Matura we śnie

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 30 maja 2003 r.

– Czy siatkarze to prawdziwi faceci? No, bywa inaczej – opowiada Sebastian Świderski, gwiazda reprezentacji. – Jest paru, których trudno nazwać mężczyznami, są „pod pantoflem” żony lub dziewczyny. Ale na parkiecie zamieniają się w wielkich wojowników.

Sebastian na boisku jest żywiołem – niezwykła dynamika, nieprzeciętny wyskok, zbicia ze skrzydła jak cięcie brzytwą. I najlepszy w Polsce atak z szóstej strefy, czyli z drugiej linii na środku siatki. Udane zagrania często podkreśla wymownymi gestami. – To element budowania przewagi psychologicznej – tłumaczy. – Poza tym są jedyna możliwością wyrzucenia złości; ja nie kopnę kogoś w kostkę, nie „pociągnę” z łokcia, jak w piłce nożnej czy koszykówce. Inaczej walkę psychologiczną prowadzą Jugosłowianie, którzy grają bez emocji, bez twarzy. Czasem zupełnie to demobilizuje, wkurza.

Siatkarski zespół przez trzy czwarte roku przebywa razem – w halach, hotelach, salach odpraw. Konflikty się zdarzają, czasem nawet „prace ręczne”. – No, z Jarkiem Stancelewskim to bym raczej w szranki nie stanął, bo dużo większy – żartuje Sebastian z siedzącego nieopodal kolegi.
– Ja ze „Świdrem” też, szybka rączka i leżę – ripostuje kumpel.
– Zależy co rozumiemy przez kłótnie. Jeżeli to, że jeden na drugiego krzyknie lub warknie, to kłócimy się praktycznie codziennie – mówi Świderski. – Bijatyki, przepychanki są bardzo rzadkie. W okresie przygotowawczym, gdy ciężko trenujemy, a każdy jest przemęczony, rozdrażniony, ma nerwy na postronkach – utarczki się zdarzają. Nawet w małżeństwie są potrzebne kłótnie, a co dopiero w drużynie. Pięknie, ładnie to i kotka można zagłaskać na śmierć. W Stilonie Gorzów poza boiskiem były wielkie waśnie, ale gdy przychodziło do meczu – jeden stawał za drugiego.

Błędów nie zapominam

W marcu, w turnieju finałowym klubowej Ligi Mistrzów w Mediolanie, Sebastian otrzymał nagrodę dla najlepiej punktującego i najlepiej zagrywającego zawodnika imprezy. W pierwszej szóstce reprezentacji narodowej zwykle jest najniższy. „Pieśń o małym rycerzu” rozbrzmiewająca w polskich halach podczas meczów Ligi Światowej – to o nim.
Dwa lata temu rozgrywano w Katowicach finał „Światówki”, oglądał kolegów po cywilnemu, bo leczył kontuzję. Obchodził akurat urodziny i 11 tysięcy ludzi w „Spodku”, zachęconych przez spikera, odśpiewało mu „Sto lat”. – To był najbardziej wzruszający moment w mojej karierze – zwierza się. – Zabrakło mi wtedy słów, z chęcią gdzieś bym się schował, żeby nikt nie widział, jak się rozklejam. Atmosfera w naszych halach jest zawsze niesamowita; już przy wejściu dostaje się taki zastrzyk adrenaliny, że człowiek jest nabuzowany.

Na bodźce jest wrażliwy. Czasami rozpamiętuje błędy jeszcze na parkiecie i wtedy musi interweniować trener. W pomeczowe wieczory zamyka się w sobie, analizuje. Żona Olga i córeczka Maja już się przyzwyczaiły, że po niektórych porażkach długo dochodzi do siebie. – Wiedzą, że ciężkich rozmów się wtedy ze mną nie przeprowadza. Wszystko mnie drażni, non stop jestem na „nie”. Zona rozumie, bo długo jesteśmy razem, czasami przychodzi Maja, śmiesznie zagada, rozbraja człowieka i robi się raźniej na duchu. Nocami miewam koszmary – począwszy od meczów udanych, albo nieudanych, a skończywszy na maturze z jakiegoś przedmiotu, którego nie znam i którego kompletnie nie umiem. Taka senna matura jest bardzo stresująca

Mój przyjaciel ból

Mauricio Lima, doskonały brazylijski rozgrywający powiedział w wywiadzie: „W trakcie kariery nie miałem dnia, kiedy byłbym zdrowy„.
Dziewięć lat młodszy Sebastian idzie podobną drogą. W 2001 roku operowano mu kolano, w tym sezonie miał problemy – kolejno – z barkiem, plecami, naciągniętymi mięśniami brzucha, obydwoma kolanami. Musiał przyjąć serię zastrzyków, uzupełniających wypłukana maziówkę kolanową. Stałym elementem jego menu są środki przeciwzapalne, przeciwbólowe.
– Podpisałbym się pod stwierdzeniem Limy, choć miałem okresy, kiedy byłem w 99 procentach zdrowy – opisuje „Świder”. – Im dalej jednak w las, tym więcej drzew – gdy nic nie dolega, trenuje się na maksa i urazy wracają. Są nieuniknione, bo gramy przez prawie cały rok. Do bólu można się przyzwyczaić, nawet z nim zaprzyjaźnić. Niekiedy jest lekki i można go zwalczyć, a czasami chce, aby dać sobie spokój, ostrzega przed poważną kontuzją. Do tego dochodzą hotelowe kłopoty ze zmieszczeniem się w zbyt krótkim łóżku – rano człowiek się budzi i bolą go zgięte przez dziewięć godzin kolana.

