Mistrz i konie jego życia

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 19 sierpnia 1989 r. Autor: Marek Bartosik.*

Drobnica poszła na rzeź. Handżar padł w Monachium. Artemora uśpiono. Darlet jest spokojnym emerytem. Ma miejsce w stajni, jedzenia pod dostatkiem, swobodnie spaceruje po okolicy. Jan Kowalczyk skończył 48 lat. Trzydzieści pięć spędził na koniu. Zdążył w tym czasie połamać obie nogi, rękę, oba obojczyki, niemal wszystkie żebra. Nadal codziennie przychodzi o ósmej do stajni, by rozpocząć trening. I tęskni. Za jeszcze jednym koniem swojego życia. Takim jak on sam: drobnym, nerwowym, odważnym.
Bo z końmi po moskiewskiej olimpiadzie, na której zdobył złoty medal indywidualnie i srebrny drużynowo, to u niego podobnie jak z samochodami. Po swym życiowym sukcesie jeździł najpierw volvo, potem dużym fiatem, dalej wartburgiem, a teraz maluchem. Tym ostatnim jeździć można, tylko co to za jazda. Na koniach jakie ma do dyspozycji też można skakać. Pod warunkiem, że przeszkody nie są wyższe niż 140-150 centymetrów.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Na lewym przedramieniu ma wytatuowane daty: 1955-1960. Powyżej rozmazany nieco rysunek. – To symbole wiary, nadziei i miłości – mówi. To wszystko na pamiątkę okresu, w którym zdobywał już MP we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego, skakał na ME w Hanowerze i Londynie. Tatuaż powstał, gdy wydawało mu się, że związany z końmi fragment jego życiorysu definitywnie dobiegł końca. Tymczasem po krótkiej, kilkunastomiesięcznej przerwie, wypełnionej pracą w kopalni, wrócił na hipodrom. Do koni. Tych oryginalnie i ładnie nazywanych.
Ale wcześniej, jeszcze przed latami zakreślonymi tatuażem, dosiadał gniadych, karych, czyli bezimiennych właściwie. Wtedy też późniejszy mistrz olimpijski omal nie zasłużył na miano koniokrada.

Urodził się w Dragomyślu, w byłym powiecie cieszyńskim. Wielu sąsiadów dla uprawiania swych często trzydziestohektarowych gospodarstw trzymało po cztery, pięć koni. One były pierwszymi wierzchowcami Jana Kowalczyka. Podkradał się na pastwiska, wkładał koniowi między zęby kawałek powroza i galopował. Gdy rzecz się wydała, to za synowską fantazję płaciła matka, która jego przyjemność musiała odpracować podczas żniw, na polu prawowitego właściciela stada. Potem przeszedł na legalne sposoby dosiadania koni. Dogadywał się z gospodarzami. Dostawał od nich konie z poleceniem doprowadzenia nad odległą o kilka kilometrów Wisłę i umycia.
Ale w Dragomyślu było również stado ogierów. Tam w 1956 roku pierwszy raz wystartował w zawodach, a rok później wyjechał na kurs jeździecki do Sierakowa koło Poznania. Potem został w Wielkopolsce. Był zawodnikiem Cwału Poznań. Tam też zanotował pierwsze sukcesy. Te z lat 1955-1960. Startował, ale i pracował jako masztalerz. To bardzo już odległe czasy. Nie chce już wspominać konfliktów, które doprowadziły do odejścia z poznańskiego klubu. Musiały w każdym razie być gwałtowne skoro doprowadziły do pracy na przodkach kopalni „1 Maja” i „Jastrzębie”. Wydawało mu się wtedy, że górnikiem zostanie długo. Tymczasem po ośmiu miesiącach dostał powołanie do wojska, a po dalszych sześciu zainteresowała się nim Legia.

