Matki, żony, piłkarze

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 6 czerwca 2003 r.

– Ta pani to żona jakiegoś piłkarza? – nieogolony mężczyzna z wytartą reklamówką w dłoni wskazuje zgrabną blondynkę.
– Michała Żewłakowa.
– Uuh! – facetowi, który do ośrodka Startu w Wiśle najwyraźniej przyszedł wprost z pracy, wyrywa się okrzyk podziwu.A w jakim klubie on gra?
– Anderlechcie Bruksela.
– O ja cię kręcę!

Zbliża się południe, słońce podgrzewa mocno brązowe dachy białych budynków ośrodka, na niebie kilka białych chmurek, powiewa lekki zefirek. Sielanka. Na boisku otoczonym ścianami zieleni pocą się kadrowicze powołani przez Pawła Janasa z lig zagranicznych. Nie zdjęli dresów, biegają dookoła murawy. Niedaleko pyszni się masyw Beskidów. Kilku aktywnych pięćdziesięciolatków ustala program dnia: – Najpierw popatrzymy tutaj, a potem pojedziemy zobaczyć Czantorię.
Jerzy Dudek zakłada rękawice bramkarskie, ustawia się do fotografii z klasową wycieczką. – Zasłania pani obiektyw zeszytem – upomina robiącą zdjęcie wychowawczynię. – Jak to pokażecie w szkole, to zrobicie furorę – kobieta cieszy się razem z podopiecznymi.

Grupa nastolatków siedzi na trawie. – Tutaj to tylko Krzynówek jest dobry, reszta to tacy? – peroruje blondyn z postawionymi na żelu włosami, machając ręką owiniętą bandażem elastycznym. – No co ty, a Bąk? – podrywają się koledzy. – On też jest dobry.
– A Dudek? – No tak – po chwili konsultacji okazuje się, że cała ósemka obecna w Wiśle jednak nadaje się do gry. – Szkoda, że nie powołali Świerczewskiego – odzywa się ktoś. – No, fest! – oburza się ten z bandażem, zaciągając z góralska. – Już bym wolał tego Zdenka z Beskidu Skoczów. – Polska piłka ligowa w ogóle jest słaba – nie rezygnuje z tezy. – Taki Adi Sikora grał u nas w Skoczowie. Nieźle, ale nie wyróżniał się za bardzo. To samo Iro Jeleń.

Wyjście ewakuacyjne

Zjawili się w Wiśle z żonami, dziećmi. – Gdyby trener powiedział mi, żeby dwa tygodnie przed meczem przyjechać, to bym przemyślał, czy muszę tak wcześnie – mówi Tomasz Hajto. – Przyjechaliśmy przede wszystkim dlatego, że spędzimy więcej czasu z rodzinami. Wczoraj mieliśmy grilla, było miło, żony się lepiej poznały.
Michał Żewłakow w Starcie czuje się jak u siebie. Bywał tu jeszcze z juniorskimi reprezentacjami i Polonią Warszawa. – Znam nawet „wyjścia ewakuacyjne” – żartuje. – Kiedyś zaplanowaliśmy wieczorny wypad. No… wieczorno-nocny. Drzwi były zamknięte, więc wychodziliśmy oknem, potem przez dach i po rynnie na dół. Mam szczególny sentyment, sympatię do tego miejsca; jest tu bardzo wygodnie, niezłe warunki do treningu. Dawniej nie miałem szans mieszkania w tym skrzydle hotelu co teraz. Było bardziej luksusowe, z barkiem, przewidziane dla sztabu szkoleniowego i starszych zawodników. Nie łapałem się.

Artur Wichniarek niesie na ramieniu dwuletnią córkę, Maję. – Jutro pojedziemy do domciu – przemawia do niej czule. Poprzedniego dnia dziecko, zmęczone długą podróżą z Niemiec, zmianą klimatu, zachorowało, dostało gorączki.
– Jest już lepiej, został jej tylko kaszel – wyjaśnia żona napastnika, Katarzyna. – Artek pomaga mi we wszystkim przy Mai; uwielbia dzieci, chce mieć kilkoro, ale ja myślę, że na dwójce się skończy – śmieje się piękna, subtelna brunetka.

