Mistrz na rencie

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 8 marca 1990 r. Autor: Marek Bartosik.*

„Bo ja musiałem jeszcze te trzy minuty wytrzymać, bo to dla mnie było więcej niż złoty medal. To dla mnie było wszystko, całe życie. I dlatego pod koniec walki biłem prawą bez względu na ból. Trafiłem, obróciłem jednym z ciosów Tamulisa wokół osi, skręcił się pod tym sierpowym. Wygrałem pewnie, bo po raz trzeci zagrano Mazurka Dąbrowskiego w hali Korakuen, której to dziwnej nazwy też nie zapomnę”.

Tak o końcówce swej finałowej walki bokserskiego turnieju olimpijskiego w Tokio, z radzieckim pięściarzem Ricardasem Tamulisem, kiedy przez ponad dwie rundy bił się ze złamanym kciukiem, opowiada Marian Kasprzyk w książce Tadeusza Olszańskiego „Została legenda”.
Dzisiaj pięćdziesięcioletni Kasprzyk trzyma w dłoni ten z takim heroizmem zdobyty medal: – Mogę go sprzedać. Ciekawe, ile bym za niego mógł dostać?
Odpowiedzi nie ma. Jest za to pytanie: „Jak to?… Dlaczego?”.
Mistrz olimpijski w swym zamiarze nie dostrzega niczego nadzwyczajnego: – Przecież ja mam trzysta tysięcy złotych renty. Żona zarabia niewiele więcej, a potrzebna jest jej operacja. Nie mogę patrzeć jak cierpi.
Rencista Kasprzyk od pół roku ma dużo czasu. Przedpołudnia, kiedy żona pracuje, spędza w domu samotnie. Czasem ugotuje obiad, wypije kawę, zapali „klubowego”, obejrzy w telewizji film dla drugiej zmiany. Gazet sportowych tez już nie kupuje. Są za drogie. Lekarze radzili, aby dla utrzymania formy fizycznej trochę pobiegał. Nie robi tego. Zwyczajnie nie chce mu się, choć kręgosłup często przypomina o swym stanie.

Pięściarską karierę wspomina rzadko. Jeśli już, to przede wszystkim ten moment, kiedy z tokijskiej olimpiady wracał statkiem i jako złoty medalista mógł powiedzieć jednemu z tych dziennikarzy, którzy wypisywali na jego temat najróżniejsze rzeczy, że wreszcie udowodnił, co naprawdę jest wart.
Kiedy teraz próbuje podsumowywać karierę sportową i pozostałą część życia, bilans nie wypada mu zbyt dobrze. – Co mi ten sport dał? Tylko to, że nie załamuję się zbyt szybko.
Tej umiejętności nie eksploatował jednak zbyt energicznie. Bo przecież, gdy patrzy na te pięćdziesiąt lat, to wychodzi mu, że całą życiową zadziorność wypalił tam w ringu. No może jeszcze w towarzyszących jego karierze alkoholowo-restauracyjnych incydentach. Za nie był karany dyscyplinarnie, ponad osiem miesięcy spędził nawet w więzieniu.
– Dobrze było, tylko wolności brakowało – wspomina. Współwięźniowie żałowali go, a że siedział za pobicie milicjanta, to nawet cenili. Pracował w bibliotece i jakoś dotrwał do warunkowego zwolnienia, a potem wrócił na ring, także ten tokijski. Dotąd jednak ciągnie się za nim opinia zawadiaki. Do dziś odczuwa też potrzebę wyjaśnienia, że w opinii, która mu od tamtych czasów towarzyszy jest wiele przesady, plotek.
Jak choćby w tej sprawie, która zaprowadziła go za kratki. Nie było wtedy warunków, żeby wszystko wyjaśnić, udowodnić niewinność. – „Zrobili” mnie dla przykładu – mówi. Chodziło przecież o milicjanta.

