Marszałek Wielki

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 14 września 1993 r. Autor: Majka Lisińska-Kozioł.*

Niejeden raz zaglądał śmierci w oczy. Złamał co tylko można, uległ kilkudziesięciu wypadkom, a mimo to niezmiennie od trzydziestu trzech lat staje na starcie zawodów motorowodnych. Nie rozpamiętuje przeszłości, gna do przodu po kolejne wrażenia i medale.
Kilkanaście dni temu zdobył swój dwudziesty krążek i szósty tytuł mistrza świata.

Marszałek rodzinny

Żona Krystyna już dawno pogodziła się z pasją męża. Wie, że nie może od niego wymagać rodzinnych spacerów, punktualności, wspólnych obiadów i siedzenia w domu. Z początkiem maja Waldemar Marszałek znika w kontenerze, gdzie wraz z pomocnikami przygotowuje swoje łódki. Wychodzi stamtąd na dłużej dopiero z końcem października. Od kilku lat pomaga mu osiemnastoletni syn Bernard. Pani Krystyna ma więc już dwóch mężczyzn, o których musi dbać.
– W kontenerze mam butlę gazową, jakieś talerze, kawę i herbatę. Przynoszę zupy, odsmażam kartofle, robię herbatę. No i piorę. Piorę na okrągło. Ubrudzone smarem dresy i podkoszulki śnią mi się po nocach. Czasem nawet przez sen czuję zapach benzyny, którą wywabiam plamy.
Satysfakcję czerpie z sukcesów męża.
Najsympatyczniej wspomina jego pierwszy złoty medal, zdobyty podczas mistrzostw świata rozgrywanych na poznańskim jeziorze Malta. Startowało ponad trzydzieści łodzi i do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto stanie na najwyższym podium. Zapamiętała też w szczególny sposób inne, trochę mniejsze rangą zawody. Odbyły się wtedy, gdy na świat przychodził drugi syn Marszałków, Bartek.
– Mąż zawiózł mnie do szpitala w czwartek, a sam pojechał na wyścig. Bartuś urodził się w piątek, 9 września. W sobotę mąż wygrał zawody. Cieszyłam się, ale kiedy w poniedziałek ze szpitala odbierała mnie mama, ogarnął mnie straszny smutek Wszystkie panie dostawały kwiaty, z dumą pokazywały swoje dzieci mężom. Ja byłam sama. Miałam wówczas wielki żal do sportu, że pozbawił mnie tak wspaniałej chwili.

Marszałek domowy

Jest domatorem. Może dlatego, że tak rzadko ma okazję bywać w domu dłużej.
Dla niego dom to żona i dzieci, gorąca kolacja, pewność, że jest tam ktoś, kto na niego czeka. Dlatego pani Krystyna przygotowuje kolacje i podgrzewa je także o drugiej w nocy, gdy mąż wraca z kontenera czy z zawodów. Czasami wyciągają butelkę dobrego piwa, siadają razem i rozmawiają.
– To są chwile, kiedy Waldek odpoczywa. Opadają z niego emocje, rozluźnia się i w ten sposób jakby ładuje akumulatory na następny dzień. Ale zdarza się i tak, że przychodzi zły, czepia się o śrubokręt, którego nie może znaleźć, o popielniczkę. Przeczekuję tę burzę i za chwilę wszystko wraca do normy. To jest nasz sposób na życie.
Gdyby miał zostać z dzieckiem, pewnie nauczyłby je pić kawę, ponieważ w kuchni potrafi znaleźć tylko kawę i cukier. To jego ulubiony napój, który pochłania litrami. Bezpieczniej więc byłoby odwieźć dziecko do babci. I tak pewnie zrobiłby mistrz świata. Po czym natychmiast zapomniałby, że istnieje coś takiego jak posiłki.
– Tuż przed ostatnimi mistrzostwami świata Waldek przez dwie doby nie wychodził z kontenera. Gdy stanął w drzwiach, przestraszyłam się: ziemista cera, podkrążone oczy. Przez te dwie doby jadł byle co, palił papierosy i pił kawę. Nie wiem, skąd on czerpie siły, nikt normalny nie wytrzymałby takiego tempa pracy.

