Mamuś, możesz wziąć tę piłkę

Artykuł ukazał się w magazynie „Super Volley” z lutego 2008 roku

W wieku 38 lat Magdalena Śliwa zaczęła żyć intensywniej niż kiedykolwiek przedtem. Łączyła obowiązki rozgrywającej i II trenera w Wiśle Enion Kraków oraz reprezentacji Polski. Największe emocje przyszły jednak pod koniec roku, kiedy dwukrotnie wystąpiła w I lidze razem ze swoją 17-letnią córką, Izabelą.

– Kilkakrotnie wcześniej zwierzała się pani, że marzy o wspólnej grze z córką. Często same marzenia są lepsze, niż ich spełnienie…
– Nie, to było naprawdę wyjątkowe doznanie. Mam dodatkową satysfakcję, że mogę dołożyć parę swoich groszy do jej wyszkolenia technicznego.
– Nie boi się pani odpowiedzialności? A jeśli jej pani zaszkodzi?
– Nie przesadzajmy. Kiedy przy odbiorze serwisu, zasugeruję: „Wysuń jedną nogę do przodu, będzie ci łatwiej” to raczej jej pomoże. A trener nie zawsze może mieć na to czas, bo na zajęciach jest kilkanaście dziewczyn. Są niuanse, które można właśnie teraz wyplenić; póki jest młoda i nie ma złych nawyków.
– A nie ma niebezpieczeństwa, że ewentualne konflikty na parkiecie zaszkodzą więzom rodzinnym?
– Nie spotkałam się nigdy z taką sytuacją w drużynie, żeby ktoś na kogoś poważnie się obraził, żeby długo zawodniczki nie odzywały się do siebie, bo mecz się źle zagrało, czy ktoś zepsuł decydującą piłkę. Dlatego nie boję się, ale czuję, że wszystko muszę robić jeszcze lepiej. Żeby córka mi nie zarzuciła: „Mamuś, tę piłkę mogłaś wziąć, a nawet się nie ruszyłaś”. Muszę świecić przykładem i to mnie jeszcze bardziej dopinguje, mobilizuje.
– I w „debiutanckim” meczu z Pszczyną denerwowała się pani bardziej od córki.
– To prawda. Nie starałam się jej jakoś specjalnie przygotowywać do tego meczu, żeby nie odczuła presji. Nie rozmawiałyśmy wcześniej ze sobą. Normalnie na zajęcia przyjeżdżamy razem, ale wtedy umówiłyśmy się, że dotrzemy do hali oddzielnie.
– Po dwudziestu paru latach grania w meczach o stawkę jeszcze się pani denerwuje?!
– To była szczególna okazja. Na ogół jestem spokojna, nie mam tremy, ale dobrze wytworzyć w sobie lekki stres, bo to pomaga w koncentracji.
– Jak można denerwować siebie samego?
– Trzeba myśleć o tym co nadchodzi, co będzie się robić w trakcie gry. Zaliczyłam ponad tysiąc meczów, ale każdy traktuję zupełnie serio, jak wyzwanie. Niezależnie, kto stoi po drugiej stronie siatki – czy reprezentacja Brazylii, czy Pszczyna. Dla mnie to przeciwnik, którego trzeba pokonać. Zaczynam myśleć o meczu od rana. Cały dzień jest temu podporządkowany, począwszy od przygotowania posiłku. Nie ma mowy, żebym w dniu meczu pojechała na zakupy, albo jakieś spotkanie. Źle się czuję, jeśli wyskoczy mi nagle sprawa, którą muszę załatwić. Mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że to naruszenie zasad.
– Wspólna gra z Izą to rozwiązanie chwilowe, bo zdarzyły się łatwiejsze mecze, a podstawowa libero jest kontuzjowana?
– Pamiętam doskonale, jak mając niespełna siedemnaście lat, debiutowałam w ekstraklasie. Trener Lesław Kędryna postawił na mnie i kilka moich rówieśniczek, chociaż wcale nie byłyśmy lepsze od doświadczonych koleżanek. Trener zaryzykował, bo uważał, że mamy większe perspektywy. I to się sprawdziło, po roku zaczęłyśmy zdobywać medale. Nie wiem, czy teraz będzie tak samo, ale na pewno Iza powinna dostać szansę rywalizacji.
– Wygra tę rywalizację, ale potem przyjdą mecze o awans do LSK. Wie pani, jakie będą komentarze, jeśli spotka was w nich niepowodzenie? Przypominam, że żyjemy w Polsce…
– Tego się trochę boję: zarzutów, że gra przez protekcję. Ale jeśli będzie dobra – ludzie to zauważą.
