Na medal

Tekst ukazał się w „Tempie” z 22 grudnia 1987 r. Autor: Bogdan Wasztyl.*

Gdyby nie przypadek, jego życiorys byłby prosty jak drut i szary jak Dwory, dzielnica Oświęcimia przylegająca od wschodu do muru Zakładów Chemicznych. W Dworach śnieg jest czarny, trawa sucha, szara, ciężka od pyłu, a drzewa umierają stojąc. W takiej scenerii przyszedł na świat w 1951 r. Grzegorz Biela i zaczął wypełniać swój typowy nieodmienny życiorys. Typowy dla ludzi z Dworów, których przestrzeń życiową i horyzonty ogranicza z jednej strony Wisła, z drugiej zaś – ów, ciągnący się kilka kilometrów mur. Życiorys przytłoczony plątaniną rur i kominów. Szkoła, dom, szkoła, dom, a potem praca, dom, praca, dom i tak w koło. I jeszcze ten widok za oknem… Obraz życia ludzi zza muru…

Pamięta jakby zdarzyło się to wczoraj. Pewnego wieczoru przed dwudziestu prawie laty wracał zatłoczonym tramwajem od znajomych z Nowej Huty. Stał tuż przy drzwiach, które akurat nie domykały się. Nagle… Tramwaj najeżdżając na liczne rozjazdy gwałtownie szarpnął i przechylił się. Ręka ześlizgnęła się z uchwytu, a palce kurczowo zacisnęły powietrze. Wypadł…
Poczuł mocny ucisk w lewej nodze. Ogromny, ostry ból przeszył całe ciało. Wstał, próbując odejść. Upadł ponownie. Lewa noga nie stanowiła żadnego oparcia, kończyła się parę centymetrów nad kostką. Reszta pozostała w odciętym gumowcu.
Wypadki potoczyły się błyskawicznie: zbiegowisko gapiów, karetka na sygnale, szpital, winda, sala operacyjna, światło, ludzie o zamaskowanych twarzach, narkoza. Widział jeszcze przez mgłę, kiedy chirurg zakomenderował: – To co, bierzemy się do roboty!
Te słowa poraziły go; zerwał się krzycząc: – Do jakiej roboty?! Ja nie śpię, wszystko czuję!
Dostał podwójną dawkę. Zasnął. Cztery dni przeleżał w półśnie. Gdy się ocknął, był w szoku. Płakał, rzucał się, szalał. Gdyby mógł, skończyłby z życiem, które dopiero miało się dla niego zacząć, a które tymczasem rzuciło mu pod nogi kłodę – a właściwie jego nogę rzuciło pod tramwaj. Życie przestało mieć dla niego sens. Straciło wszelkie wartości.

Tyle jest cierpienia – dumał i skłaniał głowę pod ciężarem tragicznych myśli. W jego umyśle długo błąkały się samobójcze wizje. Przez dwa tygodnie leżał przywiązany do łóżka, a do ubikacji odprowadzali go sanitariusze, żeby sobie czegoś złego nie zrobił. I gdy wreszcie zawładnęła nim apatia, nastąpiły długie rozmowy z lekarzami, mówienie o tym, że jest szczęściarzem, bo ma cały staw kolanowy, że i bez nogi życie jest możliwe, że ma sens. Powoli zaczął przyzwyczajać się do kul i do myśli, że trzeba będzie wszystkie plany pozmieniać.
Rana goiła się opornie – utworzyło się „nieżywe ciało”. Przy każdej zmianie opatrunku bliski był omdlenia. Rozdrapywanie świeżych ran – fizycznych i psychicznych… Dopiero po trzech miesiącach wrócił do domu. Nie pokazywał się wśród ludzi, starych znajomych. Siedział przy oknie i tępy wzrok trzymał na sylwetce Zakładów. Rozumiał, wiedział, przywykł i tylko czasem przychodziła refleksja, że został pokrzywdzony przez los, że to nie on powinien znaleźć się pod kołami.

