#lekcjabasketu

Na zakończenie pierwszej rundy I ligi koszykarze AGH Kraków ulegli na własnym parkiecie, 53:84, świetnie dysponowanej Legii Warszawa.

Ten mecz był szczególny na kilku płaszczyznach (pisaliśmy o tym TUTAJ). Jeszcze jedną stał się powrót do Krakowa skrzydłowego stołecznych, Tomasza Andrzejewskiego, który w sezonie 2001/02 reprezentował Wisłę. Naturalne jest, że poza nim nikt z tamtego, recytowanego dość biegle przez Tomka, składu „Białej Gwiazdy” nie uprawia już wyczynowo basketu w lidze centralnej. Imponujące, że sam Andrzejewski w wieku 37 lat, utrzymuje się w bardzo dobrej formie. Symptomatyczne, że dzisiaj wystąpił w podwawelskim grodzie po raz pierwszy, odkąd opuścił go 14 sezonów temu. – Nie pamiętam, żebym tu zagrał później. Kawałek czasu minął, ale nie było w Krakowie  drużyny… – mówi. – Miło wspominam tamten okres i cieszę się, że wreszcie udało się tu przyjechać. Tym bardziej że zanotowaliśmy dobry mecz.
Dla akademickiego klubu to swego rodzaju nobilitacja, bo dzięki niemu powstał wreszcie pretekst, żeby przyjeżdżali tu zawodnicy formatu Tomka. Ale wiąże się to też z ponoszeniem niekiedy tak dotkliwych porażek jak dzisiejsza.

Od początku goście bezlitośnie wykorzystywali swoje przewagi, forsując prawie każdą akcję pod obręcz. Gros punktów zdobywali właśnie z „pomalowanego” lub po wolnych  podyktowanych za przewinienia sprowokowane w tym miejscu. Egzekutorem był często Andrzejewski, który urozmaicał to odskakując na 5-6 metrów na lewe skrzydło i równie łatwo celując też stamtąd. Jego team był skoncentrowany i umotywowany; ostro bronił, odbierał piłki miejscowym, szybko przechodził do ataku. Co nie wykluczało luzu – Łukasz Wilczek podczas przerwy na osobiste namawiał autorów statystyk, żeby wpisali mu asystę za udane podanie, po którym kolega został sfaulowany.
Kiedy Andrzejewski po prostym zwodzie rzutu za trzy i powieszeniu obrońcy, wjechał aż po wsad oburącz – wynik brzmiał 2:11, a gdy bardziej zamaszysty „pakunek” pokazał Mateusz Jarmakowicz – 14:26.
W drugiej połowie było nawet 25:41 i 30:47, a w przerwie – 35:48. Były wiślak miał wówczas 16 „oczek”, a całość zamknął z dwudziestoma, przy 89-procentowej skuteczności z gry i 100-procentowej z osobistych. – Czy jestem zadowolony? Tak, jednak nie z własnych osiągnięć, ale ogólnych. Liczy się to, co zrobił cały zespół – przekonuje.

Po drugiej stronie nieźle dysponowany był Marek Szumełda-Krzycki, który w minionym sezonie ubierał koszulkę z „eLką”. Dwukrotnie spenetrował pole przeciwników, zaliczając przy tym faule. W pierwszej połowie uzyskał 13 punktów. Podręcznikowe pick’n’rolle z Maciejem Majem (1. kwarta) i Bartłomiejem Podworskim (trzecia, uwieńczony wsadem) skonstruował Jakub Krawczyk, a kiedy Michał Borówka w siatkarski sposób „zaczapował” przeciwnika, aż piłka doleciała do ściany – brawo bił mu nawet stojący za ławką jeden z członków sztabu Legii. W czwartej części przypomniał się jeszcze trafieniem zza łuku i wjazdem Damian Kalinowski, którego szkoleniowiec przyjezdnych, Piotr Bakun ściągał przed laty do WSSM Warszawa, a dzisiaj tytułował starym, szkolnym przezwiskiem „Blady”.
Na ogół to jednak akademicy odbierali od rutyniarzy lekcje zachowań. Tak zespołowych: choćby dzielenia się piłką, w kontrach trójkowych czy dwójkowych. Jak indywidualnych: wśród wielu innych przykładów – Łukasz Wilczek w dryblingu gwałtownie się zatrzymał, cofnął i ruszył do przodu, czym wmurował w podłoże dwóch defensorów, natomiast Łukasz Pacocha pokazywał, że można złożyć się do rzutu szybciej, niż przeciętny człowiek jest w stanie krzyknąć: „hop!”. Z czterech swoich „trójek” trzecią trafił w ostatniej sekundzie trzeciej odsłony, bez pozycji, a czwartą  – sprzed samej twarzy krakowianina, co zaakcentował po chwili gestem wycierania szyby dłonią.
– Mieliśmy swój plan na to spotkanie i na ogół go realizowaliśmy – analizuje Bakun. – Za wyjątkiem momentów, kiedy czuliśmy zbyt wielką moc i chcieliśmy nagle zrobić, coś pięknego, jakieś niezwykłe zagranie. Bo to często kończyło się stratą i wtedy się „przytykało”. Ale na ogół gra wyglądała tak, jak chciałem; tak, jak powinien prezentować się taki dojrzały zespół, jak mój.

Legia Warszawa głośno deklaruje ambicje awansu do ekstraklasy, w działalności marketingowej używa hasła „Odrodzenie potęgi”, także pod postacią hasztagu na fejsbukowym profilu. Rozgrywki jednak zaczęła od wpadki na własnym parkiecie z Biofarmem Poznań, a po dwóch z rzędu porażkach w listopadzie nagminne były spekulacje o zastąpieniu Bakuna szkoleniowcem z Bałkanów. – Mówiło się, że mnie już nie ma, co? – uśmiecha się. – No ale jakoś ciągle jestem. Najwyraźniej nasi działacze są cierpliwi. A skąd takie wyniki, jak z Biofarmem? Głowa – przytyka palec wskazujący do skroni. – Generalnie jednak uważam, że mam wspaniałych koszykarzy.
Jest dowodem, że cierpliwość popłaca. Jego podopieczni odnieśli szóste zwycięstwo z rzędu; na mecie I rundy zajmują trzecie miejsce, ale zmniejszyli dystans dzielący ich od lidera i wicelidera do – odpowiednio – dwóch punktów i jednego.
– W takiej formie, jak dzisiejsza, Legia może mieć kłopoty ze znalezieniem przeciwnika – uważa prowadzący AGH Wojciech Bychawski. Jego ekipa wygrała pięciokrotnie w piętnastu kolejkach, ale w rozpoczynającej się w styczniu rundzie rewanżowej aż dziesięć razy będzie gospodarzem.
PAWEŁ FLESZAR

AGH Kraków – LEGIA Warszawa 53:84 (18:28, 17:20, 10:17, 8:19)
Sędziowali: Janusz Kiełbiński, Marek Borowy i Rajmund Lewiński. Widzów: 330.
AGH: Szumełda-Krzycki 15 (1×3, 6 as, 4 zb.), Wróbel 10 (2×3), Maj 8, Kalinowski 5 (1×3), Borówka (2 prz.) oraz Podworski 9 (7 zb.), Krawczyk 4 (5 as., 2 prz.), Zgłobicki 2, Wasyl, Pawlak, Koperski. Trener: Wojciech Bychawski.
LEGIA: Andrzejewski 20 (4 zb., 2 prz.), Kukiełka 9 (1×3, 5 zb., 2 prz.), Ł. Wilczek 6 (7 as., 4 prz.), Jarmakowicz 5, Aleksandrowicz 4 (4 zb.) oraz Pacocha 16 (4×3, 5 as.), M. Wilczek 11 (9 zb.), Robak 6 (5 as.), Malewski 4, Linowski 3 (2 prz.), Sulima. Trener: Piotr Bakun.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.