– Iza jest bardzo do pani podobna fizycznie i mentalnie, ale jednej cechy nie odziedziczyła – dyplomacji. „To było bardziej marzenie mamy niż moje”, „Ostatnio widzę tatę ciągle, jak siedzi przed komputerem i analizuje tabelę I ligi” – to tylko przykłady jej wielu spontanicznych wyskoków.
– (śmiech) Raczej się tej cechy nie nauczyła. Ja też kiedyś byłam bardziej otwarta, później musiałam się zmienić. Ale Izie nie będę tego narzucać. Musi się sama uczyć na swoich błędach, jeśli się takie przydarzą.
– Kiedy wystąpiłyście w parze w turnieju siatkówki plażowej, zażartowała pani: „Nie mów do mnie mamo, bo czuję się staro”. A jak się pani czuje, występując w tak młodej drużynie jak Wisła?
– To akurat odmładza. Żyję w szatni tematami, których nie mam w domu. Trudno z mężem, rodzicami, teściami rozmawiać o dyskotekach, gazetach z fajnymi ciuchami… Teraz mam to na bieżąco i dosyć lubię, bo dzięki temu jestem bliżej życia mojej córki.
– A pani nie opowiada koleżankom o doświadczeniach mężatki z kilkunastoletnim stażem?
– Mogę udzielać wskazówek, ale tylko jeśli zechcą. Czasami traktuję dziewczyny jak córki, wychowuję. Każę coś posprzątać, poukładać. Mogą myśleć: „No, stara coś zrzędzi, jak mama”.
– Anna Śliwińska zakończyła karierę rok temu, w wieku 47 lat. Wyznaczyła linię mety.
– (śmiech) Kiedy pojawiły się aluzje na temat mojego wieku, zaczęłam je odbijać żartobliwie, mówiąc, że muszę pobić rekord Ani. Nie wiem, czy tak się stanie. Chciałabym zostać trenerką i stopniowo coraz bardziej temu będę się poświęcać. Poza tym przychodzą młode dziewczyny, tak jak teraz w Wiśle – Ola Filip. Trzeba dawać jej coraz większą szansę gry. Nie będę kurczowo trzymać się boiska i zajmować miejsca innym.
– Bohater powieści Oscara Wilde’a, Dorian Gray miał na strychu swój portret, który starzał się zamiast niego. Ciekaw jestem, jakie sztuczki pani stosuje, że nie widać po pani upływu czasu.
– Nie wiem, gdzie tkwi sekret. Mąż jest moim rówieśnikiem i też ciągle gra w piłkę w Garbarni Kraków. Jest najstarszym zawodnikiem w klubie, ma w drużynie kolegów w wieku naszej córki.
– Pewnie jecie to samo…
– (śmiech) Na pewno zmieniliśmy sposób odżywiania pod wpływem zwyczajów panujących we Włoszech. Zdecydowanie więcej duszonych potraw, a mniej smażonego, bo to na pewno nie dodaje energii.
– Za to jest smaczniejsze.
– Dlatego w niedziele i święta robimy sobie przerwy od zdrowego odżywiania i jemy „po polsku”. (śmiech)
– We wrześniu ubiegłego roku stwierdziła pani: „Kadra to dla mnie rozdział zamknięty, już nawet o niej nie myślę”.
– Tak powiedziałam?! Niemożliwe!
– Powiedziała tak pani do mnie i mam dowód na papierze – wywiad w „Przeglądzie Sportowym”. To tak, jak z młodymi dziewczynami, które zarzekają się, że nigdy nie wyjdą za mąż. Wystarczy, że przyszedł przystojny kawaler, ładnie poprosił…
– Wtedy sytuacja była inna, te wszystkie awantury w kadrze… Ale i tak dziwne, że to powiedziałam, bo dla mnie zawsze reprezentacja była czymś wielkim; niezależnie, ile wyrzeczeń kosztowała. Dlatego zresztą teraz zgodziłam się na powrót.
– Kawaler był też zamożny…
– Pieniądze naprawdę nie miały decydującego znaczenia. Zaczęło się od propozycji Marco Bonitty, abym została drugim trenerem. Chcę uprawiać ten zawód po zakończeniu kariery i była to dla mnie wielka szansa nauki u znakomitego fachowca.
– To po co był późniejszy powrót do roli zawodniczki?
– Dlaczego nie miałam się zgodzić, skoro wiedziałam, że jeszcze mogę grać? Może ten powrót nie był taki, jakbym sobie życzyła, bo nie byłam stuprocentowo przygotowana, mało trenowałam z piłką. Jechałam do Japonii jako zmienniczka, ale przed meczem z Brazylią, trener stwierdził, że wyjdę w podstawowym składzie, a ja odpowiedziałam „OK.”. Może to było błędem, może trzeba było poczekać nieco dłużej z wejściem na parkiet.
