Marcin przez zimę szusuje na desce

Po niezwykle zażartej walce koszykarze max Elektro Sokoła Łańcut zwyciężyli Legię Warszawa 73:54, dzięki czemu są jedyną drużyną w I lidze niepokonaną na własnym parkiecie.

W poprzednim sezonie również nie przegrali u siebie aż do lutego, kiedy… zmierzyli się z Legią. Opisywaliśmy to wtedy TUTAJ, a dzisiaj na starcie trudno było się uwolnić od uczucia deja vu – znowu stołeczny zespół miał inicjatywę, a na placu rządził Marcel Wilczek. 1:5, potem „czapą” przyhamował go przy dobitce Rafał Kulikowski, po jego rzucie z dystansu piłka uwięzła pomiędzy obręczą a tablicą, a Sokół odwrócił wynik po zbiórkach i ponowieniach akcji (9:5), lecz Marcela to nie zraziło. Zaliczył 14 z 29 punktów gości do przerwy. Po niej – ani jednego. – Zmieniliśmy krycie przy pick’n’rollu, zabierając mu pozycje – tłumaczy Marcin Pławucki.
– Poza tym wyszliśmy na początku, jakbyśmy jeszcze byli w Poznaniu, spięci, bez uśmiechu. Dlatego tak dużo się nie udawało – jego trener, Dariusz Kaszowski nawiązuje do zaskakującej porażki z minionej niedzieli, przerywającej serię 13 zwycięstw. – Jeszcze przed drugą połową podkreślałem w szatni, że mają się cieszyć z tego co robią, a przełoży się to na jakość gry.

Niezależnie, komu akurat wiosło się lepiej – a wynik w pierwszej połowie zmieniał się seriami (1:5, 9:5, 9:12, 11:19, 14:19, 14:21, 22:21, 22:25, 23:27, 28:27) – nie ustawała niesamowita walka. Zawodnicy równie często (nawet po dwóch, trzech) leżeli na parkiecie, co machali dłońmi nad obręczami. A kiedy w 12. minucie upadli po zbiórce Jerzy Koszuta i Mateusz Bierwagen, skończyło się na zapasach w parterze. Otrzymali po przewinieniu dyskwalifikującym i nie mogli już wrócić na boisko, za to oba teamy jeszcze długo trzymały się za łby.
– Z Legią zawsze jest mnóstwo walki, to przecież „wojskowi” – uśmiecha się Pławucki, który poza najwyższym współczynnikiem +/- wyniósł z konfrontacji z głębokie zadrapania po wewnętrznej stronie nadgarstka. – Zawsze też mają dużo do powiedzenia. Gdy wchodzili do pierwszej ligi, występowałem akurat w MKS Kalisz i spotkaliśmy się w play off. To były bardzo „brudne” mecze, zawodnicy podstawiali sobie nogi, różne inne rzeczy się działy, kluby wysyłały filmy do PZKosz z protestami. Ale też były bardzo zacięte i bardzo ciekawe, jak nasz, dzisiejszy.

Warszawianie przyjechali do Łańcuta bez Cezarego Trybańskiego i Grzegorza Kukiełki, a gospodarze stracili w trakcie meczu obu koszykarzy z pozycji nr 3. Po Koszucie wypadł Jacek Balawender, który odegrał wyborną suitę, a zanosiło się nawet na koncert. Dwoma „trójkami” i wjazdem odrobił straty w drugiej kwarcie, świetnie bronił. Wreszcie, w 24. minucie Adam Parzych pokazał kolegom, żeby zostawili mu miejsce do gry jeden na jeden z pilnującym go uparcie przeciwnikiem, a Jacek wybrał mu piłkę z kozła w pierwszej próbie minięcia. Przy szarpnięciu do kontry doznał jednak urazu kolana.
Koledzy już bez niego oderwali się w tym okresie za pomocą swoich zwyczajowych atutów, ale i środków zupełnie niesztampowych. Łatwo sobie wyobrazić, jak Kulikowski bije się z powodzeniem pod obiema tablicami, a nawet jak po bloku na Michale Aleksandrowiczu ląduje na czworakach w swojej „trumnie” i w ciżbie dostaje cios kolanem w głowę. Ale to jak wyłuskał przy swoim koszu piłkę uciekającą za linię, przekozłował przez całe boisko, minął obrońcę zmianą kierunku i dryblingiem za plecami, spudłował po dwutakcie, ale natychmiast wyrwał legioniście zebraną piłkę i dobił – to trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby sobie należycie uplastycznić. Do tego wykorzystał 9 z 10 osobistych. – Tak jakby trafił trzy za trzy – żartobliwie chwalił go szkoleniowiec.
Z transem „Konia” można porównać tylko ten, w jaki wpadł Bartosz Czerwonka na początku czwartej części. Trafił zza łuku, przechwycił, faulował, został sfaulowany aż rozpęd umieścił go na siedząco na ławce rezerwowych Legii, a kolejną „trójką” zapalił na tablicy 55:39. W pewnym momencie różnica wynosiła nawet 67:47, a Tomasz Pisarczyk ustalił ją wsadem na 73:54, kiedy widzowie na stojąco fetowali sukces.

