Maraton po Teleranku

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 5 maja 2006 roku

Ale o czym pan chce pisać? To chyba normalne: mam dwie nogi, więc biegam – żartuje Ryszard Sawa, który w dziewiątym roku życia stracił wzrok i prawą dłoń. 62-letni mężczyzna ukończył już kilkadziesiąt maratonów, a w jednym z nich osiągnął czas trzy godziny i jedenaście minut.

Kiedyś, w Warszawie, zostawił za sobą dwa tysiące zdrowych biegaczy. – To rozwiązało parę kwestii, bo skoro ja jestem niepełnosprawny, to jak tamtych nazwać? – mówi z typowym dla siebie, zgryźliwym humorem. – Wielu ludzi zrozumiało, że niewidomy to nie ten, co pod kościołem siedzi. Wprawdzie mam doktorat, ale w Polsce nie liczy się wykształcenie, tylko to, co w nogach albo rękach.
– Miałem też satysfakcję, gdy w stolicy wystartowali Paweł Januszewski i Sebastian Chmara. Januszewski ponoć strasznie się „wypindrzył”, a przybiegł pół godziny za mną. Chmara próbował się szarpać, ale też mu dołożyłem.

Twardy i zadziorny jest nie tylko na trasie maratonu. Nie bawi się w dyplomację, nigdy nie użalał się nad sobą. Jego życie zmieniło się, gdy wybuchł znaleziony niewypał. – Załamanie? Mały byłem, co mnie to obchodziło – ucina. – Szok przeżyłem raczej dlatego, że zapadłej wsi na zamojszczyźnie musiałem przenieść się do Krakowa, do szkoły dla niewidomych. Ale też myślę, że dzięki wypadkowi się stamtąd wyrwałem. Moja siostra do dzisiaj jest rolnikiem, wzięła w dzierżawę 1000 hektarów. Czuje pan, co to jest? Ledwo spłaci jeden kredyt, już musi zaciągać następny.

Popelina w Nowym Jorku

Jego bieganie jest metaforą życia normalnie widzących. Prawie każdy z nas czasami brnie do przodu na oślep, a osiągnięcie celu zależy od samozaparcia i siły woli. I większość potrzebuje pomocnej ręki innego człowieka. W maratonie kimś takim jest przewodnik – związany z niewidomym króciutkim sznurkiem, potrafiący dostosować do niego rytm i długość swoich kroków, trącający łokciem przy zmianach kierunku, ostrzegający przed dziurami i nierównościami w jezdni.

– Przewodnik powinien być o 20-30 procent lepszy od podopiecznego – tłumaczy Stanisław Spólnik, który z Ryszardem Sawą biegał już blisko trzydzieści razy. – Rok temu, na Cracovia Maraton, było jednak odwrotnie. Podszedłem do biegu za spokojnie, nie przygotowywałem się za mocno i po trzydziestym kilometrze miałem dosyć. „Przejdźmy do marszu” – zaproponowałem. A Rysiek ciągnie mnie za rękę, protestując: „Nie będziemy spacerować!”. Zresztą siedem lat temu w Nowym Jorku wykończył czterech przewodników, nie wytrzymali jego tempa.

Eee, tam, bo ten Maraton Nowojorski, to „popelina”, ludzie biorą w nim udział dla szpanu – macha ręką pan Ryszard. – Jest pięć razy więcej chętnych niż miejsc, więc zgłaszają się na przewodników, żeby się tylko załapać. A potem okazuje się, że taki facet jest przygotowany na cztery i pół godziny, nie ma siły biegać. No, cholery można dostać! A poza tym ścisk straszny, zwłaszcza na tym drugim, wąskim moście, głowę chcą człowiekowi ukręcić. Raz miałem fajną babkę, dobrze przygotowaną, to rozerwali nas niedługo po starcie i o mało się nie zgubiłem.