– Jaki ma pani wpływ na powołania do reprezentacji będąc jej drugim trenerem?
– Ale ja nie jestem już drugim trenerem.
– Bo w tej chwili jest pani zawodniczką. Jednak kiedy nie będzie pani brana pod uwagę przy ustalaniu kadry, to wróci pani na stanowisko w sztabie szkoleniowym.
– Nie wrócę. Na tym polegała umowa – zostaję kandydatką do składu i rezygnuję z pracy trenerskiej u boku Marco Bonitty.
– I nie wytłumaczy pani dlaczego na Puchar Świata pojechały dwie libero oraz juniorka Klaudia Kaczorowska? Dlaczego w ten sposób odebraliście sobie dwie opcje w ataku ze skrzydeł?
– No to niech pan mi powie, kto miał pojechać? Kamila Frątczak poprosiła, żeby nie brać jej pod uwagę, bo boli ją kolano i nie jest w stanie trenować codziennie i grać. Asia Mirek miała problemy z kręgosłupem, których nabawiła się w trakcie treningu na mistrzostwach Europy. Bonitta został z takimi zawodniczkami, jakie pojechały do Japonii.
(…)
– Małgorzata Glinka powiedziała niedługo po zakończeniu Pucharu Świata: „Trener Bonitta ma ograniczony kontakt z zawodniczkami. Jego słowa docierają do nich nie zawsze we właściwym kontekście”. To zarzut do pani i Marka Brandta, bo wy najczęściej tłumaczycie wypowiedzi Bonitty.
– Tu nie chodzi o złe tłumaczenie. Gośka grała wiele lat we Włoszech i rozumie ich styl pracy, myślenia. Tam jest pełny profesjonalizm, którego u nas brakuje. Trzeba poznać mentalność Włochów i zmienić swoją. W kwestii podejścia do obowiązków jest sporo do zrobienia.
– Wiosną spędzała pani czas między Szczyrkiem a Krakowem. W meczach decydujących o awansie do LSK widać było po pani zmęczenie.
– Na pewno tak nie powinno być, ale nie chcę o tym mówić.
– Pytam, bo mówiliśmy o profesjonalizmie, a w tej sprawie i pani można trochę zarzucić.
– OK, ma pan rację. Wiem, że aby coś robić stuprocentowo dobrze, trzeba się temu całkowicie poświęcić. W lutym Marco Bonitta bardzo nalegał, żebym zupełnie zrezygnowała z gry w siatkówkę. Nie mogłam się na to zdecydować, nie chcę tego. Sytuacja była trochę niewygodna.
Ale brak awansu Wisły do LSK spowodowały przede wszystkim kontuzje. Podstawowa atakująca Magda Piątek naderwała mięsień czworogłowy, a libero Monice Targosz nie zginało się kolano. Zagryzała zęby i grała. Środkowa Sylwia Wojcieska złamała palec.
– Tyle że kadra drużyny liczyła czternaście zawodniczek. A wtedy okazało się, że nie ma kto zastąpić kontuzjowanych.
– Tak, dokładnie, zmienniczki nie ograły się w trakcie sezonu.
– Zakończmy te drażliwe rozważania anegdotą. Zanim zaczęła pani straszyć przeciwniczki, straszyła pani koleżanki na obozie.
– A skąd pan to wytrzasnął, przecież to było ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze gdy byłyśmy juniorkami młodszymi?! To prawda, kiedyś wieczorem przywiązałam jedną nitkę do klucza, drugą do kwietnika. Mieszkałyśmy w pokoju we trójkę z Elą Wroną i Renią Kozioł – dzisiaj Gil. Ela była „wprowadzona”, a Reni – młodszej od nas o dwa lata – zapowiedziałam, że to będzie noc duchów. Snułam niesamowite opowieści, poruszyłam kluczem, ale wtedy jeszcze się nie wystraszyła; uznała, że to przeciąg. Ale kiedy zaczął szeleścić kwiatek, tak krzyczała, że przybiegł trener Kędryna.
– To był najlepszy pani dowcip?
– Najlepszy zrobił trener następnego dnia. Za karę, o piątej rano kazał nam przez czterdzieści minut zasuwać w śniegu po beskidzkich górkach. Było wesoło…
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

