Miguel na tropach Billa

W koszykarskich derbach Krakowa zespół AGH pokonał Cracovię, 90:62, a pierwszy na polskich boiskach Hiszpan, który zadebiutował w nim dzisiaj, może zrobić furorę w II lidze.

Lider grupy C podjął jej czerwoną latarnię, więc wynik był przewidywalny. Na domiar złego goście borykają się z problemami zdrowotnymi. – Wczoraj miałem na zajęciach siedmiu chłopaków – opowiada trener Cracovii 1906, Mateusz Bukała. – Kilku innych dopadło zapalenie górnych dróg oddechowych, objawiające się wysoką gorączką. Karol Sasnal przez cztery dni z rzędu miał po 39 stopni.
Mimo to jego podopieczni zrazu poczynali sobie bez lęku i kompleksów, prowadząc przez 7,5 minuty. Walczyli pod obydwoma koszami, mając oparcie w doświadczonym Tomaszu Bryzku, który reprezentował AGH w pierwszym sezonie w II lidze. Z bliska punktował Mateusz Nowacki, z dalsza – Aleksander Załucki z I-ligowego R8. To on dał „Pasom” najwyższą dzisiaj przewagę (6:12), potem było jeszcze 9:14 i 13:17.

Te brewerie przerwała defensywa akademików, pokrywająca 3/4 placu. Już w pierwszej kwarcie wyszli na 20:17, a w drugiej zrobili run 15:0. Zabierali przeciwnikom większość piłek bądź wymuszali straty i przerabiali to na kontry.
– Nie gadaj, bo stygniemy! – szkoleniowiec AGH, Wojciech Bychawski strofował Konrada Mamcarczyka, gdy ten wyjaśniał sobie z sędzią powody odgwizdania faulu. Iwan Wasyl po przechwycie zrobił naskok na dwie nogi i zapakował oburącz, długo huśtając się na obręczy, a bliźniaczo podobną akcję pokazał w trzeciej odsłonie. Kiedy Maciej Koperski trzykrotnie trafił za trzy w ciągu niespełna 2 minut, a na tablicy świeciło się 48:24, wiadomo było, że spotkanie jest rozstrzygnięte. Do przerwy rezultat brzmiał 50:30, po niej – 54:32, 57:34, 61:40, 65:42, 65:46 (na koniec 3. części), 75:46, 75:50, 81:52, 81:58, 87:58 i 90:62. Gospodarze błysnęli kilkoma niesztampowymi podaniami do Bartłomieja Podworskiego i Sebastiana Dusiły, a ten drugi zwieńczył jedno z nich wsadem po dwutakcie wykonanym bezpośrednio z biegu.
Rywale nie poddawali się przygnębieniu, sporo było radosnego, młodzieżowego basketu, w którym jak ryba w wodzie czuł się Damian Dyrda. W krótkim czasie zanotował 9 pkt (dwie „trójki”), zbiórki w ataku i obronie, a przede wszystkim – efektowną „czapę” do tablicy.

Niewiele osób wie – a wiedziałoby jeszcze mniej, gdyby 7 lat temu nie przypomniał tego Marek Bartosik w „Gazecie Krakowskiej” – że to nie Kent Washington był pierwszym amerykańskim koszykarzem reprezentującym polski klub. Uwiecznionemu przez rodzimą kinematografię (jako aktor w „Misiu” i pierwowzór bohatera „Czarodzieja z Harlemu”) miłośnikowi kurczaków z rożna i lubelskich dziewcząt przysługuje tylko miano pierwszego czarnoskórego koszykarza w Polsce. Niewysoki, finezyjny rozgrywający był zawodnikiem Startu Lublin (1978-1981) i Zagłębia Sosnowiec (1981-83), a pierwszy amerykański koszykarz zawitał nad Wisłę 18 lat wcześniej i występował w… Cracovii.
Bill Parsons w roku akademickim 1960/61 studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a zawodnicy „Craxy”, kiedy się o nim dowiedzieli, uznali, że przybysz z ojczyzny basketu musi mieć o nim dobre pojęcie, więc zaprosili go do siebie. Nie mylili się, gdyż Parsons przed przyjazdem tutaj grał w college’u Grinnel w Iowa. „Pasy”, które właśnie spadły z I ligi, w znakomitym stylu do niej wróciły, także dzięki jego pomocy lejąc niemiłosiernie wszystkich rywali. Bill mieszkał w Żaczku, uczył się w Collegium Witkowskiego i „Jagiellonce”, a na treningi i konfrontacje ligowe chodził do hali Sokoła. Po roku wrócił do USA, by studiować na Harvardzie, a później przez kilkadziesiąt lat pełnił rolę wykładowcy w college’u w St. Petersburgu na Florydzie.