Dziś Biela żartuje, że przeżył koniec świata, a to nie każdemu dane. Tylko wybranym. Ale już poważnie. On, zupełnie zdrowy, dość sprawny, nagle z dnia na dzień okazał się kaleką. Miał siedemnaście lat i domyślał się, jakie perspektywy życiowe mają ludzie kalecy. Pisane mu było siedzieć w domu, wykonywać jakąś bzdurną pracę, nie mieć kolegów, towarzystwa, pieniędzy, być skazanym na łaskę rodziców, opiekunów, ludzi dobrej woli. Dla inwalidów niedostępne są kultura, rozrywka, turystyka, sport… Szczególnie w małych miasteczkach. Tylko nielicznym udaje się wybić, żyć jak „normalni”.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że jemu się uda. Potem dopiero okazało się, że te prawie dwadzieścia lat z kikutem to była ciągła walka o normalne życie, o prawo do takiego życia. Wyszedł z tej walki zwycięsko, bo zawsze starał się raczej przełamywać, a nie – załamywać. Wykorzystał swoją szansę. Życie trzymał za łeb.

Z początku wszystko zdawało się wskazywać, że losy inwalidy Grzegorza Bieli ułożą się typowo dla tej grupy ludzi, że nie zdoła on pokonać kompleksów, przełamać ciążącej innym inwalidom skłonności do zamykania się we własnym getcie wspólnych znajomych z przychodni rehabilitacyjnej. Bo trudno kalece pokonać mur schodów, ganków, wąskich drzwi, krawężników, mur, w którym społeczeństwo konsekwentnie odgradza się od kalek. Ale…
Wyszedł wreszcie na ulicę. Sporo go to nerwów kosztowało, bo wiedział, że każde nieszczęście bliźniego ma w sobie coś, co weseli cudze oczy – zawsze, u wszystkich. Wydawało mu się, że wszyscy patrzą tylko na niego, drażniły go litościwe, pełne współczucia i ciekawości spojrzenia. Pierwsze dni to przełamywanie barier. Tama puściła – kumple szybko przywykli do niego. Wszędzie więc z nimi kuśtykał – nad jezioro, na zabawy, na rozróby… Ktoś mu zaproponował, żeby spróbował powędkować. Nie namyślał się długo – kij od bata, kawałek żyłki, spławik. Wędka prima.
Porwało go. Odtąd chwile wolne od pracy w Spółdzielni Inwalidów „Simech” spędzał nad wodą. Miał nawet swoje miejsce nad sztucznym zbiornikiem na Krutkach. Nie przeszkadzało mu, że teren był ogrodzony i obstawiony tabliczkami: „Wstęp wzbroniony”. „Normalni” mogli łamać zakazy, to i on też. A co?

Aż pewnego upalnego dnia, gdy siedział nad wodą, zdarzył się cud. Mocne szarpnięcie, kołowrotek szaleje, żyłka się zrywa. Pławik tańczy gdzieś w szuwarach. Cholera – pomyślał wtedy – szkoda żyłki i tego, co tam na haczyku. Obchodzi z jednej strony – nie sięgnie, z drugiej – tez nie da rady, trzeba by wejść do wody. Wewnętrzna walka, burza mózgu: wejść, nie wejść. Żyłki szkoda, ale jak bez nogi do jeziora? Spróbował. Nie zapomniał jak utrzymywać się na wodzie. Pływanie sprawiło mu nawet przyjemność. Dopadł pławika – na haczyku 70-centymetrowy węgorz. To było jego pierwsze zwycięstwo.
– Nic nie znaczące gesty, drugorzędne zdarzenia odgrywają w życiu ogromną rolę – kontynuuje Biela swą opowieść. – Ta historia bardzo mnie podbudowała. Wcześniej myślałem, że wszelkie rozrywki, przyjemności są dla mnie niedostępne, a nagle okazało się, że nie. W wodzie czuję się nie gorzej niż dawniej, a o wiele lepiej niż na brzegu. W wodzie obywam się bez kul i nie czuję się wyobcowany, ponieważ moje kalectwo nie rzuca się w oczy.
To był punkt zwrotny. Przełamałem się psychicznie. Nie byłem już takim biednym kaleką. Właściwie od tego wszystkiego się zaczęło. Bo zaczyna się zwykle od jednej rzeczy – jeżeli jest mi dostępne to, to pewnie też i tamto. Tak człowiek myśli i tak od owego zdarzenia ja myślałem. Starałem się być takim jak przed wypadkiem i takim powoli się stawałem.