TWARDA JAK PESTKA
Występująca na libero Izabela Śliwa w minionym sezonie w ciągu ośmiu miesięcy zaliczyła 102 (!) oficjalne mecze. Jej drużyna w tym czasie awansowała do II ligi, turnieju finałowego mistrzostw Polski juniorek, zdobyła srebrny medal mistrzostw Polski kadetek i zajęła piąte miejsce w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży. Iza nie opuściła żadnej konfrontacji, chociaż niekiedy musiała zmagać się z przeciążeniowymi urazami kręgosłupa i kolana oraz kontuzją palca.
Mama wspomina, że od początku zabierała córkę na obozy kadry. Gdy miała pół roku trenerzy wozili ją w wózkach na piłki, ale już kilka lat później potrafiła przez kilka godzin odbijać piłką o ścianę. – Była nie do zajechania, bardziej wytrwała niż seniorki – śmieje się Magda.

Iza mierzy 165 cm, wybór siatkarskich specjalności miała ograniczony, ale pozycja libero od razu bardzo jej się spodobała. – Uważałam, że to najważniejsza osoba w drużynie, skoro może wchodzić na parkiet, kiedy zechce, bez ceremonialnej zmiany – wspomina.
Jest uczennicą drugiej klasy XIV Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie. Klasa ma profil dziennikarski, w poprzednim roku realizowała projekt uczniowskiego radia. Tylko nauczyciele i rodzina mówią do niej po imieniu, powszechnie jest znana jako „Pestka”. – W grupie naborowej były dwie Izy, ciągle zdarzały się jakieś nieporozumienia – opowiada córka. – Byłam młodsza, więc trenerka stwierdziła: „Będziesz Pestką”. Bardzo mi się to nie podobało, ale dziewczyny tym chętniej mnie tak nazywały, bo widziały, że się denerwuję. Teraz przezwisko tak się przyjęło, że czasami nie reaguję, gdy ktoś mówi po imieniu.

UROSŁA SIŁĄ WOLI
Co ciekawe, matka i córka siatkarskie szlify zdobywały u tego samego trenera – Lesława Kędryny. Nawet prowadząc Wisłę do medali mistrzostw Polski, odwiedzał krakowskie szkoły w poszukiwaniu talentów. – Zwróciłem uwagę na wysoką i sprawną Elę Wronę – wspomina szkoleniowiec. – Wokół niej kręciło się „takie małe coś” o drobniutkich rączkach – to była jej przyjaciółka, Magda Śliwa. Ela nie chciała iść do szkoły sportowej, więc wzięliśmy się na sposób: powiedzieliśmy Magdzie, że też będzie mogła trenować, jeśli namówi koleżankę.
Śliwa zyskała przezwisko „Kurczak”, później trener śmiał się, że urosła siłą woli. – Do końca szkoły podstawowej nie udało mi się wyprzedzić tylko trzech koleżanek, które miały powyżej 180 centymetrów – Magda mówi o tym z taką dumą, jak o późniejszych sukcesach sportowych.

