Najlepsza teściowa na świecie

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 6 stycznia 2006 roku

Masażysta egzekwujący rzuty rożne lepiej od Macieja Żurawskiego, fizjolog przemycający przez granicę pisma pornograficzne, lekarz uganiający się po boisku z blokiem betonu w torbie. To krakowska Wisła, inna niż w telewizyjnych transmisjach i na czołówkach codziennych gazet.

Najchętniej wspominaną klubową anegdotką jest podróż na mecz z Lechem w Poznaniu, przed pięcioma laty. Po obiedzie w podkrakowskiej restauracji, wszyscy wsiedli do autokaru, policzono zawodników, kierowca zamknął luki bagażowe i ruszył. – Nagle coś się tłucze w spód autobusu – opowiada kierownik drużyny, Marek Konieczny. – Kierowca stwierdził, że to pewnie jakiś kamień i jedzie dalej. Wreszcie dzwoni moja komórka, a w słuchawce jęczy Kamil Kosowski: „Kiero, litości! Jadę zamknięty w bagażniku”. Wszedł tak głęboko w poszukiwaniu torby, że nikt go nie zauważył.

Konieczny jest kopalnią dykteryjek, przygód i zabawnych powiedzonek z życia zespołu. – Pewnego razu poszliśmy w Płocku z kilkoma chłopakami do kina na pierwszą część „Władcy Pierścieni” – wspomina. – Wpuściliśmy Ivana Trabalika, który kiepsko znał polski, w zakład, kto najmniej zrozumie z filmu. Przegrał jednak Tomek Frankowski, bo zapomniał okularów i szkieł kontaktowych – przez trzy godziny siedział, nie widząc prawie obrazu.
Słowacki bramkarz znany był z tego, że wszędzie zabierał ze sobą wielką encyklopedię PWN i podczas podróży studiował kolejne hasła. Miał jednak również dużą wrażliwość wizualną, bo na zgrupowaniu w Straszęcinie wraz z Argentyńczykiem Mauro Cantoro obejrzał cały „Park Jurajski” Spielberga w japońskiej wersji. – I bardzo im się podobało, siedzieli zadowoleni – uśmiecha się kierownik, zwanypowszechnie „Koniem”.

Wyścigowa furgonetka

Widział już mnóstwo: klubowego działacza, który na Wielkanocne przyjęcie przyniósł pączki zamiast jajek, Igora Sypniewskiego przez długą chwilę celującego w obwiedzioną kółkiem literę „R” na parkiecie. – Graliśmy pokazowy mecz z halowym mistrzem Polski; „Sypkowi” wydawało się, że to piłka i usiłował ją kopnąć, a widownia umierała ze śmiechu.
Do dzisiaj jednak kręci z zadziwienia głową, opowiadając o podróży rządowym samolotem na spotkanie z Trabzonsporem i międzylądowaniu w Odessie. – Na jakimś peryferyjnym lotnisku podczas tankowania płaciłem im wprost na płycie, jak na stacji benzynowej. Facet nalał dwukrotnie więcej niż prosiliśmy, a kiedy powiedziałem, że nie mam już pieniędzy, stwierdził: „Dobra, machniom, przecież to nie moje”. Na pas startowy wyprowadzał nas gość na rowerze, który na plecach miał planszę z napisem „follow me”. Jak Boga kocham! – uderza się pięścią w pierś.
Dla piłkarzy załatwiał najróżniejsze sprawy. – Miejsca w przedszkolu dla dzieciaków, chodziłem do liceum pytać, jakie fakultety muszą zaliczyć bracia Brożkowie, żeby przystąpić do matury – wylicza. Niedawno musiał przejść przyspieszony kurs słowackiego, bo okazało się, że olbrzymi labrador Marka Penksy, którym się opiekował, przyjmuje tylko komendy w języku swego pana.