Witam pana dyrektora

W lekkoatletyce zakochał się, gdy Bohdan Tomaszewski opiewał w radio zwycięstwa Makomaskiego, Chromika, Krzyszkowiaka. – To było lepsze niż telewizja, wszystko pamiętam do dzisiaj – uśmiecha się. – Uczyłem się wtedy w szkole w Laskach, biegałem wieczorami. Niestety, dyrektor był chory na serce i mnie tępił, nawet zamykał w separatce, bo uważał, że sport szkodzi zdrowiu. Kiedy biegnę czasami obok cmentarza w Laskach, to zawsze mówię: „Witam, pana dyrektora! Widzi pan, biegam do dzisiaj i żyję, a pan nie chciał, to teraz musi pan w grobie leżeć„.
 – Sam mogę jeszcze startować dzięki profesorowi Zygmuntowi Dobrowolskiemu, szefowi kliniki urologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W ubiegłym roku przyjął mnie poza kolejnością i tak fachowo zoperował mi prostatę, że po miesiącu mogłem przebiec półmaraton w Radzyminie.

Do maratonu trafił dopiero w wieku 38 lat. Był pionierem. – Tomasz Hopfer mnie przekonał, gdy co niedzielę „nawijał” o tym po Teleranku – śmieje się. – Nie wziął mnie jednak pod uwagę, bo przez parę lat nie chcieli mnie dopuścić. Sędziowie histeryzowali, że „ślepy się zabije”. Wreszcie się udało, kiedy podpisałem oświadczenie, że biegnę na własną odpowiedzialność. Wziąłem dwóch starszych synów na rowerach, trzymałem się siodełek i poszło. Kręcili potem nade mną głowami, że dotarłem do mety. Nie wiem, co ich tak dziwiło, przecież biega się na nogach!
Inwalidzi uprawiający sport są bardziej pewni siebie przy codziennych czynnościach – dowodzi Stanisław Spólnik. – Inaczej poruszają się po ulicy: jakieś uderzenie, czy wywrócenie się nie jest dla nich tragedią.

Trening przy kaloryferze

Ryszard Sawa mieszka w Pruszkowie. Był okres, że trenował sam, późnym wieczorem: biegał po sto metrów w jedną i drugą stronę. – Teraz zrobili mi pod domem drogę wylotową i jest ogromny ruch. A znowu na innej pobliskiej ulicy jest aż czterech „leżących” policjantów”. Z przewodnikami do treningów w ogóle jest największy problem. Jest taki fajny chłopak, koszykarz, który czasami ze mną biega. Nie ma jednak za dużo czasu, bo kończy teatrologię i pracuje jako kelner po dwanaście godzin. I nazywają to pół etatu.

Kilka lat temu kupił ruchomą bieżnię. – Okazało się, że to lipa, żadnych korzyści – kręci głową z dezaprobatą. – Sam wpadłem na lepszy i to darmowy wynalazek: przypinam się starą, dziurawą dętką do kaloryfera i tak biegnę w miejscu. Włączę radio, albo książkę z kasety, biodra pracują i tylko patrzę, czy kaloryfer nie odpada.
Nie najlepsze doświadczenia ma także z psami. – Dobermany są leniwe: przebiegnie pięćset metrów i chciałby odpoczywać – opisuje. – Z kolei owczarki mało wytrzymują: robiłem z jednym po piętnaście rund, to potem nie miał siły wejść na pierwsze piętro: kładł się pod progiem i udawał, że zdycha. Prawie go zakatowałem treningiem, ale trzeba mu oddać, że dzięki temu przebiegłem w Kaliszu sto kilometrów. Tylko kulałem później przez półtora roku.

