Lepsze jest wrogiem dobrego

Termin „Syndrom non finito” badacze stosują głównie do twórczości Leonarda da Vinci, który nie kończył wielu swoich obrazów. Genialny artysta dochodził do wniosku, że osiągnięcie doskonałości jaką sobie wyobrażał i jaką wymarzył jest niemożliwe, więc pracę porzucał. Istnieje nawet teoria, że osławiona „Mona Lisa” nie została namalowana w całości, tylko później kawałek deski odcięto, żeby zamaskować niedoróbkę.
Wielu innych swoje dzieła po prostu niszczyło. Najczęściej – Chaim Soutine, jeden z tych malarzy, którzy długo biedowali w Paryżu początku XX wieku, a dzisiaj ich obrazy sprzedają się za miliony dolarów.

Jeśli jednak metafora malarska jest zbyt ciężka w odniesieniu do II-ligowej siatkówki, to może wystarczy tytułowe porzekadło – też dobrze ilustruje, co stało się w 2010 r. z drużyną Wisły AGH Kraków.
W sezonie 2009/2010 utalentowana ekipa nastolatek stoczyła porywającą walkę ze zbudowanym za spore pieniądze, z zawodniczek z wyższych lig (m.in. z Karoliną Surmą, Sandrą Biernatek i Magdą Jagodzińską, które przed bieżącym sezonem przeszły do Wisły), zespołem Skawy UEK. Postęp ekipy Białej Gwiazdy był niekwestionowaną zasługą jej trenera, Lesława Kędryny, a dokonywał się w fascynujący sposób – niemal z tygodnia na tydzień. Po finałowej porażce z „Ekonomistkami” (jeszcze po meczach w hali przy Rakowickiej był remis 1:1) i późniejszym awansie tychże do I ligi, wydawało się, że następny sezon w grupie IV będzie należał do wiślaczek.

Tymczasem Kędryna stwierdził, że należy… skład przemeblować i „podwyższyć”, bo w obecnym kształcie nie rokuje nadziei na sukcesy. Do Wisły przeszły cztery juniorki z RSMS Police, mierzące pomiędzy 185-190 cm. Jak się później okazało, wszystkie są bardzo miłymi dziewczynami i dobrymi studentkami, ale prezentowały poziom siatkarski odpowiadający wynikom, jakie osiągnął wtedy RSMS – szóste miejsce w grupie I, która na dodatek jest tradycyjnie słabsza od grupy IV. Ponadto dwie z nich nie występowały na swojej dotychczasowej pozycji – środkowej. W efekcie sam szkoleniowiec już w październiku przestawiał je kolejno do kwadratu rezerwowych.
Wcześniej jednak werbalizowane przy wielu okazjach przez niego założenie „teraz drużyna będzie silniejsza, bo ma dużo lepsze warunki fizyczne” sprawiło, że dotychczasowe filary zespołu przestały czuć się potrzebne. W kilku sytuacjach nie pomagało postępowanie kierownika sekcji siatkówki, Kazimierza Godlewskiego, zachowującego się niekiedy w relacjach z ludźmi jak niewyrozumiały urzędnik.

Skład zaczął kruszeć.
U schyłku wiosny z gry zrezygnowała Paulina Stojek. Choć wróciła po pięciu miesiącach, to nie odzyskała już formy z czasów, gdy była liderką i kapitanem zespołu (jej coraz wyraźniejsze przebłyski widać dopiero w meczach obecnego sezonu).
Nikt nie starał się też zatrzymywać ani namawiać do pozostania drugiej, obok Stojek, najlepiej punktującej w play off – Gabrieli Gasidło, która otrzymała ofertę ze Sparty Warszawa. Wreszcie, już po starcie sezonu, zrezygnowała rozgrywająca Joanna Mokrzycka (tutaj nieco zamortyzowała stratę niezłymi występami pozyskana z juniorskiej Stali Mielec Adrianna Szady, ale też jasne się stało, że idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby uzupełniały się z Joanną).
Na domiar złego, można było odnieść wrażenie, że osłabienie zespołu ma negatywny wpływ na formę i pewność siebie części pozostałych zawodniczek, choć były wyjątki – efektownie atakująca Klaudia Janota i wszechstronna Alicja Warchoł.

Ostatecznie, w sezonie 2010/11 Wisła AGH obsunęła się tylko o jedno miejsce w końcowej klasyfikacji (z drugiego na trzecie), ale prezentowała się nieporównanie gorzej, mimo dużo słabszej niż rok wcześniej konkurencji. Poniosła kilka dotkliwych, niespodziewanych porażek (choćby wyjazdowe: z Dalinem Myślenice, czy z 16- i 17-letnimi dziewczętami z Bolesława Rzeszów), a w półfinale play off przegrała wszystkie trzy spotkania z Karpatami Krosno. Z tymi samymi Karpatami, które rok wcześniej w silniejszym (o Marzenę Solską) składzie uległy Białej Gwieździe w czterech z pięciu konfrontacji, w tym w play off – we wszystkich trzech (i dwukrotnie po 3:0). Z Karpatami, w których jak na ironię wystąpiło pięć zawodniczek mierzących mniej niż 180 cm wzrostu, z czego trzy mają około 170 cm…
Najważniejsze jest jednak co innego – po obserwacji tamtych rozgrywek nieodparcie nasuwa się twierdzenie, że Wisła sprzed demontażu nie miałaby problemów z pokonaniem Karpat i – dużo słabszej niż obecnie – Szóstki Biłgoraj w grupie IV, a potem Gaudii Trzebnica w Turnieju Mistrzów i dzisiaj – z nowym sponsorem i wzmocnieniami – mogłaby walczyć w I lidze.

Zamiast tego doszło na początku maja do „benefisu niechcianych”. Podczas odbywających się w Krakowie, stojących na dosyć wysokim poziomie, akademickich mistrzostw Polski dobrze prezentowała się w reprezentacji AGH Marika Janota, która w trakcie sezonu często nie była nawet wpisywana do dwunastki meczowej. Dużo dojrzalszą niż w wiślackich czasach grę pokazywała Gasidło (co jednak konsekwentnie nie przełożyło się na zainteresowanie Wisły, wskutek czego trafiła latem do Karpat). I świetnie kierowała drużyną Mokrzycka, dając popis zwłaszcza w zwycięskiej konfrontacji z broniącą tytułu mistrzowskiego Politechniką Częstochowa („spętała” wówczas nogi środkowym rywalek, długimi okresami stwarzając koleżankom komfort ataku ze skrzydła przy pojedynczym bloku).

Nieco wcześniej, w kwietniu, doszło do kolejnych rezygnacji podstawowych zawodniczek, a niedługo później można było dokonać bilansu zamknięcia. We wspomnianym, niezwykle udanym sezonie 2009/10 w lidze zagrało w Wiśle 14 zawodniczek. W ciągu 12 miesięcy po jego zakończeniu odeszło (lub polecono im odejść) jedenaście z nich (jedna później wróciła)…

***

Tekst jest także swoistym bilansem zamknięcia dla niżej podpisanego. Podczas blisko trzyletniej działalności w różnym charakterze w sekcji siatkówki Wisły, ale i po jej zakończeniu, na podstawie własnych doświadczeń, ale i obserwacji relacji międzyludzkich w otoczeniu, wykraczających nierzadko poza sekcję i klub – zyskałem mnóstwo niechcianej, lecz pożytecznej wiedzy. Choćby o tym, że bezinteresowne poświęcenie rzadko bywa szanowane i cenione, niekiedy nie spotykając się nawet z prostym „dziękuję”, za to aż do granic upokorzenia goni się za tym, za co trzeba było zapłacić (niekoniecznie pieniędzmi), a tym bardziej – przepłacić. No i że nie ma sensu mówić o wartościach i ideałach, kiedy zwykła lojalność jest wybrakowanym towarem z wyprzedaży: tanim i niechodliwym.
PAWEŁ FLESZAR

O późniejszych losach drużyny, już jako AGH Galeco Wisły, można przeczytać TUTAJ

Skomentuj