Dzień spełnionych marzeń

Jacek Kazimierski musztruje Dudka reszta rozciąga się w rogu boiska. „Bundesligowcy”, Paweł Kryszałowicz, Jacek Krzynówek, Hajto, wymieniają uwagi. – Jak tam przyjdzie Moeller, to gość jest na wylocie. Chcieli go kupić za pięć milionów dolarów – dolatują strzępy rozmów. Kilku zachwyconych chłopców kopie w pobliżu prawdziwe piłki Adidasa. Gwarowi podnieconej dziatwy, której przybyło na trening ze dwie setki, wtóruje stukot młotków robotników zbijających drewnianą konstrukcję na wznoszonej przy stadionie trybunce. Jeden z nich polewa wodą z węża betonowy fundament.

W jednej z grup dziesięciolatków przeważają dziewczynki: spodnie rybaczki, kapelusiki, swetry i bluzy obwiązane wokół bioder. – Nie wolno przekraczać linii. Nie popychaj mnie! – przekrzykują się. – Dlaczego oni nie mają nazwisk na plecach, nie znam ich – martwi się jedna. – Jak to nie znasz; pierwszy z prawej jest Hajto, następny Bąk – instruuje kolega.
– Ja muszę mieć podpis – denerwuje się inna. – Masz zdjęcie i to też jest dowód – uspokaja ją stojąca obok koleżanka. Chłopiec w okularach grubych jak denka butelek cedzi słowa: – Proszę pani, ja zawsze marzyłem, żeby znaleźć się kiedyś blisko prawdziwych piłkarzy i nie wiedziałem, że dzisiaj moje marzenie się spełni.

Kopalnia z automatu

Żony pooglądały czwartkowe zajęcia, w piątkowe przedpołudnie inaczej zagospodarowują czas. – Poznają to od strony typowo zawodowej, bo nigdy na czymś takim nie były – mówi „Kryszał”. – Mojej się wydawało, że poza treningami mamy czas na rozrywki, a tu tylko praca, masaże i jeszcze raz praca.
Przed treningiem potrzebuję 45 minut na przygotowanie, zabiegi, potem wychodzi człowiek na zajęcia i nie ma go półtorej godziny, po za kończeniu na pół godziny trzeba przyłożyć lód, jakieś masaże – wylicza Jurek Dudek. – Po wszystkim jestem zmęczony, chcę się położyć. „Gdzie ty się kładziesz, chodźmy gdzieś na spacer” – protestuje Mirella. Zgodnie stwierdziliśmy, że dobrze im zrobi, gdy zobaczą, że praca piłkarza to nie tylko leżenie na kanapie po treningu.

– To tak jak z moją mamą, kiedy ojciec pracował na kopalni – wspomina bramkarz Liverpoolu. – W dniu Świętej Barbary była wycieczka, żony mogły zjechać na dół i zobaczyć, jak ciężko harują górnicy. Moja mama wróciła do domu i nie potrafiła słowa wydobyć, a gdy już mogła – mówi: „Żebym ja was w życiu nie widziała pracujących w kopalni”. A my z bratem śmiejemy się: „To gdzie mamy pracować, skoro w Knurowie są dwie kopalnie i koksownia?”. Z automatu byliśmy na nie skazani.

Piłce na ratunek

Dziewczynki wymownymi gestami kokietują Kazimierskiego. Przyzwalająco kiwa głową i zaraz ma kilka kartek podsuniętych pod nos. – Ja pinkolę! – wyrywa się z odrętwienia ostrzyżony na jeża chłopiec i rusza kłusem w ich kierunku. Po chwili trenera bramkarzy otacza chmara dzieci. – Przełóżmy to na później – kapituluje.
Na boisku nie ma zabawy. Zawodnicy ostrzeliwują Dudka. – Aach!Jacek Bąk trafia z woleja pod poprzeczkę. Za chwilę podobny szmer uznania wywołuje główka Kryszałowicza. – Brawo! – twarz Dudka rozjaśnia się, gdy Hajto precyzyjnie trafia w długi róg. Potem obrońca Schalke stempluje „spojenie”, bramka aż drży. – Nie myślałeś, że z takiej pozycji mogę się złożyć? – prowokuje Tomasz.
Po jednym ze strzałów piłka ląduje w zieleni, za ogrodzeniem. – Co się robi w takiej sytuacji? – pyta opiekunka.
– Idzie się przez brameczkę i ratuje piłkę przed krokodylami – leniwie odpowiada dziewczynka o śniadej, pociągłej twarzy i tajemniczych oczach.

