Moje życie

Po kolejnym zwycięstwie Everett High School z Lansing dziennikarz lokalnej gazety wszedł do szatni i oznajmił pierwszoklasiście, który właśnie zdobył 36 punktów, 18 zbiórek i 16 asyst: – Powinieneś mieć jakiś pseudonim. Myślałem o „Dr J” albo „Big”, ale one są już pozajmowane. A gdybym tak nazwał cię „Magic”?
Jak pan sobie życzy – odparł murzyński chłopiec, któremu mimo koszykarskich wyczynów brakowało jeszcze pewności siebie.
I Fred Stabley w każdej relacji publikowanej w miejsowym „State Journal” tytułował wyrośniętego piętnastoletniego rozgrywającego „Czarodziejem”. Bardzo religijna mama zawodnika uważała to określenie za bluźnierstwo, wszak jej dziecko talent otrzymało od Boga. Ojciec twierdził zaś, że to murowany sposób na rozczarowanie, gdyż nikt nie dorasta do takiego pseudonimu.
Przez następnych kilkanaście lat ich syn, Earvin Johnson olśniewał geniuszem jakby w darze wprost od Najwyższego, a cały świat nazywał go – Magic.

W książce „Moje życie” przedstawia historię daleką od stereotypów. Był jednym z siedmiorga, ale zadbanych dzieci, wychowujących się w spokojnej małomiasteczkowej okolicy. Uniknął wielkich napięć rasowych, choć jak twierdzi – w szkole średniej, w której wraz z kolegami był „czarnym kleksem na dużej białej plamie” – musiał nauczyć się rozumieć białych, co przydało mu się w przyszłości.
Na ogół jednak snuje ciekawe opowieści o Ameryce lat 70. i 80. oraz koszykarskich rozgrywkach wszystkich szczebli w ojczyźnie tej dyscypliny. Poprzetykane są humorem, jak ciasto bakaliami. Dwie pierwsze rodzynki z brzegu to anegdota o trenerze uniwersyteckim, który był tak niecierpliwy, że gdy na lotnisku walizki nie wyjechały po kilku minutach – zanurkował po taśmie do luku bagażowego, a pojawił się z powrotem wyprowadzony przez czterech policjantów, a także kpiny ze sknerstwa kolegi z drużyny, Kurta Rambisa, który zarabiając kilkaset tysięcy dolarów nigdy nie omieszkał wynieść z hotelu darmowych mydełek i szamponów, a kiedyś zwędził dywanik łazienkowy, bo miał na środku wielką literę „R”.

To przede wszystkim jednak książka o legendarnych koszykarzach i wielkich dniach NBA. Ta liga zawsze była najbardziej widowiskowymi rozgrywkami na świecie, lecz w ciągu kilkunastu sezonów, od pierwszej połowy lat 80. stała się chyba najwspanialszym koktajlem techniki i finezji, z coraz częściej pojawiającymi się dynamiką i siłą.
Właśnie wtedy masowo zaczęła pokazywać ją telewizja, a ulubionymi spektaklami widzów były konfrontacje Los Angeles Lakers z ich nieodłącznymi rywalami – Boston Celtics. W mieście-symbolu blichtru i udawania Lakers byli jak złoto najwyższej próby, łącząc wyniki – pięć mistrzostw NBA w latach 1980-88 – z niepowtarzalnym stylem gry: Showtime. – Kiedy zaczynaliśmy biegać, wzbudzaliśmy podniecenie, jakiego nie mógł ci dać żaden inny zespół – przekonuje Magic Johnson, nazywany „mistrzem ceremonii showtime’u”.

Jeden z najwyższych rozgrywających w dziejach, mierzący 206 cm, charakterystycznie, trochę niezdarnie kolebiący się podczas biegu i jakby opierający na piłce przy kozłowaniu. I nabierający niewiarygodnego przyspieszenia podczas kontrataku, morderczej precyzji zaś przy wejściach na kosz, rzutach hakiem z półdystansu bądź klasycznych – z 6-7-8 metrów.
Niezrównany wirtuoz asyst, który nie miał asortymentu podań, bo każde było inne, zaskakujące, niezwykłe. Piłka stanowiła niejako przedłużenie jego ciała i odczuwał fizyczny ból, kiedy nie trafiła w wybrane przez niego miejsce. – Minęło wiele lat, ale jeszcze teraz, kiedy zamknę oczy, widzę pod koszem nie pilnowanego Jamesa Worthy’ego – wspomina stratę w finale meczu decydującego o tytule w 1985 roku. Można mieć dowolnego idola w koszykarskim panteonie, z Michaelem Jordanem na czele, ale tak jak Magic nie grał nikt wcześniej i nikt już raczej nie zagra…

Biografia, która w różnych krajach ukazała się w końcu 1992 lub na początku 1993 roku, mogła być epitafium. Kilkanaście miesięcy wcześniej ogłosił, że jest nosicielem wirusa HIV i przerwał karierę. Dwa powroty w 1992 – na mecz All Stars i w Dream Teamie na igrzyskach olimpijskich – były bardzo udane, lecz okazały się tylko benefisami. W tamtych czasach wirus i powodowana przez niego w ciągu kilku lat śmiertelna choroba AIDS wywoływały paraliżujący lęk.
Johnson nie wiedział jak się zaraził, ale w książce dość obficie zwierza się z okoliczności, w jakich mógł to zrobić… To jednak czasy jeszcze przed wywalaniem wszelkich intymności na widok publiczny, czy przechowywaniem w lodówce, na potrzeby konferencji prasowych, ciuchów pokrytych śladami płynów ustrojowych. On opowiada z taktem, choć bez skrupułów obnaża obyczajowość sportu zawodowego, której jednym z symboli jest powiedzenie: „Najtrudniejszy element meczów wyjazdowych w NBA? Nie uśmiechać się, całując żonę na do widzenia„.

Zaliczył jeszcze kilka średnio udanych romansów z NBA i Lakersami – w roli trenera, zawodnika i współwłaściciela – lecz nie ma to większego znaczenia. W książce czytanej wtedy smucił nawet optymizm („Mam silny organizm, lekarze mówią, że mogę żyć i 10 lat„…). Kiedy czyta się ją dzisiaj, wiedząc, że Magic wygrał mecz z chorobą i pozostaje w świetnej formie, trudno nie ufać w potęgę happy endu.
PAWEŁ FLESZAR

Earvin Johnson, William Novak „Moje życie”. Wydawnictwo Atlantis, Warszawa 1993

Skomentuj