Libero podpowiada na klasówce

Stachanowiec to był w systemie komunistycznym bohater propagandy – człowiek znacznie przekraczający normy pracy do wykonania. A współczesnym stachanowcem mogłaby być Karolina Tokarczyk, czołowa siatkarka AGH Galeco Wisły Kraków. W sezonie 2010/11 zaliczyła półtora roku studiów językowych – angielski z niemieckim – i zrobiła z nich licencjat na Uniwersytecie Jagiellońskim; zdała drugi rok Turystyki i Rekreacji na AGH; przeszła trzymiesięczne praktyki nauczycielskie oraz kilkutygodniowe geologiczne i kartograficzne; no i – bagatelka – trenowała po pięć-sześć razy tygodniowo plus ponad pięćdziesiąt meczów: ligowych, sparingowych i w akademickich mistrzostwach Polski.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Kiedy patrzę na to dzisiaj, jestem w szoku; do tej pory nie wiem, jak dałam radę wszystko pogodzić – zwierza się Karolina, zarówno w macierzystym Popradzie Stary Sącz, jak i od trzech lat w Wiśle występująca na pozycji libero. – Na studiach językowych, po przenosinach z PWSZ w Nowym Sączu musiałam nadrabiać różnice programowe – mnóstwo przedmiotów z języka niemieckiego – więc w praktyce miałam półtora roku do zaliczenia. Trochę dobiły mnie te praktyki na UJ, bo nie układały się z zajęciami na AGH i musiałam biegać z jednego miejsca na drugie. Nie miałam żadnych ulg ze względu na uprawianie sportu. Jeszcze w Nowym Sączu jedna z wykładowczyń pytała na zajęciach, czym się kto interesuje. Powiedziałam, że siatkówką. A ona na to: „Po co pani w ogóle przyszła na studia językowe?”. A przecież ja lubiłam języki, interesowałam się nimi, chciałam się rozwijać. A ona potraktowała mnie z góry od razu, nawet mnie nie znała.
– Może wyobrażała sobie, że w siatkówce zarabia się tak dużo, iż ustawia to na całe życie i nie trzeba się uczyć?
– Nie, nie (śmiech). Raczej dziwiła się, że nie poszłam na AWF. A propos – teraz moja koleżanka z drużyny, też libero, Ola Guzikiewicz idzie podobną drogą. Robi dwa kierunki: Turystykę i Rekreację na AGH i Wychowanie Fizyczne na AWF.
– Jest coś w tych libero, że są takimi – jak to się w moich stronach mówi – „harownicami”?
– Ha, ha, ha. Nie mogę mówić za wszystkie, ale my z Olą chyba jesteśmy jakimiś fanatyczkami. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobne – lubimy brać dużo na swoje barki. Taką mamy naturę. Inna rzecz, że teraz czuję się jakbym odpoczywała. W zimie była sesja i nawet nie wiem, kiedy się skończyła. W ubiegłym roku miałam czterotygodniowe sesje, licząc obie uczelnie łącznie, i codziennie coś było do zaliczenia… Bardzo pomogło mi wsparcie mamy i mojego chłopaka, Łukasza. Teraz to były wakacje. Mam dziwnie dużo wolnego czasu, lepiej też mi się gra.
– Po pierwszym roku na AGH, dwa lata temu, dostałaś z kolei stypendium naukowe. Pamiętam ten podziw przemieszany z zazdrością w głosie jednej z koleżanek: „>Małej< wystarczy, że raz przeczyta i wszystko umie”.
– (śmiech) No jakoś tak jest – łatwo zapamiętuję. Wcześniej, w szkole, to po prostu słuchałam na lekcjach i to już wiedziałam. Mało się uczyłam, a miałam dobre oceny.
– I to wszystko bez ściągania?
– W liceum trochę ściągałam. Ale mało, bo zawsze się bałam, że mnie złapią, no i nie umiałam sobie poradzić z tymi karteczkami. Jeśli już – to ściągałam od kogoś. I najśmieszniejsze, że miałam taki filtr w sobie. Nie umiałam nic; wzięłam od tej osoby trochę, od tamtej trochę, od tej z tyłu też coś. Część odrzuciłam, bo mi się wydawało błędne, tamto też. I potem dostawałam najlepszą ocenę, choć tamci się wcześniej uczyli… Ale chyba nie ma się czym chwalić.
– To może pochwalisz się historią, jak przesiedziałaś egzamin na ściądze, a profesor stał przez cały czas za plecami?
– Nawet nie przypominaj o tym. Wyszłam z egzaminu, usiadłam na ławce i musiałam długo pooddychać, żeby dojść do siebie. Miałyśmy ściągi we trójkę, koleżanka mi jedną rzuciła, a jak podnosiłam z podłogi, to profesor zaczął coś podejrzewać i stanął za mną. Trzymałam ją między nogami, ręka mi się trzęsła z nerwów, przez co wyleciał mi długopis i spadł metr ode mnie. Wstałam tak pokracznie, z tą ściągą między nogami, ale jakoś go podniosłam i wróciłam na miejsce. Byłam w takim stresie, że na koniec egzaminu podałam profesorowi indeks zamiast kartki z odpowiedziami. I dostałam plus cztery, w ogóle nie odpisując… Może ta adrenalina spowodowała, że coś mi się odblokowało w głowie, bo nie czułam się dobrze przygotowana. Ściąganie to chyba jednak nie dla mnie.
– Masz dużo wolnego czasu i dlatego dajesz korepetycje?
– Dawałam jesienią, ale tylko jednej osobie, a potem kontakt się urwał. Nie mam czasu, żeby dawać korepetycje codziennie; po treningu nie da się, bo jestem zmęczona. Zależy mi na tym, żeby nie tracić kontaktu z językiem. Czytam dużo po angielsku, oglądam filmy bez dubbingu, ale najważniejsze jest mówienie i tu przydałyby się korepetycje.
– Chciałabyś być nauczycielką?
– Na razie chyba nie. Przekonałam się, że nie dam rady narzucić dyscypliny grupie. Miałam praktykę w liceum i między nami była zbyt mała różnica wieku. Nie potrafiłam wyznaczyć granicy, traktowałam ich raczej jak młodszych kolegów, koleżanki. I to nie było dobre. Mój opiekun zwracał mi uwagę, ze tak nie wolno. Musi być jakiś dystans.
– Nie wprowadzałaś nastroju naukowego?…
– Miałam najgorszą klasę w szkole. Znaczy, najgorszą… Oni byli bardzo inteligentni, tylko rozrabiali. Takie wesołki. Trzydzieści cztery osoby – ogarnąć ich, to była jakaś masakra. Poza tym, mam chyba za miękkie serce. Nie potrafię surowo, sprawiedliwie potraktować ucznia. Chciałam ich czegoś nauczyć, ale nie stawiając jedynki.
– I nie stawiałaś?
– Nie. Mało tego, pomagałam im na klasówce. Potem już nauczyciel nie zostawiał mnie z nimi.
– Byłaś na praktyce nauczycielskiej i podpowiadałaś uczniom na klasówce?!
– Tak jakoś wyszło – lekcję i klasówkę prowadził nauczyciel, a ja siedziałam z tyłu i miałam pilnować, żeby nie ściągali… Musiałam podpowiedzieć, bo nic nie umieli. A jeden chłopak wyjął nawet zeszyt, kiedy nauczyciel wyszedł – powiedziałam mu, żeby schował, ale były drzwi otwarte i nauczyciel go zobaczył.
– Mogłabyś pójść do podstawówki, gdzie dzieci byłyby jednak sporo młodsze i mniejsze?
– Śmiejesz się, ale prawda jest taka, że wygląd też ma znaczenie. Budzi respekt. Na praktyce wyszłam na środek klasy ubrana w t-shirt, dżinsy i trampki, tak jak oni, i nie budziło to respektu. Chyba szpilki i kostium dałyby jakąś przewagę.
– Uczniowie dokuczający nauczycielowi na lekcjach bezbłędnie kojarzą się z kibicami w Biłgoraju podczas pierwszego meczu finałowego. Podobno miałaś tam dwie najdłuższe godziny w życiu.
– Nie spodziewałam się czegoś takiego. Od początku zaczęli krzyczeć: „Libero, libero! Zagrywać na libero!”. Potem udało mi się wyłączyć na jakiś czas i nie słyszeć tego. W czwartym piątym secie jednak znowu zaczęło do mnie docierać: „Libero, libero jest słaba!”. A wcale tak źle nie grałam, miałam dobre statystyki po tym meczu. Kiedy zdarzył się jakiś błąd, to krzyczeli: „Dziękujemy ci, libero!”. A kiedy piłka wpadła nam w pole, i to nawet nie w moją strefę, to słyszałam: „Gdzie wasze libero!?”. To była cała hala ludzi i wszyscy krzyczeli… Dziewczyny chyba martwiły się, że sobie nie poradzę i w pewnym momencie zaczęły się przejmować bardziej ode mnie. Uspokajały mnie, trener też.
Chciałam udowodnić, że nie dam się wyprowadzić z równowagi. Przeżyłam to, myślę, że jestem dzięki temu mocniejsza.
– Pierwszy raz przydarzyło ci się coś takiego?
– Rok temu, na AMP-ach w Lublinie – ale to był tylko jeden chłopak, z plastikową butelką. Tłukł się nią o ławkę i krzyczał „Zagrywać na libero!”, ale przyjęłam większość piłek dobrze, więc od drugiego seta krzyczał: „Nie zagrywać na libero!”. Miałam czerwoną koszulkę i najpierw wołał: „Czerwone przegrywa!”, a potem zmienił to na: „Czerwone wygrywa, czarne przegrywa!”. On był chyba trochę świrnięty, albo pijany. Poza tym był sam, wystarczyło mu rzucić spojrzenie i trochę się uspokoił. Z dużą grupą tak się nie da.
– Czasy i tak się zmieniły na korzyść; żyją legendy jak to Świdnicy kibice nawet koty rzucali zawodniczkom na głowę.
– Żartujesz?!
– Słyszałem takie opowieści. I strzelali z procy landrynkami po nogach.
– Hahaha!
– Wycmoktanymi.
– O fuuuj! To się przyklejały…
– Zrobiło się trochę niesmacznie, więc wprowadźmy element estetyki i pogadajmy o żeńskiej siatkówce plażowej. Nie myślałaś, żeby się jej poświęcić? Razem z Martą Mogilską osiągałyście dobre wyniki w kategoriach młodzieżowych.
– Byłyśmy parą, której nikt tak naprawdę nie doceniał. Byłyśmy jakby spoza środowiska, tak samo nasz trener, Janusz Pasiut. Tam się wszyscy znali.
– Powołali was na obóz kadry młodzieżowej w 2004 roku, więc nie byłyście zupełnie „spoza”.
– Na ten obóz pojechałyśmy niejako przy okazji. Nie nazywajmy tego powołaniem. Rzeczywiście miałyśmy niezłe wyniki, ale mogły być lepsze.
– Chodzi o mistrzostwa Polski kadetek w 2005 roku? W turnieju półfinałowym ograłyście wszystkich, m.in. późniejsze złote medalistki i reprezentantki kraju, Karolinę Sowałę i Karolinę MIchalkiewicz, byłyście murowanymi kandydatkami do podium, a skończyło się na miejscach 9-12.
– Do tej pory mnie to boli. Przez tydzień potem leżałam w łóżku i odchorowywałam… Doszłyśmy wtedy też do finałów w kategorii juniorek, choć byłyśmy o dwa lata młodsze. Tylko że przez te wszystkie turnieje, obozy, byłyśmy z Martą ponad miesiąc poza domem, do czego nie byłyśmy przyzwyczajone. Miałyśmy już dość – może nie siebie, bo dosyć mocno się przyjaźniłyśmy – ale siatkówki, piasku, wysiłku. Myślałyśmy już tylko o domu. I to się odbiło na wyniku, bo finał kadetek wypadł na samym końcu tego okresu. Może też spięłyśmy się tak dużą szansą. Przegrałyśmy od razu pierwszy mecz. I ciągle byłyśmy uważane za faworytki; podszedł do nas trener Goździewicz – jego córka też startowała w mistrzostwach – i powiedział: „Lepiej przegrać na początku, a potem wygrać wszystko, niż wygrać wszystko i przegrać ostatni mecz”. Uwierzyłyśmy mu, ale potem było jeszcze gorzej. Miałyśmy dobre koleżanki, Maję Nowicką i Martynę Rabendę, z którymi się bardzo lubiłyśmy, ale też zawsze je pokonywałyśmy. I właśnie na tych mistrzostwach przegrałyśmy z nimi pierwszy raz…
– A milsze wspomnienia?
– Ich jest większość. Przede wszystkim dwa vouchery po cztery tysiące złotych, zamienione na miejsca na dwutygodniowej wycieczce na Wyspy Kanaryjskie, które wygrałyśmy w turnieju organizowanym przez firmę „o.b.”.
– Poważnie?! W turniejach cyklu Grand Prix mistrzostw Polski nagrody finansowe były niższe…
– To była najwyższa nagroda, jaką udało mi się kiedykolwiek zdobyć. Tyle że po zwycięstwie, aby pojechać na wycieczkę, trzeba było uczestniczyć w sesji zdjęciowej do magazynu dla nastolatek. Sesja wypadła tak, że gazeta leży gdzieś zakopana bardzo głęboko, nie chcę tego oglądać (śmiech).
– Z innej beczki – po zmianach w składzie dzierżysz palmę pierwszeństwa w dziedzinie roztargnienia?
– Ha, ha, ha! Aż taka roztargniona chyba nie jestem. Ale trochę tak. Zostawiam rzeczy w różnych miejscach. Kiedyś zostawiłam telefon w szatni w szkole. Zorientowałam się na lekcji, po dzwonku poleciałam do tej szatni. Siedział taki chłopak, pytam czy nie widział telefonu, a on go wyciągnął z kieszeni. Kiedyś leżał też w śniegu.
– Jak można zostawić telefon w śniegu?!
– Wyleciał podczas rzucania śnieżkami, w ferworze walki. W czasach szkolnych byłam bardzo zadziorna? Na szczęście, jak coś gubię, to zwykle spotykam jakąś dobrą duszę, co znajdzie i odda. Kiedyś kupiłam i zgubiłam parasol tego samego dnia…
Ale najgorszy dzień miałam po odbiorze świadectwa maturalnego i pozostałych dokumentów z liceum. Od razu poszłyśmy z mamą na zakupy, mama kupiła sobie spódnicę i najpierw to ją gdzieś zgubiłam. Wracamy autobusem do domu i wtedy zauważyłam brak teczki z dokumentami; myślałam, że mama mnie wysadzi siłą z autobusu. Na szczęście, zadzwoniłam do znajomego, poszedł do kawiarni, gdzie wstąpiłyśmy na lody i okazało się, że teczka tam leży.
– Rzeczywiście, masz szczęście.
– Zdarzyła mi się zabawna sytuacja, w wieku chyba 14 lat. Poszłam na rynek w Starym Sączu, gdzie była zbiórka przed wyjazdem na mecz. Czekałam godzinę, coraz bardziej wkurzona, bo nikogo nie było, a nie miałam telefonu komórkowego, żeby sprawdzić, co się dzieje. Wróciłam do domu, dzwonię do koleżanki i pytam ze złością czemu nikogo nie było a ona do mnie: „Karolina, ale mecz jest jutro!”.
– Nie wiem, czy cię to pocieszy, ale zawsze lepiej przyjść za wcześnie niż za późno.
– No, rok temu przyszłam godzinę później na egzamin końcowy z języka niemieckiego… Dobrze, że był ustny i miał kto kolejkę zająć, ale już się pytali, czy nie zrezygnowałam.
– Już dawno można było zauważyć, że chyba trochę mści się na tobie perfekcjonizm, który zupełnie nie pasuje do tego roztargnienia. Chciałabyś grać idealnie i przez to grywasz słabiej niż byś mogła. Przykładowo – denerwowałaś się, że nie masz ponad 90 procent przyjęcia i przez to spadałaś na 60 procent, a mogłabyś mieć spokojnie około osiemdziesiąt, gdybyś machnęła ręka na pojedyncze błędy.
– To prawda – chciałabym na przykład obronić wszystkie piłki dokładnie, a czasami – kiedy jest mocny atak – się nie da, nawet jeśli się do tej piłki dojdzie. Podobnie w przyjęciu. Ale też trzeba od siebie wymagać, kto nie wymaga – nic nie osiąga. W Popradzie tak było w pewnym momencie; skupiłam się na tym, by grać idealnie, piłka odebrana dwa metry od siatki mnie nie zadowalała, bo miało być na pół metra. Czemu tak dziwnie patrzysz?
– Bo to był nieco obsesyjny stan, taki „kompleks prymuski”.
– Trochę tak. Przez to miałam wtedy spadek formy. Ale teraz już umiem się pogodzić z tym, że zrobię coś nie doskonale, ale zadowalająco. I może dzięki temu mam dużo lepsze statystyki i gra mi się lepiej. Co nie znaczy, że godzę się z błędami jakie popełniam.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Dane biograficzne Karoliny Tokarczyk można znaleźć TUTAJ

Skomentuj