Myślący jeździec bez głowy

Tekst ukazał się w „Kolekcji Mundial 2006”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 16 maja 2006 r.

Uroczy i niezmordowany gadułą, o którym również opowiadać można by długo. A w skrócie? Jedyny Polak, który został królem strzelców piłkarskich mistrzostw świata, a na trzech kolejnych turniejach zdobył dziesięć goli. – Czasami obawiam się, że przez następne sto lat żaden polski napastnik nie powtórzy mojego osiągnięcia – mówi.

Na pytanie, która z jego bramek była najważniejsza, odpowiada żartobliwie: – Ta, którą nie ja zdobyłem. Trafienie na Wembley Janka Domarskiego.
Nie tylko według niego wyjazdowy remis z Anglią był pierwszym z wielkich dni polskiej piłki. Wprawdzie kilkanaście miesięcy wcześniej biało-czerwoni wywalczyli złoty medal olimpijski, ale dopiero dzięki awansowi na mistrzostwa świata zyskali międzynarodowe uznanie. – To była przepustka, a potem już poszło – ocenia.
Wciąż nowi ojcowie opowiadają synom o pamiętnej konfrontacji na Wembley, w kolebce futbolu. I chyba każdy dzieciak w Polsce widział akcję Laty, który nie podał do wychodzącego na doskonałą pozycję Roberta Gadochy, lecz przerzucił piłkę do Domarskiego. – Nie umiem odpowiedzieć, czy spostrzegłem, że Gadocha był na spalonym. Działałem intuicyjnie – odpowiadał zawsze.

Inny teledysk, ten sam temat. 1982 rok, mistrzostwa świata w Hiszpanii, spotkanie z Belgią. Rajd Laty (wówczas już prawego pomocnika) do linii końcowej i gdy wszyscy spodziewali się dośrodkowania – wycofanie piłki po ziemi na skraj pola karnego, skąd Zbigniew Boniek potężnym uderzeniem pod poprzeczkę zdobywa prowadzenie. – Dlaczego wybrałem takie rozwiązanie? Na boisku trzeba myśleć, a mnie tego nauczył trener Lemiszko w Mielcu, kiedy jeszcze byłem nastolatkiem – tłumaczy z lekkim zniecierpliwieniem piłkarz, którego złośliwcy ochrzcili początkowo „jeźdźcem bez głowy”.
Jak mało kto łączył szybkość i przebojowość z wytrzymałością, a instynkt strzelecki z inteligencją w wypracowywaniu pozycji partnerom. Zdobywając gola, który dał Polsce trzecie miejsce na świecie, uciekał Brazylijczykom od połowy boiska. – Gdy teraz na to patrzę, myślę: „To niemożliwe, żebym tak szybko biegał” – uśmiecha się.

Obrażony na kadrę

Trudno w to uwierzyć, ale jako junior nie był powoływany nawet do reprezentacji województwa. – Zdobywaliśmy brązowy medal mistrzostw Polski, dziesięciu ze Stali Mielec szło do kadry, mnie pomijali – wspomina. – Zazdrościłem kolegom, kiedy opowiadali, gdzie grali i kogo spotkali, ale przestałem sobie tym zawracać głowę, kiedy Kazimierz Górski wziął mnie do reprezentacji młodzieżowej.
Nie od początku otrzymał również etat w legendarnej „jedenastce Górskiego”. Selekcjoner nie zabrał go m.in. na tournee do Ameryki Północnej, latem 1973 roku. Reprezentacja wracając miała rozegrać jeszcze sparing z Bułgarią w Warnie, na który Lato został dowołany. „Nie chcieli mnie w Ameryce, więc mam to gdzieś, nie jadę” – odpalił obrażony 23-latek. – Dopiero prezes Stali, Edward Kazimierski przekonał mnie, że nie ma sensu się obrażać, bo to dla mnie ogromna szansa – wyjaśnia. Pojechał, strzelił Bułgarom dwa gole.

Kieliszek z kierunkowskazu

Poczucie humoru dorównuje niemal jego niegdysiejszej piłkarskiej klasie. Z wdziękiem potrafi żartować także z siebie. – Ze zdziwieniem przekonałem się, że jestem popularny w Meksyku. Widocznie tamtejsi kibice zapamiętali mnie ze względu na fryzurę – kpił kiedyś z łysiny, która pojawiła się bardzo wcześnie.
– Żona narzeka, że rano trudno mnie dobudzić, za to o drugiej w nocy zawsze zerwę się, żeby pojechać na ryby – nawiązuje do wędkarskiej pasji (jego rekordem jest 17-kilogramowy łosoś, złowiony w Kanadzie).

Mirosław Szymkowiak, podopieczny Laty w Olimpii Poznań, określa trenera jako niezwykle sympatycznego i dowcipnego człowieka. Wspomina pierwsze spotkanie, gdy Lato wszedł do szatni i zapowiedział: „W tej drużynie na pewno będzie wesoło”.
– Tworzył świetną atmosferę, która przekładała się na wyniki – twierdzi Mirek. – Organizował wypady za miasto na grilla, a podczas imprez snuł przezabawne opowieści. Jedną pamiętam do dziś – jego koledzy nie mieli z czego napić się wódeczki, więc wykręcili małe, szklane pomarańczowe klosze od kierunkowskazów z Trabanta, czy Wartburga i do tego polewali. A poza tym dysponuje chyba najsilniejszym uściskiem dłoni w polskiej piłce. Do dzisiaj szybko zdejmuję obrączkę z palca, zanim się z nim przywitam. Jeśli komuś w takiej chwili brakowało refleksu, to przez dwa tygodnie miał spuchniętą dłoń.