180 stopni górala

Renata Sosin była utalentowaną lekkoatletką krakowskiego Hutnika. Na dystansie 400 metrów regularnie zdobywała złote medale mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych. Kiedy kilkanaście lat temu do klubu trafił Tomasz Hajto, odebrano jej stypendium i przyznano piłkarzowi. – Ależ była wściekła! Pan by nie był? – śmieje się dzisiaj Renata… Hajto.
Niedługo oddano jej stypendium, potem oboje złapali kontuzje. Korzystali z usług masażysty drużyny piłkarskiej. – Tak to się zaczęło, takie jest życie… – zawieszają głos.

Dziesięć lat temu urodził się ich syn, Mateusz, kopia taty. Paraduje wszędzie w koszulce Schalke, z szóstką i napisem „Hajto” na plecach. Na głowie ma identyczną, może odrobinę jaśniejszą fryzurę. – Stawia sobie włosy „na tatę” albo „na Beckhama” – opowiada Renata. – Czasami komentuje: „Tata, ale super strzeliłeś!”.
Mateusz też chce zostać piłkarzem, trenuje w trampkarzach MSV Duisburg. – Dzisiaj chce być, nie wiadomo, jak będzie za pół roku, ale przykład taty działa – śmieje się Tomasz. – Decyzję zostawiam jemu, ja też podjąłem swoją decyzję sam. Mam mi odradzała, ale jestem bardzo zadowolony z wyboru. Chciałbym, żeby on też kiedyś był.
– Tomek to twardy, zadziorny góral? Zgadza się, ale w pracy – twierdzi Renata. – W domu zmienia się o 180 stopni, jest łagodny, spokojny.

Poukładana ostoja

Zawodnicy ćwiczą rozegranie akcji lewą stroną, dośrodkowanie, strzał któregoś z dwóch wbiegających. Potem płaskie podanie z rzutu rożnego, wycofanie od słupka na 16. metr. Parady Dudka spotykają się z owacją. – Byłeś na spalonym – rzuca do „Kryszała”, gdy temu futbolówka odbija się od pięty i wpada do siatki. – Pan jest ubezpieczony? – ironicznie pyta kręcącego się przy słupku kamerzystę telewizyjnego. – Fajna koszulka – wskazuje na czerwony trykot Liverpoolu z reklamą Carlsberga na mężczyźnie stojącym za bramką. – Chłopaki, obserwujcie piłkę – ostrzega siedzących niedaleko. Uśmiecha się, pogwizduje. – To sposób na zbudowanie atmosfery, futbol to nie tylko ciężka harówa, trzeba błysnąć dowcipem – tłumaczy później.
Po treningu oblegają go młodzi wielbiciele. – Ustawcie się wzdłuż płotu – dyryguje i zgrabnie przeskakuje metalową barierkę. – Nie zadepczecie siebie i mnie przy okazji.
– Dzieci są takie same na całym świecie – mówi. – Zawsze chodzi o to, żeby sprawić im frajdę. Tylko gdy są tak blisko, trzeba uważać na słowa, żeby nie powiedzieć, czegoś niepedagogicznego.

Żewłakowowie w centrum Wisły na spacerze. Anna pcha pusty wózek, Michał niesie na barana dziesięciomiesięczną Maję. Pulchne nóżki malucha prasują mu na barkach reprezentacyjną koszulkę. – Przy dziecku nie trzeba go do niczego prosić – chwali męża żona. – Potrafi zrobić wszystko; wie, gdzie są pieluszki, słoiczki. Jest przeszkolony. Jak się czuje w kuchni? W ogóle się nie czuje. Przy mnie zapomniał nawet, jak się kanapeczki z serem robi.
Namiętnymi spacerowiczami są również Aneta i Jacek Krzynówkowie. – Gdy mamy chwilę czasu, zaraz gdzieś wychodzimy. W Norymberdze jest tak pięknie, że aż grzech z tego nie korzystać – reklamują. – Dziecko się dotlenia, a ja rozciągam mięśnie po treningach – dodaje Jacek.