Niezwykłym zrządzeniem losu w spotkaniu z udziałem Cracovii doszło do innego historycznego wydarzenia: w barwach AGH zagrał pierwszy hiszpański koszykarz reprezentujący polski klub. A przynajmniej – żadnego innego Hiszpana nie przypominają sobie pytani przez nas dziennikarze od kilkudziesięciu lat piszący o baskecie, nie można go też znaleźć w zasobach internetowych (wprawdzie przed sezonem Legia Warszawa zakontraktowała Jorge Bilbao, lecz do dzisiaj nie zadebiutował w niej, wskutek kontuzji barku). Miguel Zamora, podobnie jak Parsons, przyjechał do Krakowa na stypendium. W ramach programu Erasmus studiuje na Akademii Górniczo-Hutniczej – tak jak na macierzystym Universidad Politecnica de Madrid – inżynierię telekomunikacji. W kwietniu skończy 25 lat, mierzy 191 cm, a dotychczasową karierę koszykarską podzielił po równo pomiędzy dwa madryckie kluby: Deportivo Covibar i Uros de Rivas. – Tam też występowałem w trzeciej dywizji, ale poziom u nas jest wyższy. Przynajmniej technicznie, bo fizycznie wyżej stoi AGH – ocenia Miguel.
Wyprzedzała go legenda, gdyż po występach w akademickich mistrzostwach Małopolski oraz wspólnych zajęciach z teamem z Piastowskiej w samych superlatywach wypowiadali się o nim członkowie sztabu AGH – Tomasz Orlicki, a nawet Piotr Biel, który prawie nigdy nikogo nie chwali. – To dlatego, że trener Biel bardzo się zmienił; stał się ciepłym, pogodnym człowiekiem, miłym dla bliźnich – Wojciech Bychawski nie przegapia najmniejszej okazji do kpin z kolegi. – Nie chciałbym się ekscytować po jednym meczu, ale na Miguelu widać całą różnicę pomiędzy szkoleniem w Polsce a szkoleniem w Hiszpanii, na Litwie, w Serbii. Tam wszystko robi się z piłką i wszystko robi się szybko. A przy tym to świetny gość, kupił nasz klimat.

Na potwierdzenie Zamora z uśmiechem przedstawia leksykon, jaki przyswoił sobie w nowej drużynie. Połowa słów nie nadaje się do zacytowania bez wykropkowań, choćby kluczowa w codziennej pracy przy Piastowskiej komenda: „Zap…ć!!!”. Ponoć opanował również trudny w wymowie, acz nieodzowny na parkiecie zwrot: „No co się, k…a, patrzysz?”.
Nie trzeba być fanem koszykówki, aby podziwiać płynność jego ruchów, łatwość dryblingu i rzutu, a przede wszystkim – niezmiernie bogaty arsenał podań na służbie nielimitowanego zasobu fantazji. Michała Borówkę wypuścił kozłem pod samą „dziurę” bez towarzystwa, a jeszcze większy kunszt pokazał ściągając na siebie całą obronę Cracovii i dwoma rękami rzucając piłkę nad głową, za plecy, do Mamcarczyka. Nieco go tym zaskoczył, lecz na ogół właśnie z „Mamcarem” najlepiej rozumie się na boisku i poza nim. Gdyby dzisiaj koledzy trafiali częściej po jego podaniach, zakończyłby debiut z kilkunastoma asystami.
– Mówiłem chłopakom w szatni, że teraz muszą się uczyć grać z nim, ale za to nauczą się wiele od niego – podkreśla Bychawski. – Było trochę perturbacji z jego potwierdzeniem do ligi, gdyż jako dla cudzoziemca specjalną zgodę musiał wydać PZKosz. Miguel jeździł też do Madrytu zdawać egzamin na uczelni. Teraz, kiedy wszystko się wyjaśniło i uspokoiło, oczekuję, że wejdzie w normalny trening, po cztery razy w tygodniu.
Najbliższa II ligowa konfrontacja czeka „Agiehowców” w sobotę w Rybniku, a w swojej hali zagrają znowu w środę, 31 stycznia, podejmując o g. 19 Zagłębie Sosnowiec.
PAWEŁ FLESZAR

AZS AGH Kraków – CRACOVIA 1906 SZKOŁA GORTATA 90:62 (20:17, 30:13, 15:16, 25:16)
Sędziowali: Wojciech Majcherowicz i Bartosz Koralewski. Widzów: 130.
AGH: Podworski 14 (5 zb.), Koperski 9 (3×3, 5 as., 4 prz.), Borówka 8 (5 zb., 2 prz.), Czerwonka 8 (1×3), Majka 4 (1×3) oraz Zamora 9 (1×3, 6 as., 2 prz.), Dyrda 9 (2×3, 4 zb., 2 prz., 2 bl.), Mamcarczyk 8 (2×3, 5 zb., 4 as., 2 prz.), Dusiło 8 (6 zb., 2 prz.), Wasyl 7 (1×3, 3 prz.), Medes 4, Pieniążek 2. Trener: Wojciech Bychawski.
CRACOVIA: Bryzek 19 (11 zb.), Nowacki 14 (6 zb.), Nowak 11 (1×3, 5 zb.), Załucki 11 (1×3, 4 as.), Pachołek 5 (11 zb., 4 prz.) oraz Karliński 2 (2 prz.), Salamon, Walczyk, Charef. Trener: Mateusz Bukała.

Pozostałe wyniki i tabelę II ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.