Tam trafił do twardej, przedwojennej szkoły rotmistrza Wiktora Olędzkiego. Treningi i praca przy koniach trwały od rana do wieczora. Wszystko musiało być zrobione bardzo starannie, rotmistrz nie tolerował żadnej niepunktualności. W ten sposób wrócił do kariery mierzonej kolejnymi tytułami mistrza kraju, dzielonej na okresy imionami koni.
Zdecydował się zostać po służbie zasadniczej w wojsku. Posiadane tylko podstawowe wykształcenie nie dawało co prawda nadziei na wysokie szarże, ale mógł ćwiczyć w dobrych warunkach. Obsługę koni zapewniali zawsze żołnierze. On miał tylko trenować.

Wyjazd do Meksyku w 1968 roku opłaciła mu angielska Polonia. Przed olimpiada startował z dobrymi wynikami w wielu imprezach międzynarodowych, był czwarty w mistrzostwach Europy. Wymieniano go więc wśród faworytów igrzysk. Nie wystartował jednak w konkursie indywidualnym. Dotąd zawsze mówił, że przyczyną była kontuzja Drobnicy. Był to jednak błąd w sztuce weterynaryjnej, który trzeba było nazwać kontuzją. Potem Drobnica przez rok odpoczywała w stadninie. Urodziła też klaczkę, następną ciążę poroniła. Któregoś dnia Kowalczyk wybrał się do tej stadniny. Trafił akurat na moment, kiedy Drobnicę wymęczoną flegmoną ładowano na samochód, który miał ją zawieźć do rzeźni. Jak wiele koni, czuła co ją czeka. Gdy wysunął do niej rękę z cukrem, omal mu jej nie odgryzła.

Handżar był ogierem pełnej krwi angielskiej. Na nim miał wystartować w igrzyskach w 1972 roku. Rano w dniu zawodów wyjeżdżał z wioski olimpijskiej. Już w autobusie przypomniał sobie, ze nie zabrał z pokoju siatki z rzeczami. Wrócił więc. Przemknęło mu przez głowę, że to może przynieść pecha. Gdy dojechali na hipodrom, usłyszał: „Handżar padł!”. Nie mógł w uwierzyć. To był znakomity, żywotny koń. Tyle że bardzo wrażliwy na zastrzyki. Bardzo go denerwowały. Tego ostatniego, z witaminami, nie zniósł. – Pękło mu serce. To było na cztery godziny przed zawodami. Nie, nie płakałem, jestem twardy, ale… – mówi Kowalczyk.
Wyjazdu do Montrealu był bardzo bliski. Miał jechać jako jedyny skoczek z ekipą WKKW. We krwi konia znaleziono jednak wirus. Po Europie konie mogły z nim podróżować, ale północnoamerykańskie przepisy sanitarne były na to zbyt surowe. Został więc w kraju.

Przygotowania do trzeciego startu olimpijskiego, w Moskwie, pamięta jako znakomicie zorganizowane. Pieniędzy na nie, rzecz jasna, nie żałowano. Skoczkowie przebywali na zgrupowaniu w Drzonkowie już od grudnia 1979 roku. Warunki były świetne. Żony zawodników mogły przyjechać tam do nich.
Już w Moskwie, podczas apelu w wiosce olimpijskiej, przed polską ekipą stanął Edward Gierek. Mówił między innymi o tym, że zdobywca złota może liczyć na poloneza, srebra na dużego fiata, a brązowy medalista na malucha. Tej obietnicy nie zrealizował, zaczęto go rozliczać z innych, znacznie ważniejszych. Władze sportowe natomiast obiecywały tysiąc dolarów nagrody za złoto.