Uzupełnia go Józef Nowikowski, klubowy kierowca, doradzający zawodnikom przy kupnie samochodu, odprowadzający ich pojazdy na naprawy, czy przeglądy. Choć zdarzało się, że Kamil Kosowski prosił: – Józiu, opłać nam składki na kartę wędkarską, bo chcemy z „Baszczem” pojechać na ryby.
Żywiołem tryskającego energią sześćdziesięciolatka są podróże. – Kocham kierownicę – mówi z rozanielonym uśmiechem. Przed miesiącem wypytywał wszystkich znajomych, ile wynosi rekord Guinessa w jeździe bez przerwy. Odprowadzał do Almerii terenowe BMW Kalu Uche i zrobił 3500 kilometrów w 32 godziny z drobnymi przystankami na jedzenie i załatwienie potrzeb fizjologicznych. – Pamiętam, jak wprowadzono bramki na krańcach autostrady – uśmiecha się Konieczny. – „Dżosef” przybiegał co trzy dni komunikując, że pobił kolejny rekord i pokazywał kwitki. Gdy osiągnął 16 minut, doszliśmy do wniosku, że zegary na bramkach nie są zsynchronizowane, bo przecież kilkunastosobowa furgonetka nie może rozwijać aż takich prędkości.

Ależ jestem w gazie

Fizjolog Ryszard Szul, kiedy pięć lat temu trafił do Wisły, usłyszał od Tomasza Frankowskiego: „Proszę pana, ja dawniej nie ćwiczyłem biegania, a jakie piękne bramki strzelałem„. Pół roku zajęło mu zdobycie zaufania piłkarzy, dzisiaj dzwonią do niego po konsultacje byli wiślacy, grający w europejskich klubach. Jest ulubionym obiektem dowcipów. Zastawał już swój samochód wypełniony główkami kapusty, albo plakat reklamujący występy Chippendales’ów na drzwiach hotelowego pokoju. Podczas lotniczej podróży do Francji zawodnicy włożyli mu do torby pismo pornograficzne i scyzoryk z pootwieranymi ostrzami. Najśmieszniejsze było to, że wykrywacze metali i prześwietlenia nie wykryły broni i Szul przewiózł kolorowy magazyn do celu, nie musząc czerwienić się przy odprawie celnej.

Nazywany „preparatore fisico”, handlarzem zegarków (ma firmę sport-konsultingową, która sprzedaje m.in. „polary” – urządzenia na rękę służące do monitorowania organizmu), albo „gadżeciarzem”. Musi mieć wszelkie nowinki techniczne: jeśli internet – to bezprzewodowy, jeśli mysz do laptopa – to radiowa, jeśli okulary – to tytanowe, jeśli rower górski – to superlekki. – A żona mówi: „Kup sobie, kup, mój drogi”. I za to ją kocham – uśmiecha się pan Ryszard.
Były pływak, kolarz, triathlonista. Przed laty na AWF powstała praca doktorska o wydolności na podstawie badań nad jego organizmem. Podczas treningu biegał na czele grupy piłkarzy. – Ależ jestem w gazie – prowokował.
Niech pan lepiej powie, że spieszy się pan na obiad, bo teściowa już ziemniaki nastawiła – kpili.
Jest to najprawdopodobniej najlepsza teściowa na świecie, bo codziennie rano przynosi mi gazety do łóżka – ripostował.

Jego nauczycielem i mentorem jest słynny profesor Jerzy Żołądź, były fizjolog Adama Małysza. – Z tego też chłopaki zrobili sobie dowcip – opowiada Konieczny. – Na obozie we Włoszech Grzesiek Kaliciak umówił się z ówczesnym rzecznikiem Jarkiem Krzoską i zadzwonił do niego, gdy siedzieliśmy w jadalni. Krzoska oddał aparat Ryśkowi, mówiąc, że chodzi o kwestie wydolnościowe. Kaliciak świetnie udawał dziennikarza, zadawał coraz bardziej natarczywe pytania – głównie o skoki narciarskie – a Szul odpowiadał z coraz większą irytacją. Wreszcie krzyknął do telefonu: „Pan się na tym nie zna!” i rozłączył się, a wszyscy niemal pospadali z krzeseł.

Omlet po francusku

Łagodniej zawodnicy obeszli się z trenerem bramkarzy Markiem Holocherem, który miał zwyczaj wypytywać ich o kosmetyki i testować ich zapachy. Kiedyś ustawili mu w pokoju wszystkie swoje dezodoranty z szyldem „Perfumeria”.
Żona Marka, Wiesława Chaberska-Holocher na przełomie lat 70. i 80. była bodaj najlepszą, a na pewno najwszechstronniejszą polską siatkarką. Mąż kiedyś pokpiwał, że siatkówka w porównaniu z futbolem nie jest w pełni profesjonalną dyscypliną sportu. Dzisiaj jest najwierniejszym kibicem II-ligowych siatkarek Armatury Kraków, w której występuje jego córka Katarzyna. Stworzył jednoosobowy dział marketingu i z niejakimi sukcesami szuka dla zespołu sponsorów. Skusił już pewnego dealera BMW i rzecznika Wisły, Jerzego Jurczyńskiego. W wolne popołudnia jest szoferem 23-letniej Kasi, wożąc ją na treningi i odwożąc do domu (całe zajęcia ogląda wiernie z boku). Ku utrapieniu taty, młodsza córka, 20-letnia Ewa, w tym roku zrezygnowała z kariery siatkarskiej.
Z kolei połowica Tomasza Kulawika, Agata jest cenionym prokuratorem. Kiedyś „Kula” stwierdził: „No, ja zarabiałem na rodzinę do trzydziestki, to niech od trzydziestki utrzymuje nas żona„. Jakoś jednak nie udaje mu się wieść beztroskiego życia bezrobotnego.

Nikt chyba nie kryje w sobie tylu sprzeczności, co Kazimierz Moskal. Został sprowadzony do Wisły w wieku piętnastu lat z Gościbi Sułkowice. Przez pierwszy tydzień bał się przyjść na trening (zawracał nawet spod bramy stadionu), a przez następne dwadzieścia lat zaciekle walczył z każdym przeciwnikiem. Skromny, cichy, nie mający w sobie nic z gwiazdy, ale uwielbiany przez kibiców. Kiedy Wisła sprzedawała go do Lecha Poznań, fani nocami koczowali pod siedzibą klubu, protestując przeciw tej decyzji. Jeszcze bardziej wylewni byli kibice Appoelu Tel-Aviv, kilka razy znosząc go z boiska na rękach. Niezwykle twardy, bezwzględnie kierujący kolegami podczas gry i nieoczekiwanie wrażliwy. – Gdybym wiedział, że był to mój ostatni mecz w Wiśle, pewnie bym się rozpłakał – zwierzył się dwa lata temu.

Przy bliskim poznaniu okazuje się przesympatycznym rozmówcą. Zaśmiewa się do rozpuku ze wspomnień. – Mirek Trzeciak długo zapierał się, że do podróży po mieście wystarczy mu autobus – opowiada o koledze z Lecha. – Wreszcie przyjechał na stadion Polonezem, normalnie używanym przez żonę. Michał Gębura podniósł maskę jego samochodu i mówi, pokazując naturalny prześwit między motorem o chłodnicą: „O jejku, przecież ty masz taką dziurę w silniku, że aż asfalt widać”. I biedny Mirek przez cały wieczór dzwonił do znajomych właścicieli Polonezów i pytał, czy mają dziurę w silniku, czy tylko jemu trafił się wybrakowany egzemplarz.

Gdy rzecznikiem Wisły był szczycący się potężną posturą Jarosław Krzoska, często razem spacerowali z klubowym lekarzem, Mariuszem Urbanem. – Asterix i Obelix – ochrzcił ich Grzegorz Pater, pokrzykując często: – Asterix! Gdzie masz spinki?
Dzisiaj Urban jest nazywany „zielarzem”, poza piłkarzami kuruje lekkoatletów. Trzy lata temu świetny średniodystansowiec, Paweł Czapiewski brał u niego zastrzyk na zapalenie rozścięgna podeszwowego. Usłyszał, że nie będzie musiał płacić za szczepionkę, jeśli osiągnie minimum na mistrzostwa świata. – Niestety, musiałem, zainkasować – żałuje Urban.
Pewnego razu Artur Sarnat przywiózł z budowanego właśnie domu spory kawał betonowego krawężnika, który koledzy skrycie włożyli lekarzowi do torby. Rewanżowy mecz Pucharu Polski z Amiką Wronki przebiegał jednak spokojnie, awans Wisły był przesądzony i Urban nie musiał wybiegać na pomoc. Wreszcie Moskal przewrócił się bez kontaktu z przeciwnikiem i udawał kontuzję. – Sędzia dał sygnał, ja ruszyłem i omal mi ręki nie oberwało – opowiada Mariusz. – Na adrenalinie nie zastanawiałem się, dlaczego torba jest tak potwornie ciężka. Dopiero, kiedy zobaczyłem Kazka zwijającego się, ale ze śmiechu, zrozumiałem, że coś jest nie tak.

W krakowskim klubie Urban terminował u doktora Jerzego Zająca, również przedniego kawalarza. Gdy do ich gabinetu trafiał ktoś nowy, urządzali pokazową awanturę, krzycząc na siebie i wytykając nawzajem poważne błędy medyczne. – Ludzie uciekali przerażeni – wspomina Mariusz.
Doktor Zając zawsze chwalił się znajomością francuskiego – dodaje Konieczny. – Trudno to było zweryfikować, ale gdy pojechaliśmy na zgrupowanie do Szwajcarii, na stołówce płynną francuszczyzną zamawiał nam jajecznicę, którą wszyscy lubimy. I zawsze dostawaliśmy omlet.

Sztuka odchudzania

Najdłużej, od 1989 roku, pracuje z pierwszą drużyną Wisły masażysta Zbigniew Woźniak. – Piętnaście lat na ławce, prawie trzydziestu trenerów i ani jednej szansy – westchnął kiedyś ze śmiertelnie poważną miną. Jego piłkarskie ambicje są w pełni uzasadnione. Niedawno na treningu ustawił piłkę w punkcie wykonywania rzutów rożnych („Było nawet jeszcze metr za linią końcową” – prostuje od razu), uderzył i piłka miękkim łukiem wpadła w okienko bramki. – Raz w roku to nawet strzelba sama strzela, spróbuj jeszcze raz – rozległy się niedowierzające komentarze zawodników. Woźniak – ku osłupieniu świadków – skopiował zagranie.

Ciągle jednak nie znajduje uznania szkoleniowców i musi wyżywać się w innych dyscyplinach. W lutym, podczas obozu na Cyprze, Polska po emocjonującej walce pokonała w meczu tenisowym Serbię 11:9. Wprawdzie reprezentant Serbii Nikola Mijailović z kontuzjowanym kolanem kuśtykał na jednej nodze, ale przecież ważącemu 110 kilogramów Polakowi też nie było łatwo poruszać się po korcie… Przed nadejściem zimy Woźniak jednak zadeklarował, że do rundy rewanżowej schudnie dziesięć kilo. – To już tradycja – śmieje się kierownik. – Zbyszek co roku w zimie schodzi poniżej 100 kilogramów, a przez następne dziewięć miesięcy z powodzeniem wraca do starej wagi.

Konieczny ma imponującą kolekcję ponad dwustu koszulek. Odżałować nie może ośmiu, które z dziesięcioma innymi pożyczył Jerzemu Fedorowiczowi, kiedy obecny poseł PO reżyserował w Teatrze Ludowym sztukę „Piłka w grze”. – Przez cztery lata jeździł z nimi po całym kraju, aż wreszcie ukradziono mu je sprzed nosa w Krakowie – opowiada „Koniu”. Perły jego zbioru to trykoty Marco Van Bastena z Milanu, Ronaldo z Interu. Największego poświęcenia wymagało zdobycie koszulki Daniele Massaro. – Założyłem się o nią z Markiem Koźmińskim, że wypiję duszkiem półtoralitrową butelkę niegazowanej wody mineralnej – wspomina. – Długo brały mnie potem mdłości, ale było warto.
Najdrożej (pięć dolarów było niebotyczną kwotą dla nastolatka) zapłacił za reprezentacyjną koszulkę Andrzeja Iwana z mistrzostw świata w Argentynie. – Iwan podarował ją swojemu pierwszemu trenerowi Marianowi Pomorskiemu z Wandy Kraków – opowiada Konieczny. – Ten z kolei dał ją Mirkowi Waligórze, żeby nie odchodził do Hutnika. Waligóra koszulkę wziął, ale do Hutnika poszedł, a w koszulce ćwiczył na wuefie w mojej szkole. Nie mogłem patrzeć jak ją niszczy i w końcu przekonałem go do sprzedaży.

Zbiera wszystkie pamiątki sygnowane przez Wisłę. Z dumą pokazuje koszulkę Białej Gwiazdy z napisem „Alvorada Cafe” – w początkach lat 80. była pierwszą w Polsce opatrzoną reklamą prywatnej firmy. Wymienił ją na trykot Realu Madryt ze Stefanem Szczepłkiem, znanym dziennikarzem „Rzeczpospolitej” i konkurentem w świecie kolekcjonerów. – Jestem przy nim trampkarzem, pan Stefan ma już ponad czterysta sztuk – macha ręką Konieczny. Marzy o stroju Manchesteru United. Oczywiście takim, w którym po boisku biegał jakiś piłkarz, bo szanujący się hobbysta nawet nie spojrzy na pamiątkę kupioną w klubowym sklepiku.

Filmowa pasja socjopaty

Rzecznik prasowy Wisły, Jerzy Jurczyński lubi powtarzać przekornie, że po całodziennej pracy w piłkarskim światku, najłatwiej powraca do normalności wyświetlając sobie wieczorem „Misia” z jego absurdalnymi dialogami. Film ukochał będąc dzieckiem, później poświęcił się filmoznawstwu. I to w każdym aspekcie, bo ożenił się z Agnieszką Wagner, utalentowaną aktorką o subtelnej urodzie („Moim przekleństwem jest, że wychowałam się na zwykłym peerelowskim osiedlu, a wyglądam jak dziewczyna z dworku, reżyserzy więc obsadzają mnie tylko w szlacheckich rolach” – śmieje się żona).

Mąż jako junior uprawiał judo w Wiśle, co zapewniało mu szacunek wśród kolegów z Technikum Energetycznego i zaszczytną funkcję ochroniarza na szkolnych dyskotekach. – Chyba dlatego nigdy nie nauczyłem się tańczyć – żartuje. Po maturze działacze milicyjnego klubu zaproponowali mu kontynuowanie sportowej kariery pod warunkiem wstąpienia do ZOMO. Wybrał filmoznawstwo na UJ (dzisiaj uprawia tylko izraelską sztukę walki „krav maga”). Ofiarą stał się, gdy wyjechał do pracy w Londynie. – Stojąc na zmywaku myślałem tylko, co zrobić, żeby nie musieć robić tego przez resztę życia – wspomina. Mieszkał w tanim motelu z ćpunem, który w tapczanie przechowywał kilkumiesięczny zapas marihuany. – Oglądałem kiedyś film w telewizji – opowiada Jurczyński. – Po zakończeniu współlokator mówi do mnie, żebym przełączył na inny kanał, na serial o więźniach. Ja mu na to, że muszę zobaczyć napisy, bo interesuje mnie scenograf, drugi reżyser i autor muzyki. No i narajany gościu dziabnął mnie nożem w nogę.

Właściciel motelu zatuszował incydent, ponieważ ćpun był Anglikiem, a Jurczyński przebywał na Wyspach „na czarno”. Po powrocie znalazł sobie inny sposób zarobkowania (musiał, gdyż filmoznawstwo studiował długo i dogłębnie…) – ruletkę w kasynie hotelu „Pod Różą”. – Był początek lat 90., nowonarodzeni bonzowie krakowskiego biznesu rzucali na stoły fortuny, a ja miałem w kieszeni dwadzieścia dolarów – wspomina. – Jeśli przegrałem tę dwudziestkę – wychodziłem. To samo robiłem, gdy wygrałem sto dolarów. To wystarczało na miesięczne utrzymanie.

Mniej merkantylne podejście miał prowadząc kółko filmowe w Domu Kultury na Prądniku, albo udzielając korepetycji licealistkom, chcącym zdawać na filmoznawstwo. Stawką za lekcję była paczka papierosów.
Gdy powstało akademickie radio RAK, zgłosił się do prowadzenia za darmo audycji filmowej, potem w Centrum „Graffiti” organizował festiwale filmu niemego, a w regionalnej telewizji był gospodarzem teleturnieju. Własną rubrykę miał także w „Dzienniku Polskim” i do dziś za sukces uważa odtworzenie z pamięci wywiadu z francuskim reżyserem, po tym jak pies zjadł mu taśmę z nagraniem.

Twierdzi, że do Warszawy wyjechał, bo w rodzinnym mieście brakowało mu już w pracy adrenaliny. Został specjalistą ds. PR w firmie Gutek Film, potem trafił do magazynu „Machina”. – Przezabawne miejsce; liczyło się tylko to, co nowe i trendy – opisuje. Kiedyś zwrócono mu uwagę, że nie powinien przychodzić do redakcji w garniturze (jego ulubiony strój, obok „bojówek” i bluzy z kapturem). – Zrozumiałem, że jedynie faceci w goglach oraz spodniach z krokiem między kolanami zapewniają stolicy świeżość intelektualną i zacząłem szukać innej posady – śmieje się.
I tak w spółce Belvedere po raz pierwszy został rzecznikiem prasowym. Zupełnie „zielonym” rzecznikiem prasowym. – Przez pierwsze pół roku siedziałem obłożony kodeksami i nie było dnia, żebym nie westchnął z ulgą: „Już tyle czasu minęło, a jeszcze żaden dziennikarz nie obnażył mojej niekompetencji” – opowiada. – Jeszcze kiedy starałem się o tę pracę, przeszedłem serie testów psychologicznych. Później dowiedziałem się, że zaklasyfikowano mnie na granicy socjopatii – ponoć nikomu nie ufam. Chyba to zdecydowało, że zostałem zatrudniony…

Na znacznie głębszą wodę rzucono go w Tele-Fonice. Likwidowano fabrykę kabli w Ożarowie, pikietowali ją robotnicy. Mógł oglądać w internecie zdjęcia swojego samochodu z wyraźnie widocznymi numerami rejestracyjnymi, przejeżdżać obok wielkiego napisu „Jurczyński – niedorzecznik prasowy”. – Był to najdłużej broniony transparent – twierdzi z niejaką dumą. – Nie zapomnę, jak stałem naprzeciwko tłumu, który skandował, co mi zrobi, kiedy wpadnę w jego ręce. A stojący obok mnie ochroniarz mówi: „Coś ty taki przerażony? Od tego się nie umiera. Gorzej było, gdy trzymaliśmy we trójkę wartę na moście w Sarajewie i nagle pojawiło się pięciuset Serbów z karabinami”. Na mnie te doświadczenia podziałały podobnie jak tamte na niego: już niewieloma sprawami jestem w stanie się przejąć.
Nie do końca jest to prawdą. Kiedy odwiedził żonę na planie serialu „Fala zbrodni”, zaproponowano mu występ w jednej z wolnych ról epizodycznych. Nie chciał jednak zagrać ani pedofila, ani trupa.

***

Od nowego roku w sztabie szkoleniowym Wisły zajdą spore zmiany. Dan Petrescu przyprowadzi kilku swoich rodaków, a Tomasz Kulawik, Marek Holocher i Ryszard Szul przesunięci zostaną do pracy z młodzieżą. Właściciel klubu, Bogusław Cupiał miał stwierdzić jednak niedawno: „Ci ludzie tak wiele zrobili dla Wisły, że mają u mnie dożywocie, nigdy ich nie zwolnię„.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*