Marszałek nie z tej ziemi

Tak zwykł o nim mawiać jego bodaj największy fanatyk, operator filmowy, Zbigniew Królikowski. Przez kilka lat jeździł za mistrzem trop w trop i kręcił o nim film. Chodził w jednej marynarce i jednych spodniach, a wszystkie zdobyte pieniądze przeznaczał na taśmę filmową i wypożyczanie kamer. Nakręcił pięć i pół godziny filmu, ale go już nie skończy. Zginął w wypadku samochodowym.
– Pamiętam, że gdy podczas jakichś zawodów Waldek wyleciał z łódki w górę, pan Zbyszek najpoważniej w świecie tłumaczył nam, że mąż jest spokrewniony z UFO i dlatego wyrwały go z łódki rozciągnięte nad jeziorem druty wysokiego napięcia. To brzmi nieprawdopodobnie, ale i ja czasami zastanawiam się, czy nie ma w tym przypadkiem źdźbła prawdy. Który normalny, z tej ziemi człowiek, byłby w stanie tak zaprzedać się sportowi?

Marszałek troskliwy

Zdarza się i tak, że to żona staje się najważniejsza. Zwłaszcza gdy potrzebuje opieki i wsparcia. W lipcu tego roku Waldemar Marszałek wybierał się na zawody, które miały przesądzić o zdobyciu przez niego po raz trzeci motorowodnego Pucharu Świata. Ogromna srebrna misa do ponczu przeszłaby na własność mistrza.
– Tymczasem zdarzyło się coś dziwnego. Po powrocie znad Zalewu Zegrzyńskiego pojechaliśmy do kontenera. Wszyscy byliśmy głodni, więc przygotowałam coś na gorąco i wróciłam z Bartkiem do domu. Waldek i Bernard zostali. Już w windzie czułam, że coś się ze mną dzieje. Ledwo doszłam do drzwi. Dostałam 41 stopni gorączki. Nie mogłam nawet zadzwonić do męża. Kiedy wrócił, byłam w kiepskim stanie. Wylądowałam w szpitalu. Waldek nie wyjechał na zawody, bo bał się o mnie. Po dwóch dniach wszystko przeszło jak ręką odjął i nikt nie wie, skąd była ta gorączka. Z jednej strony, byłam trochę zła, że pokrzyżowałam mu plany, ale było mi też przyjemnie. To wspaniałe być kimś ważnym w życiu innego człowieka.

Marszałek strachliwy

Z pewnością zabrzmi to trochę śmiesznie, ale są sytuacje, w których Waldemar Marszałek traci zimną krew. Po prostu brzydzi się myszy, szczurów i… chomików. Pewnego razu domownicy pogrążyli się w głębokim śnie, a pan Waldemar przeglądał gazety. Nagle ciszę nocną przerwał ogłuszający ryk.
– Zerwałam się na równe nogi – wspomina pani Krystyna – spodziewając się czegoś okropnego. Biegnę na balkon, bo tam coś się ruszało, patrzę, a to mały chomiczek przedostał się do nas, chyba od sąsiadów. Mąż nawet nie chciał słyszeć, żeby wziąć biedaka i gdzieś przenieść. Włożyłam rękawiczki i umieściłam go w tekturowym pudle. Nad ranem jednak padało, pudło rozmiękło, a chomik uciekł.

Marszałek wybuchowy

Taki już ma charakter. Wybucha gwałtownie i równie szybko wraca do normy. Żałuje, że się uniósł. Nic jednak na to nie może poradzić. Przed startem wybuchy są silniejsze i częstsze. Wtedy wszystko przebiega pod dyktando mistrza. Starszy syn, Bernard pracuje przy łodziach. Wykonuje rutynowe czynności. Czasami dostaje do zrobienia coś poważnego. Wówczas ojciec nie spuszcza go z oczu. Ufa synowi, ale jednak najpewniej czuje się, gdy sam wszystkiego doglądnie. Pali przy tym dziesiątki papierosów i pije kawę. Bez tego nie może funkcjonować. Pozostała część rodziny też jest w stałej gotowości bojowej. Pani Krystyna dba, by jej dwaj mężczyźni coś jedli. Zapominają bowiem, że istnieje coś takiego jak pory posiłków. Oprócz tego jest kimś w rodzaju gońca. Odbiera od ślusarzy i mechaników zamówione części, kupuje śrubki i narzędzia.
– Jeżdżę samochodem tam i z powrotem w zupełnie zwariowanym tempie. Wykonuję pracę, której w ogóle nie widać, a która dosłownie zwala z nóg.

Łodzie są zwykle gotowe na ostatnią chwilę.
– Prawie nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy byli na zawodach kilka dni wcześniej – opowiada Bernard. – Zjawiamy się kilka godzin przed startem. Na zupełnie wariackich papierach.
Tuż przed startem Waldemar zwykł pochylać się nad lustrem akwenu, zwilżać twarz i kark. To takie bratanie się z wodą, bo choć Marszałkowie nie są przesądni, wiedzą aż nadto dobrze, że gdy zawyją silniki, wszystko może się zdarzyć…
Łódka mknie z prędkością dwustu kilometrów na godzinę. Bernard mówi, że gdy zawodnik zbliża się do fali, ma wrażenie, jakby z zawrotną szybkością pędził na betonową ścianę. Nie może się cofnąć, musi pokonać strach. Marszałek senior powiedział kiedyś, że gdyby kierowca sportowego auta zapuścił motor i ruszył z impetem do przodu, a następnie zamknął oczy i gnał tak przez dziesięć sekund, to wówczas odczuwałby z grubsza to, czego doświadcza motorowodniak. Minimalny błąd własny czy rywala może wyrzucić z łódki jak z katapulty. Przy tej prędkości powierzchnia wody jest twarda jak beton.

Marszałek wyczerpany

Zaraz po osiągnięciu mety Waldemar Marszałek jest kompletnie wyczerpany. Przez kilka minut nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Nawet dziesięcioletni Bartek wie, że nie wolno od razu pędzić z gratulacjami. Najpierw ojciec musi wypić łyk wody, zapalić papierosa, poczuć zapach kawy. Dopiero wtedy można się przytulić, można gratulować. Nie wszyscy to rozumieją, więc pani Krysia pełni w takich sytuacjach rolę ochroniarza, który różnymi sposobami stara się zapewnić mężowi te kilka minut oddechu. Zagaduje nachalnych dziennikarzy, tłumaczy męża przed dziećmi, które chcą autograf mistrza uzyskać natychmiast.
– Myślę, że po wyścigu Waldek najchętniej by gdzieś zniknął. Jeszcze długo jest spięty. Ja to dokładnie widzę. Usta mu się trzęsą, drgają żuchwy. Tak naprawdę, o szczegółach walki dowiaduję się dopiero kilka godzin później. Daję mu czas na odreagowanie.

Marszałek wędkarz i kierowca

Pasją Waldemara Marszałka, poza łodziami motorowymi, jest mała łódeczka, którą wraz z synem Bernardem, lub z całą rodziną, wypływa na mazurskie jeziora i łowi ryby. Nie raz przyglądają się im ludzie i słychać jak pytają siebie nawzajem: „To ten Marszałek?! Niby tak wygląda, ale to nie on, przecież nie pływałby taką łupiną, ale jachtem„. A Waldemar Marszałek śmieje się z tego.
Jest też dobrym kierowcą, ale nie może znieść, by jakieś auto jechało przed nim. Po prostu musi je wyprzedzić. Jeśli nie jest w stanie minąć go od razu, wówczas oddziałuje na kierowcę-rywala psychologicznie. Ściga się dotąd, aż tamtemu się znudzi… Marszałkowie mają poloneza i wspaniałe sportowe volvo 480, które właśnie zostało kupione dla pani Krysi.
– Rzadko udaje mi się zasiąść za jego kierownicą. Najczęściej prowadzi je Bernard, chyba że ku memu utrapieniu dosiada swojej hondy.

Marszałek cerowany, składany i łatany

Po skończonych wyścigach pani Krystyna najpierw pyta, czy wszystko w porządku, a dopiero potem o wynik. Wiele razy ta pierwsza odpowiedź paraliżowała ją strachem.
– Waldek jest cały połatany i posklejany. Aż trudno uwierzyć, że tyle części ciała może sobie uszkodzić jeden człowiek.
Nie licząc około 50 wypadków, które skończyły się drobnymi zadrapaniami, poważniejsze obrażenia Waldemara Marszałka to: trzy razy pęknięty prawy łuk brwiowy, pęknięta czaszka, stłuczona prawa półkula mózgu, złamany prawy obojczyk, złamana prawa ręka, złamany prawy kciuk i palec wskazujący prawej dłoni, głęboka rana cięta prawej dłoni, krew w płucach (odma), zdruzgotane prawe biodro, złamane prawe podudzie, złamane pięć palców prawej stopy, urwana lewa pięta, złamana lewa noga, naderwane więzadła krzyżowe, naderwane mięśnie brzucha, uszkodzone płuca, osiem razy złamane żebra, złamany lewy łokieć, pęknięte dwa kręgi kręgosłupa, złamana przegroda nosowa, kilka wstrząsów mózgu, uszkodzony lewy nerw wzrokowy, zwichnięcie kręgosłupa, jedenaście lat temu był w stanie śmierci klinicznej.

***

W ciągu ostatnich sześciu lat mistrz świata doznał 3 ciężkich wypadków, z których każdy mógł skończyć się śmiercią. Mawia, że o jego sukcesach i powrotach do zdrowia decyduje można psychika i pragnienie życia. Ma 51 lat i jest najlepszy. Jeszcze chce dorzucić kilka – do swoich 500 pucharów. W odpowiednim czasie przestanie je zdobywać, a zacznie polerować. Jeszcze nie teraz.
MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.