Mikrofon i helikopter

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 6 kwietnia 2001 roku

Zadzwonił do kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i zaapelował: „Powinniście udostępnić swój helikopter Adamowi Małyszowi, który jest bardzo zmęczony mistrzostwami świata w Lahti, żeby mógł przylecieć z Warszawy prosto do Wisły”. Jego życzeniu stało się zadość.

Całą niedzielę myślałem jak pomóc Małyszowi i wpadłem na pomysł, że Aleksander Kwaśniewski powinien podstawić na Okęcie Małyszowi helikopter prezydencki, który zawiezie Adama do Wisły – opowiada ze swadą Czesław Lasoń, mieszkaniec Wisły. – Przecież prezydent jest tak wielkim kibicem sportu; wiem, że dzwonił do Adama po każdym konkursie, więc na pewno mi tego nie odmówi. Nie mogłem sobie darować, że nikt się nie interesuje faktem, iż ten chłopak jest już tak przemęczony wszystkimi startami. O drugiej w nocy usnąłem wreszcie, ale przebudziłem się o siódmej i doszedłem do wniosku, że muszę zadzwonić do prezydenta, żeby dał helikopter.

Dzwonię na pocztę, na międzymiastową, i mówię, że chciałbym się połączyć z panem prezydentem Kwaśniewskim. Telefonistka odpowiada: „Proszę pana, ale to jest zastrzeżony numer”. „No to w takim razie z Kancelarią Prezydenta”. „Będziemy się starać połączyć”. I tak upłynęło dwadzieścia, trzydzieści minut, a ona mi dzwoni, że nie może się połączyć. Mówię: „No to niech mi pani da ten numer do Kancelarii”. Dała mi ten numer i zadzwoniłem sam. Dzwonię raz, drugi raz – Kancelaria się odzywa. Odezwała się kancelaria, więc mówię: „Mam taką sprawę do pana prezydenta. Jestem działaczem sportowym, AK-owcem. Chciałbym rozmawiać z panem prezydentem”. „No tak, ale to nie nasza sprawa, my się tym nie zajmujemy”. Podała mi inny numer telefonu, dzwonię na drugi numer, trzeci, czwarty. W końcu pani w piątym pokoju z kolei mówi: „Wie pan co, ja panu dam numer do pana Strużyny, on chyba powie panu coś konkretnego”. Dzwonię na ten numer i akurat był w pokoju pan Janusz Strużyna, dyrektor obsługi organizacyjnej. Zgłosił się, więc mówię do niego: „Mam taką i taką sprawę, chciałbym rozmawiać z panem prezydentem Kwaśniewskim”. On na to: „Prezydent Kwaśniewski przyjechał późno w nocy i jeszcze śpi”. Tłumaczę mu, że chodzi mi o helikopter dla Adama Małysza, świetnego zawodnika. „No tak, ale wie pan, może nie być helikoptera w Warszawie, bo mógł go zabrać marszałek Sejmu, pan Płażyński, mógł zabrać premier”.

Mówię: „Marszałek jest w Warszawie, to wiem na pewno” – nie wiedziałem, ale zawsze tak szybko myślę – „A pan premier jest w Finlandii i przyleci z Małyszem z Lahti”. „A skąd pan to wszystko wie? W porządku, dowiem się, czy helikopter jest do osiągnięcia. Jak pan tak przekonywująco do mnie mówi, to ja pozwolę sobie za dwadzieścia minut do pana przedzwonić”. „Dobrze czekam”. Za dwadzieścia minut telefon. Żona mnie za serce chwyta i mówi: „Ty chyba zawału dostaniesz”. A tu dzwoni pan Strużyna i mówi: „Panie Lasoń, sprawa załatwiona. Małysz przyleci do Wisły helikopterem prezydenckim. Pan Kwaśniewski się ucieszył, że ktoś tą sprawą się zainteresował i oddaje do dyspozycji helikopter. Kiedy Małysz przyleci z Helsinek, helikopter będzie na niego czekał, a ja zadzwonię do pana, gdy będą odlatywać do Wisły”. Mówię: „Wie pan co, panie Strużyna? Miałbym do pana taką prośbę, żeby helikopter wylądował niedaleko mojego domu, na stadionie Startu”. Odpowiada: „Nie ma żadnej sprawy, ja sam lądowałem na tym stadionie z prezydentem Wałęsą, kiedy papież był w moich rodzinnych stronach, w Skoczowie„.