Dzisiaj Jan Kowalczyk nie ma wątpliwości, że złoty medal spadł mu właściwie z nieba. Gdyby przyjechali do Moskwy wszyscy najlepsi z zachodu, to mógłby liczyć gdzieś na piąte, szóste miejsce. Jednak szansę, którą miał, wykorzystał wraz z Artemorem do końca. Pamięta, że do drugiego przejazdu ruszał będąc pewnym jakiegoś medalu. Pamięta też gwizdy niemal całego stadionu, jakie mu wtedy towarzyszyły.
Potem były piętnastokilogramowe torty z „Horteksu”, pięć tysięcy rubli i 370 tysięcy złotych zamiast tysiąca dolarów i poloneza, wczasy w Grecji z żoną, awans na chorążego. Na Artemorze jeszcze jeździł. Potem koń dostał zapalenia mózgu. Został uśpiony. Mistrz Kowalczyk nadal jednak próbuje skakać nad przeszkodami. Tyle że one coraz wyższe i trudniejsze do pokonania niż stacjonata czy triplebarre.

Od kilku lat nie może się doczekać na konia, który byłby choć zbliżony do Artemora. Jeśli nawet taki pojawi się w kraju, to jest praktycznie nie do kupienia. Także dla Legii. Stadniny znacznie bardziej zainteresowane są eksportem najlepszych rumaków, albo wolą je utrzymywać dla swoich zawodników. Są znacznie bardziej samodzielne, niż wtedy, kiedy Jan Kowalczyk osiągał największe sukcesy.
Kiedyś nie skorzystał z ofert, dzięki którym mógłby nie martwić się dzisiaj o konie. Odrzucił propozycję Niemca, właściciela 700 koni, u którego mógł liczyć na pięć tysięcy dolarów miesięcznie. Nie chciał też uczyć jazdy konnej dzieci pewnej hrabianki z Kassel. – Było mi tu dobrze – tłumaczy swoją bierność. Wojsko dawało mu stabilizację materialną, okraszaną czasami nagrodami walutowymi, zdobywanymi za granicą i dzielonymi z pozostałymi członkami ekipy i państwem.

Nadal można go zobaczyć na zawodach, kiedy przed wyruszeniem na parcours salutuje publiczności. Zawsze dokładnie ogolony, elegancki. Tylko wnikliwsi obserwatorzy zawodów mogą dostrzec, że mistrz jest czasem po jednym głębszym. Oni sam nie widzi w tym większego problemu: – Wszyscy w moim środowisku wiedzą, że Kowalczyk lubi wypić.
Zdaje sobie sprawę, że jako najlepszy polski skoczek korzysta w tej mierze ze sporej tolerancji, większej niż inni jeźdźcy.
Zaobserwował, że setka przed ważniejszym startem dobrze mu robi. Nie próbuje też do tego przyzwyczajenia dorabiać jakiegoś wygodnego alibi. A przecież mógłby je znaleźć łatwo. Z konia spada rocznie osiem do piętnastu razy. Stąd tez wszystkie złamania. Sporo trzeba odporności psychicznej, żeby znowu wskoczyć na siodło. Tu jednak nie każe szukać wyjaśnień. Ot, po prostu, kiedy zaczynał karierę, tradycją zawodów był solidnie zakrapiany bankiet. Zwyczajnie polubił to. Najważniejsze, że przez to nie zawodzi, zawsze dopilnuje, żeby koń dostał dokładnie to wszystko, czego potrzebuje. Dopiero wtedy jeździec sam kładzie się spać, nawet jeśli robi to tuz obok konia, na sianie.

Wierzy w siebie. – Jak będę miał konie, to jeszcze pokażę, ze jestem najlepszy.
Na kilka dni przed niedawnym wyjazdem do Bułgarii na Spartakiadę Armii Zaprzyjaźnionych po upadku odwiozła go do szpitala karetka reanimacyjna. Upadek wyglądał tak groźnie, że uzasadniało to jej wezwanie. Pojechał jednak do Sofii, wrócił z kilkoma medalami. – Gdyby nie on, to leżelibyśmy – kierownik sekcji jeździeckiej Legii jest o tym przekonany. Wygląda więc na to, że mistrz olimpijski ma rację. Gdyby miał tez konie? Ale w to już nie wierzy, z tą przeszkodą nie walczy.
MAREK BARTOSIK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.