Kiedy w Oświęcimiu oddano do użytku krytą pływalnię, Biela nie miał już wolnego czasu. Właściwie to miał, ale spędzał go na basenie. Przesiadywał tam po parę godzin dziennie, to pływając, to przyglądając się treningom pływaków miejscowej Unii. Aż zwrócił na niego uwagę Kazimierz Woźnicki, późniejszy trener kadry narodowej, współtwórca sukcesów Grażyny Dziedzic i Anety Chmelik, który dostrzegł u Bieli jakąś iskrę Bożą, wytrwałość i radość pływania i wpadł na szczęśliwy pomysł, że można to jakoś wykorzystać. Zaproponował więc inwalidzie treningi z sekcją pływacką. Grzegorz nie zastanawiał się długo, z radością dał się wprząc w kierat treningowy.
Początki nie były proste. Biela trenował ze szkółką pływacką, a Woźnicki nie przebierał w słowach, nie bawił się w subtelności. Inwalida nie raz bliski był płaczu, gdy trener w obecności 12-letnich chłopców wymyślał mu od ostatnich za to, że nie daje z siebie wszystkiego, że źle pracują ręce, nogi, że inaczej ustawia głowę. Lecz on tylko zaciskał pięści, zgrzytał zębami i dalej pracował. Nie przyszło mu do głowy, żeby skończyć ze sportem.
Wkładał w tę pracę przeogromny wysiłek i całe serce. Przez wiele lat po dwa treningi dziennie – wciąż praca nad techniką, siłą, wytrzymałością. Setki przepływanych kilometrów, wiecznie od ściany do ściany. Aż do zawrotu głowy. Wciąż to samo: prosta, nawrót, prosta, nawrót, prosta, nawrót, szybciej – prosta, nawrót, jeszcze – pro…, naw…, pro…, naw…, pro…

– Pewno bym odmówił, ale Woźnicki miał takie swoiste, niesamowite podejście – mówił do mnie, do kaleki tak, jak gdybym był zdrowym zupełnie człowiekiem. Nie silił się na miłe gesty, wdzięczny ton, lecz walił tym swoim szorstkim, nieco chrypiącym od ciągłego wydzierania się na swoich podopiecznych głosem, poklepując mnie po ramieniu. Wiedziałem, że u niego trzeba ciężko pracować, harować do ostatniego tchu, ale zgodziłem się, bo Kazek był pierwszym człowiekiem, który potraktował mnie bez taryfy ulgowej. Była to męska, konkretna umowa.
– Przez 7 lat nie istniało dla mnie nic poza słupkami, płytkami, wodą – jak nie trening, to zawody. Nieraz byłem na trenera wściekły, chciałem prosić o jakieś ulgi, ale wiedziałem, że jest nieustępliwy. Zaciskałem więc zęby, żeby go przypadkiem nie skląć i tyrałem jak wściekły pies. Jednak on wiedział, co robi. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Przyczynił się do wszystkich moich sukcesów – sportowych i pozasportowych. Jego twarda szkoła przydała mi się w życiu. Jeśli dziś nigdy nie mówię: niepełnosprawny, tylko: kaleka – to właśnie dzięki niemu. Ten człowiek zamiast współczuć wolał ochrzaniać, zamiast roztkliwiać się nad moją ciężką dolą, wolał wyjaśniać tajniki „żabki”.

Woźnicki miał dobre oko. W parę miesięcy później, na Mistrzostwach Polski Inwalidów w Lublinie, Biela w imponującym stylu wygrywa zawody. Zdobywa 5 złotych medali. Szaleje z radości.
Następne sukcesy poprzedza jednak jeszcze jeden osobisty dramat – pierwsza proteza. Po trzech latach miał się pozbyć wreszcie atrybutu, który demaskował jego kalectwo. Z Krakowa wrócił z wykrzywioną z bólu twarzą i łzami w oczach. Spodnie do połowy uda lepkie od krwi. Źle dopasowana proteza na powrót otworzyła ranę. Płakał z rozpaczy… Protezę wrzucił pod łóżko i dalej chodził o kulach. Po dwóch tygodniach postanowił przemóc ból i niechęć, jeszcze raz spróbować przyzwyczajać kikut. 5, 10 minut, pół godziny, parę godzin… Udało się.
W 1974 r. został powołany do kadry narodowej do grupy „amputantów ze stawem kolanowym” i reprezentował Polskę na Mistrzostwach Świata Inwalidów w Wielkiej Brytanii. Pierwsze poważne zawody i 5 medali: 3 złote i 2 srebrne.