Przez większość drugiej połowy ciężar dźwigała piątka: Pławucki, Czerwonka, Tomasz Fortuna, Maciej Klima, Kulikowski. Ten pierwszy został wyróżniony tytułem MVP spotkania.
– Czego gratulować najpierw: nagrody czy wyniku?
– Eee tam, jakiej nagrody. Oczywiście, że zwycięstwa! Odnieśliśmy je także dzięki lepszemu przygotowaniu fizycznemu. Bardzo mocno pracujemy nad tym z trenerem Mateusz Leją i nie ma momentu, żeby w drugiej połowie brakło nam siły, czy oddechu.
Marcin był dzisiaj mózgiem i sercem drużyny. A jeszcze w pierwszej połowie stycznia przez pewien czas o baskecie mógł tylko myśleć szusując po stoku, jeżdżąc na łyżwach, czy biegając na nartach. Obowiązkowy uczelniany obóz sportowy nie przeszkodził mu w udanej passie w drugiej rundzie. A może obóz pomógł?
– Ale to przecież nie od zjazdów na desce snowboardowej złapałem formę! – protestuje ze śmiechem. – Nawet trochę straciłem: skuteczność z dystansu. Ale wierzę, że ona wróci, więc będę rzucał.
– Częściowo wykreowała pana styczniowa kontuzja Krzysztofa Jakóbczyka…
– Wykreowała? Przecież pokazałem się w pierwszej lidze już przed styczniem, choćby w ubiegłym sezonie.
– Źle się wyraziłem. Nie sugeruję, że dopiero teraz się pan pokazał, ale że dostaje pan więcej minut.
– To ja bym sugerował takie sformułowanie: trener zaufał mi w stresowej sytuacji. I zawsze będę się starał odwdzięczyć za zaufanie, niezależnie, ile minut dostanę – kwituje z szelmowskim uśmieszkiem.
Sokół wygrywając nie tylko zachował miano jedynej w I lidze ekipy niepokonanej we własnej hali. Odrobił też straty po wyjazdowej porażce w stolicy (61:70) i ma ze stołecznym zespołem dodatni bilans. – Co za mecz! Utrzymać Legię na 54 punktach! – kręci głową Kaszowski. – Na razie nie ma co przesądzać o niczym, jeśli chodzi o ligę, zresztą o wszystkim zdecyduje play off. Natomiast musimy gorąco podziękować kibicom, bo frekwencja i doping były dzisiaj najlepsze w obecnym sezonie.
PAWEŁ FLESZAR

MAX ELEKTRO SOKÓŁ Łańcut – LEGIA Warszawa 73:54 (11:19, 20:10, 16:10, 26:15)
Sędziowali: Janusz Kiełbiński, Paweł Baran, Tomasz Langowski. Widzów: 900.
SOKÓŁ: Kulikowski 15 (9 zb., 3 prz., 2 bl.), Klima 11 (10 zb., 2 prz.), Fortuna 7 (6 zb.), Koszuta 2 (4 zb., 2 prz.), Jakóbczyk 2 oraz Pławucki 12 (2×3, 5 as.), Czerwonka 9 (2×3), Balawender 8 (2×3, 3 prz.), Pisarczyk 5 (1×3), Wrona 2 (4 zb.). Trener: Dariusz Kaszowski.
LEGIA: M. Wilczek 14 (2×3, 8 zb.), Linowski 9 (5 zb.), Aleksandrowicz 7 (1×3, 4 zb.), Parzych 5 (1×3, 5 as.), Ł. Wilczek 5 (3 prz.) oraz Andrzejewski 9, Malewski 3 (1×3), Szumełda-Krzycki 2, Paszkiewicz, Bierwagen. Trener: Michał Spychała.

Komentowanie zablokowane.