Najpiękniejszy z 625 meczów

W świetnym stylu i niezwykłych okolicznościach siatkarze Hutnika Kraków wywalczyli awans do I ligi, na zakończenie turnieju finałowego w Katowicach pokonując Czarnych Rząśnia, 3:1.

– W moim wieku nie szukam już przygody w siatkówce – stwierdził w tym sezonie opiekun Hutnika, Jerzy Piwowar. Los spłatał mu figla, bo na rok przed siedemdziesiątką przeżył romantyczną przygodę, jakich mało w wyczynowym sporcie. Największe sukcesy (jednocześnie największe w historii krakowskiego męskiego volleya) odnosił trzy dekady temu, a teraz nawet po powrocie z emerytury, pozwalał sobie na żarty typu: „Nie czekam na budowę nowej hali, ale muzeum krakowskich trenerów, bo może wzięliby mnie tam jako eksponat„. Dogadał się jednak z zawodnikami w większości trzykrotnie od siebie młodszymi i pokazał im, jak mogą grać w siatkówkę bazując na własnych umiejętnościach. A po wszystkim z uśmiechem znosił ich żarty: „Poczekajcie ze zdjęciem na trenera, przecież on też ma palec”. Ten palec wystawiali na znak, do jakiej ligi awansowali – weszli na zaplecze ekstraklasy 22 lata po tym, jak wycofał się z niej ówczesny, upadający HKS Hutnik.
Nie na tym jednak polega romantyzm tej historii. I nie na tym, że ta drużyna od sierpnia borykała się z kontuzjami; wśród wielu różnych: rozgrywający Piotr Adamski wrócił niedługo przed turniejem półfinałowym, a atakujący Krzysztof Ferek już w jego trakcie cierpiał na bóle pleców.
I nie na tym, że chwilami grali zwyczajnie słabo, a jedyny awans, o którym mogli myśleć w pewnym momencie – i to z wątpliwościami – to był awans do play off w grupie.

Pokonali wszystkie problemy, a sednem tej opowieści jest fakt, że grali głównie dla zwycięstw, dla „mołojeckiej sławy”, bo długimi okresami nie dostawali pensji i niekiedy trudno było nawet o nadzieję, że one przyjdą. Mimo wcześniejszych deklaracji, do klubu nie wrócił strategiczny sponsor z poprzedniego sezonu. Zaległości sięgały kilku miesięcy.
Finansowe perturbacje również zdarzają się niejednemu, ale mało kto odnosi sukces pomimo nich. Proste zestawienie. Promocję na zaplecze ekstraklasy zdobyły dwa zespoły: Czarni Katowice, którzy mieli 600 tysięcy budżetu gwarantowanego przez miasto, i Hutnik. – Jeśli za zrealizowany, faktyczny budżet wziąć wydane pieniądze, to do tej pory nie mieliśmy nawet połowy z wymienionej kwoty… – zawiesza głos prezes nowohuckiego klubu, Mirosław Janawa. – Jestem pełen uznania dla tych chłopaków! Było ciężko, musiałem świecić oczami, tłumaczyć, bo zostaliśmy bez środków. Potem zmniejszyliśmy zaległości, ale ciągle mamy dziurę, myślimy jak ją załatać. Prowadzimy negocjacje z pewną firmą, jeśli podpiszemy umowę, to uda się wyrównać wynagrodzenia.
– Kłopotliwe byłoby dla mnie rozwijanie tego tematu teraz, po awansie, ale ukłony dla chłopaków, także dla Mirka, że wytrzymali nerwowo te niełatwe sytuacje – mówi Piwowar, który niezależnie od przebiegu zdarzeń w klubie czy na boisku nie tracił zwykłego spokoju. – Cieszę się, że dotrwaliśmy do końca w komplecie.
– Nie było to przyjemne, niektórzy żyją z siatkówki, ale widzieliśmy, że klub się stara. Te wszystkie problemy bardzo nas scementowały – uważa kapitan zespołu, Krzysiek Ferek.

Na początku dzisiejszego spotkania twardszym monolitem byli jednak Czarni Rząśnia. Dzięki ostremu serwisowi, obronie i kontrom na ogół mieli 1-4 punkty przewagi. Krakowianie prowadzili tylko 4:3. Ich najsilniejszą broń stanowiły bloki, zwłaszcza w wykonaniu Rafała Sokołowskiego. Po jednym z nich wyrównali na 22:22, obronili też dwa setbole, jednak Robert Matejczyk od pewnego czasu starał się gubić ich wystawiając piłki do szóstej strefy. Właśnie pipe Filipa Frankowskiego zaświecił na tablicy 24:25, a podanie Jakuba Rohnki i dobitka Tomasza Narowskiego – 24:26.
Już przy stanie 7:9 w tamtej partii zameldował się na boisku Kamil Maruszczyk, od razu rozhulał się w ataku, a na starcie następnej kompletnie rozmontował przeciwników zagrywką. 6:0 po asach dobitkach i „czapie”, po czym pałeczkę przejął Sokołowski (10:4). Tamci zredukowali różnicę do 11:9, ale przy kolejnym szarpnięciu „Maro”, Ferka, „Sokoła” i Tomasza Obuchowicza nie utrzymali koła. Mylili się też coraz częściej, z frustracją obserwując uciekający rezultat – 15:9, 18:10, 20:11. A Adamski pozwolił błysnąć Kamilowi jeszcze przy 25:16, wypuszczając go na 3/4 długości siatki w tempie podwójnej krótkiej.