Następne lata to właściwie nieprzerwany ciąg sukcesów. Trudno wszystko zliczyć, poprzestańmy więc na paru znamiennych faktach… Rok ’76. Mistrzostwa Polski w Bydgoszczy. Udział w tej imprezie gwarantuje mu wyjazd na olimpiadę do Toronto. Przed startem ma 39 stopni gorączki na skutek zapalenia okostnej w kikucie. Znów walka z bólem i sobą. Nie przyznaje się trenerowi, bo ten byłby go wycofał z zawodów. Koledzy podprowadzają go na słupek, w wodzie jest trochę lepiej. Z trudem kończy dystans, ale jest pierwszy. Komplikacje zdrowotne nadal go prześladują – już w Kanadzie lekarz nie chce wydać zgody na start. Startuje więc na własną prośbę i odpowiedzialność. Plon – 4 złote medale i 1 srebrny.
W ’80 jako jedyny Europejczyk zostaje zaproszony do udziału w Igrzyskach Inwalidzkich Krajów Azjatyckich. Jako gość startuje tylko na jednym dystansie: 50 m stylem dowolnym. Rewelacyjny wynik (29 sek.) zadziwia wszystkich. Japończycy łapią się za głowy – to niemożliwe – sprawdzają urządzenia mierzące czas. Wszystko w porządku. Gospodarze proszą więc o jeszcze jeden start poza konkursem, aby to sfilmować do celów szkoleniowych.
Na olimpiadzie w Nowym Jorku przeżył gorycz porażki. Przetrenowany i psychicznie przepalony zdobywa tylko jeden srebrny medal, zamiast czterech krążków różnych kolorów. Niektórzy kładą już na nim krzyżyk… 1985 r. – Szwecja: znów złoty medal w mistrzostwach Europy.
15 lat startów i grupo ponad 100 medali. Od 1974 r. jest nieprzerwanie mistrzem kraju na pięciu dystansach, na jakich startuje. W imprezach międzynarodowych najwyższej rangi wywalczył ponad 40 medali.

– Żałosne jest to jak w Polsce traktuje się ludzi kalekich. Nie w tym rzecz, żeby nas zamknąć w domach, otulić kocami, nakarmić. My od lat domagamy się normalnego traktowania, a tymczasem wstyd, zażenowanie i litość to jedyne reakcje, jakich możemy spodziewać się po zdrowych. Zupełnie inaczej jest na Zachodzie. Tam kalekom przyznaje się prawo do radości, tam nad nimi się nie rozczulają, ale zapewniają optymalne warunki do pracy nad sobą.
– Nawet my, reprezentanci kraju, nie możemy doprosić się, by rozmawiano z nami jak z ludźmi. GKKFiT utrzymuje, że sport inwalidzki jest tylko formą rehabilitacji, a nie wyczynem. Tak jest wygodniej, bo rehabilitacja prawie nic nie kosztuje o do niczego nie zobowiązuje. Ale my mamy takie obciążenia treningowe jak zdrowi, tylko warunki życia i treningu gorsze, nie mówiąc już o pieniądzach. Jeżeli zbliżają się ważne zawody, mówią: jesteście polskimi sportowcami, więc reprezentujcie godnie nasz kraj, a gdy trzeba coś załatwić: nie można, jesteście tylko rehabilitantami. Robią z nas ludzi drugiego gatunku…

Mistrz powraca jeszcze do wspomnień. Dawniej dokładali tym z Zachodu pół długości basenu. Bo tam była prawdziwa rehabilitacja. Posiedział taki w saunie, wlazł na chwilę do wody i jechał na zawody. Pytali więc naszych, co robią, że mają takie świetne wyniki. Odpowiadali zgodnie z prawdą GKKFiT-u: rehabilitacja. Przyjechali tamci do Polski, zobaczyli, za głowy się połapali i zapewnili, że tez będą się rehabilitować. I tam teraz prawie zawodowstwo – ogromne nakłady, nowe obiekty, metody, specjalizacja, wielki show. Za wyniki się płaci, zawody transmituje telewizja, trybuny pełne. Prawdziwy sport…
Sielanka, przyjacielska atmosfera znikają z chwilą, gdy staje się na starcie. Nie jest to złe – to zwykła rzeczy kolej. Atmosfera normalnych zawodów sportowych. I do tego dążą kalecy. Jeszcze przed paroma laty byliśmy potęgą w sporcie inwalidzkim, jeżeli jednak GKKFiT nie zmieni swojej polityki, to już niedługo polski sport inwalidzki zniknie ze światowych aren…
Biela znany jest w świecie. Jego występy transmitowała telewizja, udzielał setek wywiadów, pełne trybuny skandowały jego nazwisko. A u nas? Kolumny sportowe gazet drobną czcionką nieśmiało szeptały: – Kto pokona Bielę? – Złoty Biela! – Rekord świata G. Bieli… Niewielkie notatki ginęły w natłoku sprawozdań ligowych, relacji z meczów okręgówki.
Nie doceniamy medali zdobytych dla Polski przez inwalidę, wstydzimy się ich. Żałujemy pieniędzy na organizację sportu i wypoczynku ludzi kalekich, spychając ich tym samy na margines życia społecznego. Skutki tego są opłakane – większość ludzi boleśnie doświadczonych przez los skazana jest na samotność, nudę, poczucie nieprzydatności, wegetację. Poddają się bez walki, zamykają w szczelnym kręgu kalectwa…

Biela nie interesuje się polityką. Jak większość sportowców nie ma na to czasu. Nie jest dla niego ważne, że startuje z Amerykaninem, którego kraj popiera nikaraguańskich contras, lecz to, jakie ten facet osiąga wyniki na jego dystansie. Uważa, że sportowcy nie powinni ponosić odpowiedzialności za politykę, ponieważ nią nie kierują. Dlatego też jednakowo potępia bojkot obu olimpiad i oburza się, gdy polityka ingeruje w sportową rywalizację.
Na szczęście w jego karierę polityka wmieszała się tylko dwa razy. Na igrzyska do Toronto przybyła także ekipa z RPA, więc niektóre z krajów socjalistycznych wycofały się od razu. Polska jakoś nie, ale Biela pamięta nerwową atmosferę i oczekiwanie na decyzję ambasadora z odpowiednią decyzją. Startował w pierwszych dniach i zdobył swoje medale, ale koledzy…
Do dziś widzi twarze tych, którzy nie zdążyli. Wielu płakało, rozpaczało, niektórzy prosili, by dał im chociaż ponosić swoje medale. Poszły na marne żmudne, ciężkie, wielomiesięczne przygotowania. Jedna decyzja pozostawiła głęboką rysę na psychice tych ludzi.

A Biela walczył dalej. Nie wystarczały już zwycięstwa nad podobnymi do niego zawodnikami. Ciągle mu czegoś brakowało, wciąż chciał więcej. Postanowił pływać długie dystanse i zmierzyć siły ze zdrowymi. Znów tylko parę faktów…
1975 r. – 1. miejsce w mistrzostwach okręgu na dystansie 1500 m oraz 2. lokata w maratonie pływackim na Jeziorze Żywieckim. Organizatorzy nie ustrzegli się głupich min – ze zdziwienia otwierali usta.
1976 r. – maraton morski Chałupy – Puck, na dystansie 17 km. Porażka. Nikt mu wówczas nie doradził, czym się nasmarować, żeby szybko nie wychłodzić organizmu i jak się w wodzie odżywiać. Z początku ramiona równo pruły wodę, na 5 km przed metą był czwarty. Niestety, zziębnięty musiał się wycofać.
1977 r. – wygrywa Błękitną Wstęgę Jeziora Żywieckiego oraz trzykrotnie z rzędu w latach 1977-79 maratony pływackie Polski Południowej rozgrywane w Rożnowie.
1978 r. – maraton morski Hel – Westerplatte. Drugie miejsce w bardzo mocnej międzynarodowej obsadzie. Przegrywa nieznacznie z Bogusławem Lizakiem.
1980 r. – miał być światowy sukces, a pozostała „biała plama”…
1981 r. – w Mistrzostwach Polski Ratowników Wodnych nikt z obecnych nie daje mu najmniejszych szans, bo ratowanie to jednak coś zupełnie innego niż pływanie. Jednak sensacja – w przekroju wszystkich konkurencji Biela jest najlepszy. Znów mur. Ktoś składa protest: Biela nie może być uznany mistrzem ratowników, ponieważ… formalnie nie jest ratownikiem. Pływak stara się więc o uzyskanie patentu ratownika, ale „twarze bez wyrazu”, zasłaniając się wyraźnie sformułowanymi przepisami, odsyłają go od jednych drzwi do drugich. I on chodzi, stuka, kłania się, przedstawia… Wreszcie znękana centrala WOPR w drodze wyjątku wydaje mu książeczkę i uprawnienia ratownika wodnego. Już jako ratownik wygrywa dwukrotnie następne mistrzostwa.