Ciągnąc wątek higienicznego trybu życia – znane są pikantne opowieści o alkoholowych wyczynach drużyn z lat 70. i pierwszej połowy 80. Dzisiaj gra się gorzej i pije mniej. – Jeszcze na początku mojego pobytu w kadrze, kilka lat temu, zdarzało się, że była impreza – czasami nawet do rana – ale następnego dnia szło się normalnie trenować. Bez żadnego kaca – wspomina Sebastian. – Teraz nie mogę sobie wyobrazić, żebym posiedział do pierwszej, drugiej w nocy, a potem rano wstał i szedł na trening. Męczyłbym się i jeszcze denerwował innych. Nie wiem nawet, czy dałbym radę ćwiczyć. Czasami się śmiejemy z kolegami, że czasy głupoty i młodości już nie wrócą – człowiek się chyba starzeje. Można się napić, pójść na imprezę, ale trzeba wiedzieć, gdzie, w jakim towarzystwie. No i ile. Sam trener Wspaniały mawia, że jedno regulaminowe piwo nie jest zabronione.

Wspomniany Waldemar Wspaniały, szkoleniowiec reprezentacji i Mostostalu, dał mu wolne do połowy lipca. Czas na leczenie, odpoczynek. – O jejku, nie pamiętam, kiedy miałem takie długie wakacje, chyba sześć, siedem lat temu – kręci głową Świderski. – Odwiedzę w Lubuskiem i na Mazurach część rodziny, którą zaniedbałem. Potem może jakieś wczasy w ciepłych krajach, Chorwacji, albo we Włoszech. Pierwszy raz wyjedziemy z córką.

Związać ich!

W latach 80., w koszykarskiej NBA rządzili Los Angeles Lakers. Krążył dowcip: „Jak ich pokonać? To proste – otruć Magica Johnsona, zamknąć do więzienia Jamesa Worthy’ego, związać Kareema Abdul Jabbara„. Podobna receptę trzeba byłoby chyba zastosować w ostatnich kilku sezonach chcąc zastopować siatkarzy Mostostalu Kędzierzyn-Koźle, bo kiedy Świderski, Paweł Papke, Rafał Musielak, Robert Szczerbaniuk byli „zaledwie” kontuzjowani lub chorzy – seryjnie zdobywali mistrzostwo Polski. – Wielki zaszczyt nas tutaj „kopnął”, takie porównanie! – śmieje się Sebastian. – U nas jednak grała cała dwunastka, wchodził ktoś z ławki i miał dobre momenty.
Wygrywanie to jedyna rzecz w życiu, która nie może się znudzić. Każdy sukces inaczej smakował, a tegoroczny – najbardziej. Mieliśmy mnóstwo problemów – zdrowotnych, finansowych – byliśmy okropnie zdołowani, ale podnieśliśmy się. Inna sprawa, że taka jest nasza liga, gdzie w sezonie zasadniczym jest sześć, siedem ważnych meczów. W pozostałych można wyjść kulawym, chorym, „popykać” i jakoś się tam wygrywa. Ciężko w ten sposób podnosić umiejętności, gdy co drugi tydzień gra się ze słabszymi rywalami.

W wieku 23 lat obronił pracę magisterską z marketingu i zarządzania na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Szczecińskiego. Potem zapisał się jeszcze na studia trenerskie. – Jak Pani Bozia da, to może uda się powiązać to wszystko i zrobić w Polsce jakąś siatkarską menedżerkę z prawdziwego zdarzenia – ma nadzieję „Świder”. – Na razie te sprawy u nas kuleją.
Zna to z własnych doświadczeń – w Stilonie miał długi, niewysoki kontrakt, zawarty, gdy jeszcze nie był siatkarską postacią. – W Gorzowie spotkałem na tyle normalnych, uczciwych ludzi, że później mi to zrekompensowali i chwała im za to – podkreśla. – Gdzie indziej działacze są jednak inni: „Podpisałeś? To podpisałeś, nic nie będziemy zmieniać, swoje warunki znasz”. Współczuję młodym, którzy zaczynają karierę i – brzydko powiem – są wykorzystywani przez prezesostwo. Za marne pieniądze kontraktuje się ich na wiele lat. Dobrze byłoby pokierować nimi, pomóc, podpowiedzieć.

Trener je pierwszy

Jest z pokolenia „złotych chłopców” – wychowanych przez Ireneusza Mazura juniorskich mistrzów świata i Europy. Medale wykuwane były w tytanicznej pracy treningowej. – Ile godzin ćwiczeń dziennie? Nie pamiętam, na pewno więcej niż snu – opowiada Sebastian. – Była to wielka mordęga, niezwykła harówka. Dostałem się do tej grupy dopiero w wieku juniora. Po półtoratygodniowym obozie w Sulęcinie stwierdziłem, że mam wszystkiego dosyć i nie chcę już grac w siatkówkę. Przez parę dni po powrocie musiałem się leczyć z różnych obcierek, bo liczba powtórzeń rzutów, padów, przewrotów spowodowała, ze rany nie goiły się, tylko powiększały. Zrezygnowałem z kadry, ale potem awansowałem do pierwszoligowego składu Stilonu i w połowie sezonu znowu powstała koncepcja, żeby wysłać mnie na zgrupowanie. Bardzo z tym walczyłem, lecz wtedy już patrzyłem w przyszłość – chciałem poświęcić się siatkówce. A skoro pojechałem na następny obóz, to podporządkowałem się totalnie rygorowi. Teraz widać, że praca przyniosła skutek. Słyszałem zarzuty, że zostaliśmy nadmiernie wyeksploatowani, ale można odwrócić kota ogonem – gdyby nie tamten wysiłek, może nigdy nie doszlibyśmy do wysokiego poziomu.

Kilkanaście miesięcy po zdobyciu złotego medalu mistrzostw świata Mazur objął kadrę seniorów i wprowadził do niej większość swoich podopiecznych. W maju 1998 r., w pierwszym występie Polski w historii Ligi Światowej, pokonali po porywającym meczu Rosję na jej terenie. Szkoleniowiec „Sbornej”, Giennadij Szipulin, komentował: – Nie widziałem jeszcze takiej dyscypliny i autorytetu trenera u zawodników, jakie są u Polaków.
– Trener Mazur był dla nas mentorem, guru, ukształtował nas fizycznie i psychicznie – wyjaśnia Sebastian. – Mieliśmy po 17 lat, zero poważnych meczów, zero perspektyw, a tu przychodzi ktoś, kto mówi, że możemy osiągnąć najwyższe cele. Poszlibyśmy za nim w ogień. Rzeczywiście, wprowadził wojskową dyscyplinę. Wszystko było zaplanowane jak w zegarku – trening od tej do tej, tu godzina przerwy. Na posiłek wszyscy jednakowo ubrani. Ustawianie w rzędzie przed salą, apel. Na obiedzie trener pierwszy zaczyna jeść i pierwszy kończy, nikt nie może przed nim. W seniorach zmienił to podejście, już nie było takiej tyranii.

Specjalność: piękne porażki

Z czasem chłopcy dorastali, ale jeszcze długo zdarzały im się mecze przegrywane w szatni. – To dwa oblicza sportowców – tłumaczy „Świder”. – Z jednej strony chęć zwycięstwa, mobilizacja. I druga twarz – bojącego się człowieka, który siedzi myśli: „No dobra, po drugiej stornie są mistrzowie olimpijscy, świata. Zdobyli to, zarabiają tyle, grają w takich zespołach. No, przecież, jak mamy z nimi wygrać?”. Teraz już tego nie ma.
– Przejście do reprezentacji seniorów to był ogromny skok. Dla niektórych nawet za duży, bo sobie z tym nie poradzili. Wszystko zaczęło się kręcić wokół nas, w pewnym momencie okrzyknięto nas gwiazdami. Za szybko, bo żeby grac na światowym poziomie, trzeba przede wszystkim doświadczenia.

Czas, który długo pracował na korzyść polskich siatkarzy, niedługo zwróci się przeciw nim. Jeszcze 2-3 lata i zacznie się mówić o straconym pokoleniu. – Nie mówmy, że nie ma sukcesów – jeży się Sebastian. – Piąte miejsce w Europie, dwa finały Ligi Światowej – z roku na rok robimy postępy. Jeśli nie będzie kłopotów zdrowotnych, już jesienią możemy grac o medale mistrzostw Europy, a potem walczyć o kwalifikację olimpijską. Już Ireneusz Mazur podkreślał, że jego celem są Ateny 2004, że wtedy przyjdzie szczytowa dyspozycja. Mam nadzieję, że się nie pomylił, a wcześniej wielokrotnie miał rację.
Na medale czekają tłumy kibiców w Polsce. Na razie reprezentacja ma na koncie kilka spektakularnych zwycięstw, kilka pięknych przegranych. – Niestety, jesteśmy specjalistami od pięknych porażek – uśmiecha się Świderski. – One są jednak potrzebne bardziej niż zwycięstwa. Ze zwycięstwa nie wyciąga się przeważnie żadnych wniosków, natomiast porażki kształtują charakter i dają szansę na poprawę umiejętności.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.