Mocna odpowiedzialność atakującego

„Krzysztof Ferek bohaterem. AZS Nysa zostaje w I lidze” – obwieszczał tytuł Nowej Trybuny Opolskiej przed dwoma laty.
– Ostatnie spotkanie rundy zasadniczej, z Fartem Kielce, o ósme miejsce. Przegrywaliśmy już 0:2, wszedłem chyba w drugim secie i zanotowałem mecz życia wspomina Krzysztof Ferek – bohater tamtej konfrontacji i tego wywiadu, atakujący Wandy Instal Kraków.
– Relacjonujący go Marcin Sabat napisał: „Kończył niemal każdy atak”.
– Później w barwach Wandy miałem podobny występ, z Gorzowem, kiedy zdobyłem 38 punktów. Tyle że ranga tamtego spotkania była większa – dzięki zwycięstwu nie musieliśmy już walczyć w play out.
– To mi coś przypomina. Niedługo nadejdą mecze o utrzymanie…


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Robimy wszystko, żeby pierwsza liga w Krakowie została. Nie wiadomo tylko z jakiej pozycji wystartujemy, bo jesteśmy na dwunastej, ale jest szansa na dziesiątą.
Realna?
– Lepiej zająć dziesiąte miejsce i grać pierwsze mecze u siebie. Wtedy dysponujemy choćby lepszym serwisem.
– To wiadomo, tylko czy da się to wykonać w ostatnich dwóch kolejkach? Musielibyście wygrać obydwa mecze za 3 punkty, a Joker Piła i GTPS Gorzów Wlkp. – tak samo obydwa przegrać.
– A kto w grudniu awansował w europejskich pucharach wygrywając w ostatnim meczu, dzięki jednoczesnej porażce innej drużyny w doliczonym czasie, Legia czy Wisła? Wszystko jest możliwe.
– Wisła. W takim razie pomówmy o tym co zależy od was.
– Gramy u siebie z Lubinem i Piłą na wyjeździe – dwoma zespołami, które pokonaliśmy w pierwszej rundzie. Jednocześnie Lubin jest jedynym, z którym zwyciężyliśmy na wyjeździe. Ale będzie bardzo trudno: mieli ostatnio świetną passę, wygrali kilka razy z rzędu, walczą ciągle o „ósemkę”.
– Czasu zostało mało, do końca marca będzie po wszystkim i albo się utrzymacie, albo zobaczycie w II lidze. Czuje pan ciarki? Ekscytacji albo strachu?
– Nie boję się. Chyba każdy zawodnik lubi grac pod presją. No… może nie każdy, ale przecież po to uprawia się siatkówkę, żeby w takich chwilach wyjść na parkiet, móc walczyć. Mamy doświadczony zespół, jesteśmy jednym ze starszych składów w I lidze. Chłopaki niejednokrotnie musieli bronić się przed spadkiem – ja też, choćby w Delic-Polu Częstochowa, w II lidze. Takie doświadczenia każdemu z nas się teraz przydadzą.
– Ale wasz skład nie jest to jednorodną grupą. Są starsi – żonaci, dzieciaci i młodsi – studenci, którzy żyją innymi sprawami. Dogadujecie się?
– Atmosfera jest super, co może nawet dziwnie wygląda, bo tu ostatnie miejsce w tabeli, a wesoło w szatni. Ale myślę, że to nasz atut i wiele innych drużyn może nam tego pozazdrościć.
– Mnóstwo setów przegraliście na przewagi.
– Końcówki, przede wszystkim końcówki – jak z Będzinem, kiedy prowadzimy 23:20 i przegrywamy 23:25, albo gdy prowadzimy przez całego seta, ale w końcówce rywale nas dochodzą. Przez własne błędy, przez niecierpliwość.
– To także i pański problem: albo jest pan bohaterem i kończy pan decydujące piłki, albo sety kończą się blokami na panu lub uderzeniami w aut.
– No tak, były i takie momenty.
– Jak to działa na psychikę?
– Na mnie – mobilizująco. Kiedy nie skończę piłki, zaraz proszę rozgrywającego, żeby wystawił mi drugą. Nie deprymuje mnie niepowodzenie.
– Lubi pan odpowiedzialność?
– Tak. Występy w Delic-Polu mnie tak ukształtowały, dały mi pewność siebie. Miałem dwadzieścia lat, ale byłem seniorem w zespole, byłem kapitanem i musiałem brać na siebie odpowiedzialność. Nie uciekam od tego, kiedy rozgrywający na mnie popatrzy, to zawsze mrugnę, żeby wystawił do mnie.
– Widziałem, że lubi pan filmy o superbohaterach – to mi się zgadza z taką postawą…
– Lubię też sensacyjne, thrillery. Dużo książek przeczytałem wojennych, opartych na faktach.
– To się wiąże z marzeniami?
– Czy ja wiem? Nie zawsze. Choć kiedy przeczytałem pierwszą książkę o Legii Cudzoziemskiej, to marzyłem, żeby przeżyć coś takiego; przejść te kilkadziesiąt kilometrów w górach, by dostać białą kepi. Ale sport był zawsze na pierwszym miejscu.