Wiele razy wystarczyło, że zobaczono go w pobliżu miejsca, gdzie doszło do bójki, aby po Bielsku poszła fama: „Kasprzyk znowu kogoś pobił”. Do dziś nie może zrozumieć, dlaczego właśnie jego wiecznie podejrzewano o najróżniejsze sprawki: – Przecież inni sportowcy jeszcze bardziej grzali gorzałę. Ja byłem spokojny, tyle że nie pozwalałem sobie chodzić po głowie.
Karierę sportową kończył długo. Nie potrafił zrobić tego tak stanowczo, z dnia na dzień, jak Józef Grudzień czy Jerzy Kulej. Ulegał prośbom, by wytrzymał jeszcze do jednego turnieju, do jeszcze jednej walki. – Mam już dość boksu – mówił, ale jeszcze walczył. Wreszcie któryś z pojedynków był ostatni.
Z zawodu jest ślusarzem. Pracował kiedyś także na dole w kopalni. Nie wrócił jednak do tego fachu. Przez wiele lat był trenerem. Tu już nie doczekał się takich sukcesów, jakie sam wywalczył w ringu wbrew bólowi, atmosferze go otaczającej. Tu właśnie brakowało tej zadziorności. Niby udało mu się kiedyś wprowadzić Górnika Pszów do pierwszej ligi, ale jako osobiste osiągnięcie tego traktować nie chce: – Był dobry skład, to i był awans.
Opowiada, że wolał pozostawać w cieniu. Najbardziej odpowiadała mu rola drugiego trenera zespołu, z którym pracował. Bał się odpowiedzialności, nie musiał zawodnikom narzucać rygorów. Twierdzi, że chciał coś zrobić, ale zawsze jakiś prezes przeszkadzał, wtrącał się do składu, podgryzał.
Obserwował jak podopieczni różnią się od jego pokolenia pięściarzy: – My chcieliśmy boksować, a oni przychodzili na treningi, by jakoś odwalić te dwie godziny i dzięki temu nie pracować.
Tu zabrakło mu energii, może umiejętności. Pozostał przeciętnym trenerem. Pieniędzy też się nie dorobił. – Do tego trzeba mieć jaką specjalną smykałkę. Jemu jej zabrakło. W czasie, kiedy jeszcze boksował, pojawił się jakiś cień szansy przejścia na zawodowstwo. Nie skorzystał. Nie łowi ryb, nie zbiera znaczków. Jest rencistą.

Po sportowych, legendarnych sukcesach jego życie zszarzało. Ta barwa nawet mu specjalnie nie przeszkadza. Innym sukcesów nie zazdrości. Czasem jeszcze wpadnie do restauracji, ale tam teraz pustki. Nie to co dawniej, za jego czasów. Ponad rok temu odezwały się wyraźnie bóle kręgosłupa. Zdecydował się przejść na rentę. Wcześniej miał jeszcze jeden kontakt z organami ścigania. Tym razem nie chodziło o gastronomiczno-parkową awanturę. Zarzucano mu, że będąc zatrudnionym jako brygadzista w klubowej brygadzie BBTS pobierał pieniądze, a nie świadczył w zamian pracy. Sprawę w końcu umorzono. Marian Kasprzyk może prowadzić spokojne życie rencisty. Ugotować obiad, popatrzeć na film. Czasami popatrzeć na stojące obok, na meblościance, puchary, medale. To mu wystarcza.
A ze sprzedażą tego medalu to chyba żart. Może niedługo dostanie podwyżkę renty, a kolano żony chyba jednak da się zoperować w kraju. Najważniejsze, żeby ZUS przedłużył tę przyznaną tylko na rok rentę. Bo co zrobi jak nie przedłużą? W Bielsku boksu już nie ma, a w telewizji ciągle słyszy, że inne sekcje sypią się. Kto by wtedy przyjął do pracy mistrza olimpijskiego, którego cała życiowa zadziorność została tam, na ringu.
MAREK BARTOSIK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.

Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.