Te przyszły szybko – w wieku 17 lat zdobyła złoty medal Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży. Prowadzący zespół juniorek młodszych Kędryna dostał wówczas propozycję powrotu na stanowisko trenera I drużyny (zrezygnował z niego trzy lata wcześniej, po konflikcie z działaczami). Postawił warunek, że trzon składu będą stanowiły nastolatki. Młode dziewczyny w pierwszym sezonie w ekstraklasie broniły się przed spadkiem, ale już w następnym zajęły trzecie miejsce, a dwa lata później zdobyły wicemistrzostwo Polski.
Trener twierdzi, że obie podopieczne identycznie podchodzą do obowiązków. O mamie zawsze powtarzał, że była profesjonalistką już jako kadetka (Magda: „Chyba dlatego, że na zajęcia nie szłam tylko wtedy, gdy choroba zwaliła mnie z nóg. A kiedy miałam skręconą kostkę, to owijałam ją bandażami i udawałam, że nic mnie nie boli, żeby tylko nie opuścić meczu„). O córce mawia, że za siatkówkę dałaby się pokroić i może wyjść na trening nawet w środku nocy.

SPORTOWE WIĘZY KRWI
Magdalena i Izabela występują w Wiśle Enion wspólnie z Karoliną Kosek, która przeżywała ich emocje przez trzy sezony (1999-2002). Grała w Dalinie Myślenice ze swoją mamą Anną, wielokrotną reprezentantką Polski. Gdy pierwszy raz wyszły wspólnie na parkiet, mama miała 36 lat, a córka 15. – Wydawało mi się, że traktuje mnie nieco ostrzej, niż pozostałe koleżanki z drużyny – pół-żartem, pół-serio opowiadała kiedyś Karolina. – W trakcie meczu czasem coś się burknie, innym razem obsztorcuje, ale tylko z boku to wyglądało na trudniejsze, niż było w rzeczywistości – tłumaczyła Anna.
W tym samym wieku, co Karolina, była Marta Szczygielska, gdy w belgijskim Eburonie Tongeren została koleżanką swojej mamy – Joanny Kani-Szczygielskiej. Dzisiaj Marta występuje w reprezentacji Belgii, podczas wrześniowych mistrzostw Europy przyszło jej walczyć z Polkami.

Członek kadry Raula Lozano, Bartosz Kurek w sezonie 2004/05 grał w KS Nysa u boku swego taty – Adama. Z kolei były libero reprezentacji Krzysztof Wójcik i jego syn Sebastian dwuletnie wspólne występy w Chemiku Bydgoszcz uwieńczyli awansem do PLS. Tata zakończył wówczas karierę, a syn musiał odejść do Pronaru Hajnówka.
Nieporównanie trudniejsze zadanie miał znany żużlowiec, Roman Jankowski. Bo i sport bardzo niebezpieczny, i potomków wprowadzał do niego dwóch. 5 września 1999 roku, pojechał w parze z 17-letnim synem Łukaszem w 11. biegu meczu Unii Leszno z Apatorem Toruń. Rodzinny duet lesznian wygrał konfrontację z torunianami 4:2 (na pierwszym miejscu przyjechał 42-letni tato). W 2003 roku Roman Jankowski był już jeżdżącym trenerem Gwardii Warszawa. 30 marca debiutował w lidze jego dziewiętnastoletni syn Marcin. W III biegu, wspólnie z tatą, pokonali rywali z Jasolu Rzeszów 5:1.

Najbardziej dramatyczne jednak były losy dwóch baseballistów – Kena Giffeya Seniora i Juniora. Giffey Sr przez wiele sezonów występował w lidze zawodowej, syn poszedł w jego ślady, jednak w 1988 roku, gdy miał 21 lat próbował popełnić samobójstwo, połykając dwieście tabletek aspiryny. Media spekulowały, że powodami tego kroku były doznawane przez niego przykrości na tle rasistowskim oraz nieporozumienia z ojcem. Syna odratowano, ich relacje się poprawiły, a 31 sierpnia 1990 roku obaj wystąpili w barwach Seattle Mariners przeciwko Kansas City Royals. Giffey Jr do dzisiaj gra w Major League i jest uznawany za jednego z najlepszych baseballistów wszech czasów.

Komentowanie zablokowane.