Nigdy nie mów nigdy

Nie bał się kontrowersyjnych stwierdzeń i drastycznych ocen. Ujawnił, że jeden z kolegów wziął od Argentyńczyków pieniądze, które miały motywować Polskę w walce przeciwko Włochom na MŚ’74, i nie podzielił się z pozostałymi.
„Mały, wielki człowiek” – scharakteryzował innym razem Jana Tomaszewskiego.
– Po co trener, skoro skład może ustalać Rada Drużyny? – parsknął kiedyś na Antoniego Piechniczka, kiedy ten usprawiedliwiał się, że piłkarze nie protestowali przeciwko trzymaniu Andrzeja Szarmacha na ławce podczas mistrzostw w Hiszpanii.
– Niech będzie najgorsza, ale zawsze prawda – wykłada swoje credo.

Dwukrotnie powiedział za dużo.
„Nie wyobrażam sobie, żebym mógł być trenerem” – stwierdził w 1984 roku. Po czterech latach prowadził zespół w Kanadzie, potem kilka klubów w Polsce. Wielkich sukcesów nie osiągnął, przez pewien czas poważnie niedomagał na zdrowiu. – Podejrzewano serce, ale okazało się, że to stres zakłócił działanie organizmu – opowiada. – Potem podchodziłem do tego zawodu spokojniej.
Z ambicji szkoleniowych wyleczył go ostatecznie ówczesny prezes Widzewa Łódź, Andrzej Pawelec, zwalniając po 40 dniach pracy. – Wziąłem zespół nieprzygotowany do sezonu, bo piłkarze nie chcieli trenować, póki nie podpiszą kontraktów – wyjaśnia. – Gdy próbowałem przeforsować swoje decyzje, biegli na skargę do prezesa. Niepoważny facet, zawsze stawał po ich stronie.
„Nie mógłbym siedzieć w ławach parlamentarnych i godzinami słuchać sprawozdań” – zastrzegł w 1994 roku. Siedem lat później został senatorem. Do powtórnego wyboru kilka miesięcy temu zabrakło mu 600 głosów. – Frajerze, nigdy nie mów nigdy – śmieje się dzisiaj. – Dlaczego wybrałem SLD, spadkobiercę PRL? Zgoda, tamte czasy były chore, parę razy sam tego doświadczyłem, ale nie wszystko było „be”. Początkowo sam głosowałem na prawicę, ale zniechęciłem się, gdy zobaczyłem, co wyprawiają.

Nie chodzimy za stodołę

Niektórzy z nostalgią wspominają, jak impulsywnie całował Szarmacha po zdobywanych przez niego bramkach. Mniej przychylne reakcje ta para wywołuje, zachęcając w tele-shopie do kupna kibicowskich gadżetów. – Słyszałem takie pretensje, ale przecież bardziej znani ode mnie ludzie występują w reklamówkach – zżyma się.

W 30-tysięcznym Mielcu piłkarze traktowani byli jak książęta. Czasami wyrażało się to wręcz anegdotycznie. Na tablicach rejestracyjnych samochodów mieli numery z koszulek (Lato – cztery „siódemki”). Finansująca klub Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego podstawiała samoloty profesorom warszawskiej AWF, żeby mogli przeegzaminować sławnych studentów w zamiejscowej filii w Mielcu. Przeciętni, obecni piłkarze uśmiechnęliby się jednak, patrząc na jego deklaracje majątkowe z Senatu: kilkadziesiąt tysięcy złotych, trochę dolarów, dom i mieszkanie w Mielcu, kilkuletni samochód.
Pewnie byłby zamożniejszy, gdyby w 1974 roku nie odrzucił propozycji pozostania w RFN i przyjęcia niemieckiego obywatelstwa. – Może nawet zrobiłbym karierę piłkarską na zachodzie, ale nie byłoby wtedy podziwianego Grzegorza Laty – tłumaczy. – Pyta pan, czy nie żałuję, że urodziłem się za wcześnie. A co mają powiedzieć nasi ojcowie i dziadkowie? Zawsze powtarzam: kiedyś chodziło się za potrzebą za stodołę, a w przyszłości pewnie obsłużą nas w tej sprawie roboty. Trzeba brać czasy takimi, jakimi są. Nie mogę żałować; miałem swoje pięć minut, zapisałem się jakoś w historii futbolu. I to pozostanie.
PAWEŁ FLESZAR

ODROBINA STATYSTYKI
Grzegorz Lato. Urodzony: 8 kwietnia 1953 roku.
Kariera klubowa: Stal Mielec (1962-80), KSC Lokeren (1980-82), CD Atlante Mexico City (1982-84), Polonia Hamilton (1984-91 – kanadyjska liga amatorska).
Kariera reprezentacyjna: 95 meczów/42 gole (104/45 – licząc mecze reprezentacji olimpijskiej, które wówczas były uznawane za oficjalne).
Sukcesy: 3. miejsce mistrzostw świata (1974 i 1982), 1. miejsce igrzysk olimpijskich (1972), 2. miejsce igrzysk olimpijskich (1976), 1. miejsce mistrzostw Polski (1973 i 1976).

Komentowanie zablokowane.