Wszystkie kobiety twierdzą zgodnie, że ich mężowie starają się zostawiać piłkarskie problemy za drzwiami. – Czasami to się nie udaje – przyznaje Anna Żewłakow. – Gdy Michał miał kontuzję, a potem nie mógł dostać się do składu, strasznie to przeżywał, nosił spuszczoną głowę, bo nigdy na ławce nie siedział. Było mi przykro, ale tłumaczyłam mu, że mamy zdrowe dziecko, jesteśmy szczęśliwi, żyjemy na niezłym poziomie, a coś, co nie wyjdzie w piłce, zawsze może się odwrócić, bo przecież nóg mu nie urwało.
– Rodzina jest szczególnie ważna, gdy się gra za granicą – uważa Jerzy Dudek. – Zawsze można znaleźć swój kąt, gdzie się dobrze czujesz. Z żoną uczyliśmy się siebie przez cztery lata przed ślubem. Mówi się, że kiedy piłkarz się żeni, to pierwszy rok będzie miał kryzys. Drugi – gdy urodzi mu się syn. Mnie się to nie sprawdziło. Gdy po jakiejś porażce jestem smutny, lubię zrobić coś innego – spacer z żoną, zabawa z Aleksandrem, nauka gry w piłkę. Syn pyta o różne śmieszne rzeczy: „Tatuś, a dlaczego to, a dlaczego tamto” i od razu się rozpogadzam.
– Jak masz w rodzinie dobrze poukładane, jest zaufanie, to taka rodzina jest ostoją i pomaga zapomnieć o problemach w pracy – podsumowuje Tomek Hajto.

Ktoś potrzyma za rękę

Zawodnicy odbierają w recepcji wyprane kostiumy. – Hallo, Thomas – niemieccy goście ośrodka pozdrawiają radośnie obrońcę Schalke. – Ale napisałeś – śmieje się Tomek z czerwonego ze wstydu chłopca, który podsunął mu kartkę z nagłówkiem „Tomasz Chajto”.
Przechodzący Jacek Bąk rzuca do udzielającego wywiadu Dudka: – Powiedz o mnie coś ciepłego. – Powiem – obiecuje. Za chwilę „Komar” wraca. – Teraz dwa razy powiedz o mnie ciepło – klepie po plecach kolegę. Jako jedyny nie przywiózł bliskich na zgrupowanie. – Syn chodzi do szkoły, chcemy go zwolnić dopiero z trzech ostatnich tygodni, po 11 czerwca, kiedy wyjedziemy gdzieś na dłużej. Może Malediwy albo Cypr – wyjaśnia Jacek. – Jestem przyzwyczajony do samotności na obozie. Trening, odpoczynek, gazety, masaże, książki, sjesta, rozmowy z kolegami, sen.
– Jerzyk, pożycz na godzinę samochód – Hajto prosi Dudka. – Bierz Tommi, ale musisz wziąć kluczyki z mojego pokoju.

Żona Tomasza Zdebela, Lukrecja, przyjechała do niego z Istebnej, gdzie mają daczę. Przywiozła dwuipółrocznego synka Jannesa i dwie siostrzenice piłkarza. Tydzień wcześniej, po pięciu miesiącach przerwy, odwiedzili dom w Kolonii. – Trzeba było parę rzeczy załatwić, kurze przetrzeć – żartuje Tomek. – Jestem szczęśliwy, bo podpisałem kontrakt w Bochum i teraz będziemy tam na stałe. Lukrecja interesuje się piłką od wielu lat. Daje ogromne wsparcie; są przecież chwile, kiedy potrzebuje się kogoś komu można się wypłakać, kto potrzymałby za rękę. Po meczach zawsze najpierw mówi co było źle. Dopiero po dwóch szklankach winka zmienia nastawienie, stara się mnie troszkę podbudować.

***

Po południu rozbieganie. Rezolutny chłopiec zaczepia: – Da mi pan autograf? – Jak pobiegniesz obok mnie – odpowiada Hajto.
W pierwszej parze Wichniarek z fizjologiem, Zbigniewem Jastrzębskim. – Nie daj się wypuścić Artek, „przewieź” go! – pokpiwa z tyłu Dudek.
Zbliża się kolacja, słońce schodzi ku szczytom gór. W hallu hotelowym Kryszałowicz żegna się z trenerem. – To cześć, Pawko, widzimy się we Wronkach – mówi Janas.
Na boisku Tomasz Hajto w klapkach gra z synem w piłkę, na przemian stają na bramce. Tomasz Zdebel drybluje między Jannesem i siostrzenicami, nagle bierze malca na ręce. – Wika, podasz do taty? – kusi swoją pociechę Krzynówek. Córeczka łapie zieloną kulkę i zazdrośnie przyciska do brzucha.
Może i jesteśmy gwiazdami, osobami publicznymi, ale mamy rodziny, dzieci, którym oddajemy się bezgranicznie – przekonuje Dudek. – Jak normalni ludzie.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.