– Tyle że pańska rodzinna Krynica kojarzy się raczej z hokejem niż siatkówką.
– No, grało się hokeja, w szkółce hokejowej się nawet było (śmiech). Będąc chłopcem, przez trzy lata tam chodziłem na treningi, ale nie dali mi sprzętu hokejowego. Rozpłakałem się i powiedziałem, że nigdy więcej nie wrócę do hokeja. Siatkówką zająłem się przez brata, który zawiesił sznurek na naszej uliczce. Zaczęliśmy odbijać sobie piłkę podpatrując Ligę Światową, którą tata oglądał w telewizji. Niedługo na ulicy zbierało się tyle osób, że brakowało miejsca. Wynajmowaliśmy boisko, w zimie salę gimnastyczną. Wreszcie mama spytała, czy mi się to podoba, a kiedy odpowiedziałem, że bardzo – namówiła, żebym zaczął jeździć na treningi do Dunajca Nowy Sącz. A po pół roku w Sączu trafiłem na testy do Częstochowy.
– Chętnie pan się przeniósł?
– Delic-Pol to był drugi w Polsce ośrodek szkolenia siatkarzy, po SMS w Spale. Adam Kowalski, Janusz Sikorski, Stanisław Gościniak – świetni trenerzy. Sześć lat tam zostałem: trzy liceum i trzy kolejne w II lidze. Kuba Blachura grał wtedy ze mną, jesteśmy z jednego rocznika, razem kończyliśmy Norwida.
– Liczył pan na angaż w patronującym Delic-Polowi – AZS?
– Każdy chyba o tym marzył, zwłaszcza że zwykle był to klub chętnie stawiający na młodych. Kiedy jednak zacząłem wiek seniorski, Delic Pol odłączył się od AZS, współpraca się rozluźniła. Potem z Damianem Domonikiem grałem w Nysie, a po roku w Nysie przeniosłem się do Bielska.
– Ma pan duszę wędrowca, nie może pan usiedzieć w jednym miejscu?
– Nie, raczej nie. Przecież spędziłem sześć lat w Częstochowie i już się śmiali, że zostanę tam na zawsze. W przeprowadzce do Krakowa miały znaczenie kwestie sportowe, ale i życiowe; rodzina jest w Krynicy, mam bliżej do domu. No i studia. W Częstochowie zrobiłem licencjat. Tutaj pojawiła się propozycja klubu, połączona z możliwością dostania się na studia magisterskie. W Bielsku – na Akademii Techniczno-Humanistycznej – było z tym bardzo ciężko: treningi dwa razy dziennie i na dodatek szkoła na obrzeżach miasta. Musiałem szybko zrezygnować.
– Poszedł pan na zarządzanie jednostkami bezpieczeństwa na Krakowskiej Akademii.
– Fajny kierunek. Jak to niedawno jeden profesor u nas powiedział: „Euro zweryfikuje nas trochę w tej dziedzinie”.
– Ale pan raczej obejrzy mistrzostwa w telewizji?
– Jasne, jasne. Chodzi mi o to, że jest to kierunek przydatny – kształcący fachowców zarządzających ludźmi w sytuacjach zagrożenia, pod presją.
– Chciałby pan to robić?
– Jest to jakiś plan. Z drugiej strony, na Akademii Jana Długosza w Częstochowie dostałem się na zarządzanie trochę przypadkiem, bo chciałem iść na pedagogikę, na którą zabrakło mi punktów. Po pierwszym roku studia mnie może nie tyle zaciekawiły, co żal je było rzucać po zdaniu egzaminów, więc pociągnąłem do końca. Na KA drugim możliwym kierunkiem studiów magisterskich była gospodarka nieruchomościami. To już bliżej mi do bezpieczeństwa…
– Łącząc tematy studiów i siatkówki. Ponad połowa I-ligowej Wandy występuje też w rozgrywkach uczelnianych w barwach KA, macie duże ambicje w akademickich mistrzostwach Polski, tymczasem w ostatni wtorek przegraliście z drużyną przyszłych lekarzy z Collegium Medicum UJ. Nie do wiary.
– Pojechaliśmy tam po treningu, myśleliśmy że samo się wygra. Mam nadzieję, że to się już nie powtórzy. Rewanż jest u nas. A co do rozgrywek akademickich to nie są dla mnie nowością. Z Kubą Blachurą w barwach AJD zdobyliśmy złoty medal typów uczelni. Bartek Janeczek grał wtedy z nami, Andrzej Wrona. Zawsze to jakiś medal. Liczę że teraz też się uda, mierzymy w podium. Mam nadzieję, że uczelnia będzie miała z nas jakiś pożytek.
– Na zakończenie żartobliwie: w pańskich wpisach internetowych ciągle pojawia się „mocno” ewentualnie „moocno” lub „mooocno” – w odniesieniu do wszelkich możliwych sytuacji. Ulubiony przysłówek?
– (śmiech) Przywiozłem to z Krynicy. Pewien znajomy, który prowadził tam siłownię ciągle tego używał – „mocno ciężary podnosić”, „mocno robić to”, „mocno robić tamto”. Przyjęło się u chłopaków w Wandzie, którzy na przykład pokrzykują na mnie: „mocno, mocno, mocno do przodu”.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj