Na piwie trochę z boku

Dzisiejszych koszykarzy Wisły Kraków od sławnych „Wawelskich Smoków” dzieli sporo. Zwłaszcza w sferze poziomu gry. Ale dawni znakomici zawodnicy też mogliby wziąć lekcję u obecnych. Lekcję z samej esencji sportu.

Jest nią wszak czysta rywalizacja i dążenie do zwycięstwa, w oderwaniu od aspektu materialnego. Wypisz, wymaluj – sytuacja zespołu z Reymonta, o którym nie da się nawet powiedzieć, że ma zagwarantowane minimum socjalne. Podczas niedawnego wyjazdu na mecz do Piaseczna, zawodnicy sami płacili sobie za nieodzowny posiłek. – Mamy w tej chwili chyba niewiele ponad trzydzieści tysięcy budżetu; na to już nie starcza – opowiada Grzegorz Radwan, który od niedawna jest trenerem drugoligowej drużyny. – Kiedy zaczynaliśmy zajęcia, miało być inaczej; mówiło się o funduszach podobnych jak w ubiegłym sezonie, stypendiach. Potem okazało się, że tych środków nie będzie. Właściwie to tylko na osobista prośbę prezesa Miętty ćwiczyliśmy dalej.
Radwan twierdzi, że start w lidze uratowali prezes TS Wisła, Ludwik Miętta-Mikołajewicz i wiceprezes Robert Szymański. Pierwszy znalazł sponsora, drugi przekazał pewne środki z własnej firmy „Klimatech”. Ponadto biuro turystyczne „Skarpa” udostępnia darmowo busa na wyjazdy (bez kosztów paliwa).

W załatwianiu przedsezonowych spraw organizacyjnych bardzo pomogła im Anna Kaim, menedżer z działu marketingu Wisły Can-Pack. Na co dzień zajmuje się nimi natomiast Szymon Czepiec, z powodzeniem występujący na parkiecie (o czym można przeczytać choćby TUTAJ), a poza nim wcielający się w rolę kierownika drużyny. – Bez Ani byśmy nie ruszyli, „Simon” tez nagle musiał się odnaleźć w konfrontacji z innymi wymaganiami, założyć sobie specjalny notes. Ale nieźle to ogarnia – na poły żartobliwie opisuje Radwan.
Zaraz poważnieje: – Mamy deklarację, że w sekcji koszykówki męskiej pojawią się kierownik, menedżer. Mam nadzieję, że tak się stanie i coś zacznie się dziać. Nie chcę za bardzo narzekać, ale musi się coś zmienić, bo nie wiem, czy w takich warunkach, bez pieniędzy, damy radę pociągnąć do końca rozgrywek. Proszę pomyśleć: tamta niedziela, kiedy jechaliśmy do Piaseczna, była piękna; każdy z chłopaków mógł pójść na spacer z dziewczyną, czy na wiele innych sposobów miło spędzić czas. Tymczasem oni wybrali się na mecz i jeszcze do tego dołożyli z własnej kieszeni

Grzegorz zaczynał grać w kosza w Skawie Wadowice, od 1998 roku objechał całą Polskę, występując w ekstraklasie i I lidze („Od dziecka marzyłem, żeby załapać się do kadry narodowej i to mi się spełniło, choć w niedużym wymiarze„). Teraz, w wieku 32 lat, skończył karierę. – Zespół jest dobry i poradzi sobie beze mnie. Mam kartę zdrowia i licencję zawodniczą, ale raczej z nich nie skorzystam – zastrzega. – Trochę boję się o kolana, poza tym z ławki lepiej widać boisko. Ale nie jest łatwo. Łatwiej było grać.
Pomagają mu Kacper Lachowicz (Grzesiek: „Fajnie się uzupełniamy, to świetny motywator, jest zresztą trenerem personalnym„) – który jest również asystentem Marcina Gortata na jego polskich campach – oraz Marcin Kękuś. De facto członkiem sztabu szkoleniowego jest bardzo doświadczony rzucający obrońca, Jacek Sulowski. – Jest starszy ode mnie, a zasuwa jak młody – charakteryzuje Radwan. – Mimo że ma dużo więcej meczów w ekstraklasie, to kiedy mówię, on słucha. A kiedy on mówi – ja słucham.

Razem z dwa lata młodszą siostrą Magdaleną Radwan, ciągle czynna koszykarką, założyli szkółkę Radwan Sport. Grzesiek uczy dzieciaki basketu. Na żartobliwe pytanie, z kim pracuje się łatwiej, uśmiecha się szelmowsko: – Dzisiaj seniorzy robili przysiady, bo gadali podczas zajęć; u dzieci też stosuję tę karę.
Nie podjąłem się jednak tego po to, by na nich krzyczeć. Jestem „świeżakiem” i bardzo chciałbym nie popełniać więcej błędów niż na boisku… – zwierza się Radwan, który we wszystkich przypadkach odmienia słowo „pozytywnie”. – Nie mam problemów w relacjach z podopiecznymi, ciągle są kolegami, ale też z własnej woli przeszedłem linię. „Zawodnicy – trener” to jedyny zdrowy układ i nawet na wspólnym piwie staram się być trochę z boku. Uważam, że trener nie powinien słyszeć wszystkiego, co dzieje się w szatni.

Mimo wspomnianych kłopotów finansowych, przy Reymonta powstał dosyć silny skład. Szkoleniowiec twierdzi, że chcieliby zająć miejsce w czołowej czwórce grupy C – jeśli nie po sezonie zasadniczym, to przechodząc I rundę play off, do której zakwalifikuje się osiem z dziesięciu startujących zespołów. Chciałby, żeby jego drużyna „czytała grę”, elastycznie dostosowywała się do wydarzeń na parkiecie. – Można ciągle stosować tylko jedną zagrywkę, ale jeśli robi się to mądrze: da się tym zwyciężać – tłumaczy.
Dodaje, że zrezygnował z gry również dlatego, by nie zajmować miejsca młodzieży. – Świetnie byłoby, gdyby ktoś na nie wskoczył i się wypromował – uśmiecha się. – Młodzi muszą się uczyć, że gra może być twarda, że trzeba dostać parę razy łokciem, że strata ma znaczenie. Muszą dostać opieprz na treningu albo meczu, powędrować za karę na ławkę rezerwowych. I nauczyć się, że po tym wszystkim trzeba znowu podnieść rękawicę
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.