawami, bardzo smakującymi Agnieszce, która twierdzi, że jest antytalentem kulinarnym, a gotować nauczyła się od męża. Wszystkie te cechy potęgują pewnie tęsknotę za wiecznie nieobecnym. – Pewnie, że tęsknię, jak każda żona – nie ukrywa Agnieszka. – Tym może różnię się od innych żon, że Robert wyjeżdża często i zdążyłam się do tego przyzwyczaić.

Od większości wyjeżdżających mężów różni się z kolei tym, że co jakiś czas można go zobaczyć w telewizji i zaspokoić jakoś tęsknotę. Także teraz Agnieszka tradycyjnie zasiada przed telewizorem. – Wiadomo, że będę mu kibicować, ale zawsze, kiedy zaczyna iść, boli mnie serce, gdy sobie uświadomię, jak się męczy. A kiedy pomyślę, że może się zdarzyć przykry incydent z sędziami, ból jest jeszcze większy – zwierza się. – To Barcelona pozostawiła trwały uraz.
Kiedy Robert wróci z Sydney, Korzeniowscy znowu będą musieli odpierać ataki szturmujących drzwi dziennikarzy. Zamkną tylko na klucz szafę z ubraniami…
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj