Lubię poczytać o samochodach

Tekst ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 13 października 2003 r.

– Adam to był taki sam chłopak jak my wszyscy, spotykaliśmy się, gadaliśmy o wymarzonych autach – wspomina kolega lat dziecinnych Małysza z Wisły. Chłopcy jeździli na rowerach i udawali, że są kierowcami TIR-ów albo „wyścigówek”. Potem przesiedli się do prawdziwych pojazdów.
– Uczyłem się prowadzić „Polówką” dieslem, a potem zdawałem egzamin na benzynowym Fiacie Uno – opowiada Adam Małysz. – Nie słyszałem w ogóle silnika i czasem samochód mi gasł. Stres niesamowity. Na placu manewrowym zdałem, a potem, na mieście, samochód mi zgasł przed światłami i usłyszałem „dziękujemy panu”. Udało się dopiero przy drugim podejściu.
Osiemnastolatek kupił sobie zdezelowanego malucha. – Miałem już pięć samochodów, ale na tego pierwszego najciężej pracowałem – uważa. – Zarobiłem na niego od podstaw, na „fuchach” dekarskich. Poza tym trzeba było go całego wyremontować. Szwagier jest blacharzem, umie też zrobić inne rzeczy, więc razem naprawialiśmy. Kiedyś, gdy dodawałem gazu, wyskakiwała mi rura od „turbo”, a samochód dusiło. To nawet sam zrobiłem.

– Kosztował chyba dwanaście ówczesnych milionów – wspomina Jan Małysz, tata Adama. – Ciągle trzeba było coś przy nim robić. Kiedyś tym maluchem jechałem po Adama do Zakopanego na zgrupowanie. Zepsuł mi się przed Makowem Podhalańskim. Zabierak poszedł. Sobota po południu, telefonów komórkowych wtedy nie było, nie wiadomo co robić. Na szczęście niedaleko znalazłem mechanika, ale zeszło ze dwie godziny zanim naprawił wszystko. Adam się złościł, bo myślał, że za późno wyjechałem z domu.

Rok Grand Cherokee

Następny był Golf „Trójka”. – Od razu poczułem zmianę – zwierza się Małysz. – Później wziąłem kiedyś malucha od ojca, żeby żonę trochę pouczyć jeździć, bo miała zdawać egzamin. Odwiozłem i mówię: „Zreperuj go, bo tam wszystko strasznie rzuca, cały czas musiałem kręcić kierownicą, żeby się utrzymać na jezdni”. A ojciec: „Co ty?! Przecież wszystko jest wyremontowane, samochód wspaniale chodzi!”.
Jedną z wielu zalet bycia najlepszym skoczkiem świata jest możliwość spełniania pragnień. – Zawsze interesowałem się jeepami – wspomina Adam. – Wracaliśmy ze zgrupowania w Harrachovie, na parkingu stał nowiutki Grand Cherokee. Mówię: „Niestety, na takiego mnie nie stać”. A za rok miałem identycznego!

Dzisiaj Małyszowie posiadają cztery samochody: Jeepa Chryslera, kupionego niedawno BMW Coupe, Mercedesa i Citroena C-8, który ma zostać sprzedany. – Idealny samochód musi mieć wszystko: wygodę, bezpieczeństwo, muzykę… – tłumaczy Adam. – Dzisiaj jestem zadowolony ze swoich, ale postęp jest tak wielki, że za rok, nawet pół, inny samochód będzie miał jeszcze więcej atutów. A ja lubię być na topie.
– Adam pozostał sobą, ciągle można z nim normalnie porozmawiać – twierdzi jeden z dawnych kolegów. – Dalej głównym tematem są samochody.
Małysz czyta chętnie gazety motoryzacyjne, czasami nawet ogłoszenia sprzedaży w auto-giełdzie. – Pytają mnie: „Po co to czytasz, skoro nie kupujesz samochodu?”. „Nie wiem, lubię sobie poczytać cokolwiek o samochodach” – odpowiadam.

245 na liczniku

W garażu Adama stoi także czterokołowy quad. – To namiastka, dopiero podczas bardzo szybkiej jazdy jednośladem człowiek czuje się naprawdę wolny – twierdzą zapaleni motocykliści.
– Powiem inaczej: podobno człowiek przed śmiercią też się czuje wolny – odparowuje Małysz. – Owszem, czasem mam ochotę spróbować, doświadczyć tego wszystkiego, ale jest to bardzo niebezpieczne. Wielu moich znajomych twierdzi, że na motorze prędzej czy później trzeba się „wyrąbać”.
Samochód jest bezpieczniejszy, ale prawie w każdym budzi uśpionego demona szybkości. – Nie mogę powiedzieć, ile najwięcej jechałem – wykręca się Adam. – No dobra, tam gdzie nie ma ograniczeń, na autostradzie w Niemczech, miałem na liczniku 245 kilometrów na godzinę.
W Polsce nie da się jednak jeździć szybko – dodaje. – Mamy fatalne drogi, takie dziury, że w każdej chwili można wypaść. Dlatego denerwuje mnie gadanie o „młodych wariatach”, dodatkowe opłaty ubezpieczeniowe dla nich. Pewnie – część wypadków to ich wina, ale często ponoszą ją również drogi. Kiedyś jechałem wolno, ale wyrzuciło mnie z bardzo głębokich kolein i – żeby uniknąć zderzenia – znalazłem się aż na trawiastym poboczu.

Gołoledź na zakręcie

W swoim ulubionym samochodzie, Jeepie, Adam najbardziej ceni bezpieczeństwo („Masywny, siedzi się wysoko, a poza tym nie musisz wymieniać ciągle amortyzatorów„). Nawet jednak najlepszy wóz nie uchroni od choćby drobnych stłuczek.
– Miałem ze trzy, jedna w zasadzie z mojej winy – przyznaje Małysz. – Wracałem w zimie ze zgrupowania, była gołoledź. W Szczyrku jechałem dosłownie trzydzieści na godzinę, a mężczyzna przede mną wiózł szyby Polonezem Caro. Skręcając nie dał migacza, a tylko jedno Światło stop mu działało. Gdy nacisnął na hamulec i się zaświeciło, myślałem, że włączył przeciwmgielne i dlatego nie hamowałem. A jak już zaczął skręcać, to było za późno i uderzyłem w niego. Poszliśmy na policję, ale tam był tylko dyżurny, bo wszyscy pojechali do jakiejś awantury rodzinnej. „Musicie czekać, a jak chcecie, to sobie sami załatwcie sprawę” – zbył nas. Ten mężczyzna zachowywał się bardzo w porządku, przyznał, że mogła to być jego wina, nic nie chciał ode mnie. Najciekawsze, że wcześniej, zaraz po wypadku, człowiek, do którego wieziono te szyby, wybiegł na środek ulicy, zaczął wymachiwać rękami. Myślę: „Kurcze, chyba chce mnie pobić”. A on zatrzymał posypywarkę i krzyczy do kierowcy: „Cholera jasna, syp wszędzie, a nie tylko na zakrętach!”. Okazało się, że godzinę wcześniej wjechał samochodem we własną bramę, bo nie wyhamował. Później wracałem do domu i już cała droga była elegancko posypana piaskiem.

30 euro pokuty

Jak każdy kierowca, Adam niechętnie zajmuje stanowisko pasażera. Siada wtedy z tyłu. – Bardziej się wtedy męczę niż jako kierowca – zwierza się. – Bierze mnie cholera, że nic nie mam do roboty. Wolę sobie pokręcić, poprzyciskać.
Jego żona, Izabela ma własny samochód. – Jest bardzo dobrym kierowcą, rzadziej się na nią denerwuję niż na innych, kiedy jestem pasażerem – przekonuje  mąż.
Dwa psy Adama, bokser i wilczur nie są fanami motoryzacji. – Z bokserem jeździliśmy trochę, był nawet z nami na wczasach. Teraz już się boimy, bo lubi sobie upuścić z żołądka – śmieje się Małysz.

Trudno sobie wyobrazić polskiego policjanta dającego mandat bożyszczu wszystkich kibiców w kraju. – Od pięciu lat nawet nie stworzyłem ku temu okazji – zastrzega Adam. – Gorzej jest za granicą, zwłaszcza w Czechach. Tam tępią obcokrajowców, nawet przy niewielkim przekroczeniu są bezlitośni. Kiedyś jechałem za busem, dziewięćdziesiąt na godzinę. Na skrzyżowaniu było ograniczenie do siedemdziesięciu, nie zauważyłem znaku, bo byłem blisko za nim. Policja nas wzięła na bok, jemu tylko sprawdzili dokumenty, a dla mnie – „pokuta”. Zapłaciłem trzydzieści euro. Staramy się jeździć według przepisów, ale czasami zdarzają się mandaty. Skutkują, bo człowiek zaczyna się pilnować.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.