Stanisław Spólnik opowiada, że podczas biegu usta mu się nie zamykają: – Czuję się jak przy kawiarnianym stoliku: cały czas lecą historyjki, anegdoty.
Bez tego „klepania” można by się zanudzić przez tyle godzin – odparowuje Ryszard Sawa. – A tak przynajmniej czas szybciej zleci do mety.
Tylko, że potem brakuje nam tchu – docina przyjaciel. – Ale niech usłyszy, że przed nami biegnie jakaś dziewczyna, od razu zrywa się, żeby ją wyprzedzić.
Bardziej chodzi mi o tych, co się przechwalają, że mi dołożyli – precyzuje Sawa. – A z pewną kobietą śmieszne doświadczenie miałem kiedyś na półmaratonie. Podeszła do nas i pyta, czy może nam towarzyszyć. Zgodziłem się, ale jeden kolega się uparł: „Nie! Będzie nas spowalniać, a liczy się każda sekunda”. Parę miesięcy później, podczas Maratonu Warszawskiego, ta sama pani przykleiła się do nas, a po dwudziestu kilometrach krzyknęła: „Żegnam was” i wyrwała do przodu. Tamtemu potem bardzo głupio było. Podobnie chyba czuli się nasi czołowi maratończycy w Poznaniu. Usłyszałem jak przed startem dzielili nagrody pieniężne, a załatwiło ich dwóch nieznanych Murzynów.

Spólnik jest masażystą w Wiśle Kraków, trenuje już rzadziej, ale startuje niezłomnie. Planuje, że w tym roku zaliczy setny maraton. – Cóż jeszcze można robić w moim wieku? Tylko biegać! – śmieje się, kładąc na stole kilkukilogramową reklamówkę z pamiątkowymi medalami. Zaczynał od narciarstwa biegowego, pierwszy maraton zaliczył w 1983 roku. – Czas mnie zachęcił – wspomina. – Odpuściłem jednak, kiedy „złamałem” trzy godziny i teraz sobie „drepczę”. Będę startował, póki zdrowie mi pozwoli. Niezwykłość maratonu polega na tym, że jest on formą rywalizacji, a jednocześnie jest powszechny. Zawodowcy biegną z amatorami i każdy znajdzie tam swoje miejsce.

Gra kolorów

Sawa przez dwadzieścia pięć lat pracował w Instytucie Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk. – „Załatwił” mnie Balcerowicz – jeszcze dziś się irytuje. – Uwolnił czynsze i wypieprzyli nas z Pałacu Kultury do baraków. Trzeba było zredukować połowę personelu, więc ja musiałem odejść jako jeden z pierwszych, bo przysługiwała mi renta. Teraz zostały mi zabawy z wnuczkami, komputer, krótkofalówka i moje ulubione Radio Chicago. Właśnie przed chwilą namawiali mnie na kupno domu z czterema sypialniami za 139 tysięcy dolarów, w dobrym stanie, w ładnym miejscu, nad jeziorem Michigan.

Nie lubi wzniosłych słów. – Maraton jako nowy sens życia? Nic podobnego. Traktowałem go zawsze turystycznie – twierdzi przekornie. – Dzięki bieganiu zwiedziłem pół świata: Nowy Jork, Pekin, Berlin, Moskwę, Budapeszt, Pragę. Nigdy nie zarobiłbym na to pieniędzy. Jeździłem za granicę już za komuny, kiedy mało kogo wypuszczali.
Ułomność tylko spotęgowała w nim ciekawość świata i ludzi. – W Muzeum Watykańskim mieliśmy przewodnika pasjonata – opowiada ze śmiechem. – „Niech państwo popatrzą na tę grę kolorów; tylko kilka lat różnicy, a cała epoka w malarstwie” ? ekscytował się przez kilka godzin. Ja tam słuchałem chętnie, ale wycieczkowicze padali ze zmęczenia.
A wie pan, ilu ludzi poznałem dzięki maratonowi? Ludzie nie wiedzą, jak rozmawiać z niewidomym, a tu wspólny temat jak znalazł. Nie zrobiłem z siebie idioty publicznie, nic nie ukradłem, a ktoś jeszcze chce mnie słuchać.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*