Nikt nie jest prorokiem we własnym mieście

Jak mi to powiedział, zadzwoniłem do przewodniczącego Rady Miejskiej, który mieszka vis-a-vis mojego domu. – Mówię mu: „Jacek, jest taka i taka sprawa: Małysz przyleci do Wisły helikopterem prezydenckim”. „Panie Czesławie, śniło się panu coś? Przecież to jest nieprawdopodobne!”. „Jeśli nie chcesz mi wierzyć, to nie wierz, ale mam obowiązek cię o tym zawiadomić”. Dzwonię do komendantki policji w Wiśle: „Irko masz obsłużyć swoimi ludźmi ośrodek sportowy >Start<, bo po południu przyleci Małysz helikopterem”. „Tak, ja wiem, że ty zawsze jakieś kawały wynajdziesz”. Odpowiadam jej: „Przez tyle lat byliśmy razem w Radzie Narodowej” – bo ja w Radzie Narodowej długo byłem i ona też była w komisji handlu – „I wiesz chyba, że pożartować lubię, ale to jest prawda i powinnaś mi wierzyć. „Skoro tak mówisz, to ci wierzę”. Dzwonię do burmistrza: „Jasiu, słuchaj. Załatwiłem helikopter prezydencki dla Małysza. Przyleci po południu”. „Oj, Czesław. Wszystko możesz, ale takich głupot to ty nie gadaj”. Mówię: „Załatwiłem, chcesz to mi wierz. Z twoim ojcem tak dobrze żyłem i z tobą żyję, jak nie chcesz, to nie wierz”. „Skoro tak mówisz, to wierzę„.

– Chciał się upewnić i zadzwonił do Kancelarii Prezydenta, czy to jest fakt. Odparli mu, że dla pana Lasonia, helikopter będzie podstawiony na lotnisku w Warszawie. Dzwonię do klubu, ale tam mi powiedzieli, że prezes pojechał już do Krakowa samochodem po Małysza. Miałem numer jego telefonu komórkowego i dzwonię, a on już gdzieś w drodze był. Mówię: „Andrzej, zjedź sobie na bok, spokojnie, bo coś ci powiem”. „No ciekawe, co ty mi chcesz powiedzieć”. „Jedziesz do Krakowa?”. „Tak, jadę do Krakowa po Adama”. Mówię: „Zawracaj, niepotrzebnie jedziesz, bo tam go nie zastaniesz”. „Czyś ty zwariował?!”. „Andrzej, chyba mnie znasz od początku, jak tu jesteśmy, i ty, i ja” – bo ja w klubie pracowałem – „Jak uważasz, że to nieprawda, to jedź do Krakowa. Zobaczymy, kogo tam zastaniesz”. „Czesław! Na twoją odpowiedzialność wracam”. „Na czyją chcesz, to sobie wracaj”. Zadzwoniłem do ośrodka sportowego „Start”, dyrektora nie było, był zastępca. Mówię: „Niech pan słucha. Będzie u was lądował helikopter z Małyszem. Trzeba przygotować płytę”. A śniegu było wtedy jeszcze bardzo dużo w Wiśle. On mnie zna, więc powiedział: „Dobrze panie Lasoń, wierzę panu”. I tak się to wszystko zaczęło.

Dotrzymane słowo Małysza

Skończyło się natomiast tak, że Adam Małysz wylądował na płycie boiska ośrodka sportowego „Start” w Wiśle, a jednym z witających był Czesław Lasoń. – Cztery lata temu mieliśmy walne zebranie KS Wisła – kontynuuje swą opowieść. – W wolnej dyskusji mówię do Małysza: „Adaś, mam jedną prośbę do ciebie – żeby tobie woda sodowa nie uderzyła do głowy”. Odpowiedział: „Panie Lasoń, na pewno nie!”. Kiedy teraz wysiadł z helikoptera i ja do niego podszedłem powiedział do mnie: „Panie Lasoń, ja dotrzymuję słowa, jakie panu dałem„.
Wydaje mi się, że Adam fakt, że skakał tak dobrze po tej chorobie, jaką przebył na początku marca, może zawdzięczać prezydentowi, panu Strużynie i mnie. Normalnie musiałby lecieć samolotem do Krakowa. Trzeba by wcześniej czekać na lotnisku, później to przywitanie, bo kibiców podobno tam bardzo dużo było. Potem musiałby jechać samochodem do Wisły. Wszystko to zabrałoby parę godzin więcej, zanim dostałby antybiotyki.

Panu Czesławowi zawsze niedaleko było od słów do czynów. Równie blisko od myśli do słów. Już w konspiracji, w AK, nosił pseudonim „Szczery”. – Byłem w oddziale „Hardego” łącznikiem, między Zagłębiem, a partyzantami, a w moim domu, w Czeladzi, był punkt kontaktowy – wspomina. – Wielu ludzi, którzy przyjeżdżali do Czeladzi, gdy trzeba było przeprowadzić jakąś akcję, nocowało u mnie. W pewnym momencie byłem bliski zdemaskowania i musiałem pójść do lasu. „Hardy” przedstawił mnie oddziałowi. Dwieście trzydzieści osób stało szeregiem, a „Hardy” mówi: „Mamy nowego kolegę w naszej grupie. Jakie pseudo byście mu nadali?”. A wszyscy jednogłośnie krzyknęli: „Szczery!”. Bo ja taki z natury jestem. Co myślę, to mówię. Zawsze prawdę waliłem każdemu w twarz.