Trener Woźnicki o Grzegorzu Bieli: – Człowiek żywioł, wulkan, eksplodujący nadmiarem energii. Nie potrzebował straży stopera, gwizdka. Sam narzucał sobie najostrzejszy reżim treningowy.
Grzegorz Biela o niespełnionym marzeniu: – Na rok ’80 zaplanowałem przepłynięcie kanału La Manche. Wszystko już było gotowe. Brakowało jedynie pieniędzy – paru tysięcy funtów. Do wyłożenia pieniędzy nikt się specjalnie nie palił, ani w centrali, ani w okolicy. Wiadomo – kryzys. Poradzono mi, bym napisał do Józefa Grudnia: on zaakceptuje i pieniądze się znajdą. Przyszła fala strajków i wiadomo, co się z Grudniem stało. Potem zaś między innymi kampania przeciw sportowcom, likwidowanie sekcji, itp. I na mnie zrobiono nagonkę – chciano bym zaprzestał treningów i wziął się wreszcie do jakiejś roboty, zamykano przede mną basen. Byłem rozgoryczony, rozbity… Gdyby się udało, byłbym pierwszym kaleką na świecie, który przepłynął La Manche… Nie myślę już o tym. Chciałem być pierwszy…

Biela twierdzi, że nie jest stworzony do zagłębiania się we własne wnętrze, subtelnej analizy przeżyć, rozmywania się, teoretyzowania. Dla niego liczą się fakty i działania. Mówi o sobie bez fałszywej skromności, z pełną świadomością własnych osiągnięć, swojej wartości. Jest człowiekiem czynu, sukcesu. Ale sukcesu okupionego wielką pracą. Lubi dobre samochody, szybką jazdę, pieniądze, wygodę… Kto tego nie lubi? Ale on lubi też życie w ogóle, za to, że udało mu się je normalnie ułożyć.
Nowa proteza pasuje jak ulał. Nauczył się chodzić tylko nieznacznie utykając, tak że głupio mu korzystać z prawa zakupu poza kolejnością. Woli postać w kolejce, niż tłumaczyć się obcym ze swego kalectwa. Praca instruktora i zawodnika w Zrzeszeniu „Start” satysfakcjonuje. Czego jeszcze chcieć? Ma to czego pragnął – żonę, dzieci, zjeżdżony kawał świata, wielu znajomych, popularność w pewnych kręgach, powodzenie materialne. Normalne życie, tyle że bez nogi.

Teraz już sportowi wszystkiego poświęcać nie może, bo i lata nie te, i zdrowie, i obowiązki rodzinne. Zmęczony jest trochę tymi treningami, zgrupowaniami, zawodami, wyjazdami… Chciałby jeszcze pojechać do Seulu, na swa czwartą olimpiadę, zdobyć tam jakiś krążek i zakończyć karierę. Ma jeszcze jedno marzenie – żeby w Polsce ktoś zainteresował się tymi tysiącami inwalidów, którzy siedzą w domach skazani na samotność, bez pomysłu na życie.
Pierwsze marzenie Grzegorza Bieli chyba się spełni. Nadal nie ma w kraju równego sobie, co udowodnił przywożąc z tegorocznych mistrzostw Polski tradycyjnie 5 złotych medali. Co do drugiego marzenia – nie wiadomo…
BOGDAN WASZTYL

* Bogdan Wasztyl był reporterem „Tempa” i – w latach 1990-2006 – „Dziennika Polskiego”, redaktorem naczelnym miesięcznika „Dialog – Pheniben” i dyrektorem krakowskiego oddziału TVP. Jest współautorem, redaktorem, wydawcą książek, współautorem filmu dokumentalnego, autorem kilku projektów multimedialnych poświęconych obozowi w Auschwitz. Zdobył wiele prestiżowych nagród, przede wszystkim trzykrotnie – „Polskiego Pulitzera”. Tekst „Na medal” zwyciężył w Konkursie im. Jana Rottera.

To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.