Najpierw byliśmy w olkuskim, a potem w myślenickim. Przeszliśmy z całym taborem w osiem dni. Z końmi, z rowerami, ze wszystkim. Nocami żeśmy szli i jakoś żeśmy dobrnęli. To był straszny wyczyn.  Dużo rzeczy zrobiłem, o których nawet dzisiaj nie mogę opowiadać. Żyją przecież rodziny ludzi, których zlikwidowałem, i one mogłyby mnie poszukać.
Brat był w Niemczech w niewoli. Pisał do mnie rozpaczliwe listy. Pojechałem do niego, wykradłem go stamtąd, przywiozłem do Czeladzi. Nie miał jednak papierów. Kiedy dostałem wezwanie do Arbeitsamtu, mówię mu: „Maniek, jedziesz do Gliwic, do roboty”. I tak było dwóch Czesławów Lasoniów w Gliwicach. Brat miał ausweiss fabryczny na moje nazwisko, a ja prywatny. Potem przywiozłem ze Schwarzwaldu szwagra, choć mało umiałem wtedy po niemiecku. Straszny ryzykant byłem.

Ożeniłem się 11 kwietnia 1945 roku, jak przyszedłem z partyzantki. A 5 maja, w dniu urodzin, zamknęli mnie do więzienia. Katowali mnie przez siedemnaście dni tak, że o świecie nie wiedziałem. Zadawali mi tylko jedno pytanie: „Kto mi wydał rozkaz zastrzelenia pewnego szpicla?”. Oczywiście nie przyznawałem się, więc mnie bili. Żona przyjechała przed budynek UB w Katowicach, stanąłem w oknie, kiwam, a ona mnie nie poznała, tak byłem spuchnięty. Zwolnili mnie po czterech miesiącach, ale byłem strasznie zmasakrowany. Potem zamykali mnie jeszcze przed każdymi wyborami.

Pierwszy mikrofon Ciszewskiego

Czesław Lasoń nie poddaje się upływowi czasu. W Wiśle, do której sprowadził się przed dwudziestu ośmiu laty, prowadzi z żoną sklep. Jeszcze niedawno był wiceprezesem ds. sportowych KS Wisła. W mieście wszyscy go znają i szanują. – Trzeba dobrze żyć, trzeba być aktywnym. Pod każdym względem… Nie trzeba darować nikomu – mówi znacząco, podnosząc palec do góry.- Jestem młody chłopak i wszystko wytrzymam. Po towar wszędzie jeżdżę. Potrafię siedemset kilometrów sam przejechać samochodem.

Po wojnie jedynym ujściem dla jego aktywności mógł być sport. Wraz z kolegami reaktywował klub, który pomagał zakładać w 1936 roku – Brynicę Czeladź. Potem stworzył w nim jedną z pierwszych w Polsce sekcji motorowych. – Przyjeżdżał na stadion z kolegą taki kulejący facet, nazywał się Jasiu Ciszewski – wspomina. – Był strasznym sympatykiem żużla. Polubiliśmy go i pozwalaliśmy mu przebywać w parkingu. Pchał z kolegą motocykle na start.
– Ojciec Jasia, Józef Ciszewski, był moim przyjacielem. Siedzimy kiedyś na obiedzie i on mówi do mnie: „Jasiu cię bardzo prosi, żebyś mu pozwolił być spikerem na zawodach żużlowych. Strasznie jest do tego zapalony„.

Jeździliśmy wtedy ze Świętochłowicami. Spikerem był mój szwagier cioteczny. Mówię do niego: „Józek oddaj mikrofon, bo chcę dać nowemu koledze, żeby relacjonował mecz.” „Co?! Takiemu…” – zaczął się brzydko wyrażać o Jasiu. Mówię: „Dasz i nie masz nic do gadania”. Pierwszy raz Jasio dostał wtedy mikrofon do ręki. Potem jeszcze był mecz reprezentacji Polski Południowej z Czechami na Polonii Bytom. Pierwszy mecz międzypaństwowy. Ze świetnym radiowcem Witoldem Dobrowolskim poszliśmy poprosić Władka Pietrzaka, prezesa Polskiego Związku Motorowego, żeby pozwolił Jasiowi te zawody komentować. Pozwolił i od tego czasu Jasio stał się sławnym komentatorem.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*