Popisowym numerem skrzydłowego były jednak sytuacyjne ataki z 5-6 metrów po złych przyjęciach i wysokich wystawach lecących zza pleców. – Nawet za dużo się nad tym nie zastanawiałem. Najlepiej mi idzie, kiedy czuję adrenalinkę, a nie rozmyślam, co mi się nie udało – mówi „Maro”.
Dziś szło mu rewelacyjnie. Rodziły się tylko dwa pytania: czy zaliczył dzisiaj mecz życia i czy wyżej nie należy jednak cenić konfrontacji z TSV Cellfast Sanok w turnieju półfinałowym. – Biorąc pod uwagę dzisiejszą stawkę i grę, to ten był najlepszy dla mnie. Ale z kolei, gdyby nie ten z Sanokiem, to nie stalibyśmy teraz tutaj – waży argumenty. – Generalnie to sądzę, że każda drużyna musi się urodzić do sukcesu. I my po wspomnianych kłopotach, kiedy mogliśmy już rzucić wszystko w piguły, urodziliśmy się na nowo w półfinałach.
Opisywane wyżej uderzenie Maruszczyk wykonywał m.in. w trzeciej odsłonie przy stanie 14:11, a gdy rząśnianie doścignęli ich na 21:21 – dwukrotnie zbijał w trudnych pozycjach z II linii. 23:21, lecz po drugiej nie gorszą passę miał Frankowski (obaj odebrali wyróżnienia indywidualne), który odwrócił zapis na 23:24. Wówczas się pomylił, kolejnego setbola mieli krakowianie. Został obroniony, lecz nie było odwołania przy ścięciu Ferka, a potem kontrze Maruszczyka po fantastycznej obronie Radosława Szymczaka. 27:25.

Giovanni Agnelli, słynny właściciel koncernu Fiat i prezes Juventusu Turyn, nazywał Zbigniewa Bońka „Belle di notte” – „Pięknością nocy”. Twierdził, że polki piłkarz Juve najlepiej się prezentuje późnym wieczorem, a w latach 80. o tej porze mecze odbywały się rzadziej, zwykle właśnie te istotne.
Ta etykietka pasuje do Hutników, którzy w przeszłości „nie łapali powietrza” podczas wyjazdów do Andrychowa, Sosnowca, Jaworzna czy Krosna, ale sinusoida formy spłaszczyła się na finiszu sezonu zasadniczego. Po 17 stycznia ponieśli tylko dwie porażki, obie z występującymi we własnej hali Czarnymi Katowice, a im większa waga spotkania – tym lepiej każdy z nich się prezentował. Dużą rolę niejednokrotnie odgrywali dublerzy, którzy dzisiaj prowadzili rytmiczny, nieprzerwany doping.
– Teraz nie mamy sobie już nic do zarzucenia, z podniesioną głową weszliśmy do I ligi – konkluduje Ferek. To on długo trzymał wynik w czwartej części, potem coraz częściej zaczęli wyręczać go koledzy, Maruszczyk, czy – np. pojedynczym blokiem na prawoskrzydłowym – Paweł Golec, który nierzadko dźwigał dzisiaj ciężar odbioru razem z Szymczakiem.
Kiedy po instynktownej obronie Adamskiego przedramieniem piłka wpadła rywalom przy linii i zrobiło się 18:15 wydawało się, że dzisiaj już nic nie zatrzyma nowohuckiej ekipy, ale tamci zbliżali się na 20:19 i 23:22 (z 23:20). W obu przypadkach Piwowar brał przerwę, a w finale sprawę zamknęły trzy błędy – jeden Hutnika i dwa Czarnych, którzy przy 25:23 załamani padli na parkiet.

– Kiedyś wprawdzie walczyłem o awans w barwach AGH, ale go nie zdobyliśmy, tylko kilka tygodni później zostaliśmy włączeni przez PZPS do I ligi, więc ten smakuje wyjątkowo – zwierza się Kamil Maruszczyk. – Rano rozmawialiśmy z kolegami w hotelu, że wejście z II ligi do pierwszej jest czymś niezwykle cennym, chyba trudniejszym niż utrzymanie wyżej. Rywalizuje prawie sześćdziesiąt drużyn, a w ciągu sezonu odbywa się 600-700 meczów. I my wyjdziemy zaraz na ostatni z nich, jakby najważniejszy. To trochę jak bajka!
Wygrany przez Hutnika mecz, który w niedzielę zamknął rozgrywki II-ligowe 2014/15 nosił dokładnie liczbę 625 (wliczając w to walkowery). Przyszły sezon może przynieść jednak jeszcze większe atrakcje. Na przypomnienie, że co najmniej dwukrotnie mieliby I-ligowe derby Krakowa z AGH – Maruszczyk uśmiecha się szerzej.
Tylko że zrealizowanie tych możliwości będzie efektem jeszcze trudniejszej, organizacyjnej rozgrywki najbliższych tygodni i miesięcy. – Zaczniemy wkrótce starania o zabezpieczenie bytu w I lidze – zapewnia Mirosław Janawa, który 2 lata temu jako trener wchodził z drużyną do II ligi. – Ktoś jednak musi nam pomóc, bo sami jako UKS Hutnik możemy tego nie udźwignąć. Choćby miasto. Przecież z uczestników turnieju finałowego chyba wszystkich oprócz nas wspierają samorządy lokalne…
PAWEŁ FLESZAR

Pełną relację wideo z meczu można obejrzeć TUTAJ.

HUTNIK Kraków – CZARNI WIREX Rząśnia 3:1 (24:26, 25:16, 27:25, 25:23)
Sędziowali: Zbigniew Kułak i Luiza Szymańczak (Warszawa). Widzów: 110.
HUTNIK: Adamski, Kowalski, Obuchowicz, Ferek, Golec, Sokołowski oraz Szymczak (l), Maruszczyk. Trener: Jerzy Piwowar.
CZARNI: Matejczyk, Rohnka, Narowski, Sikorski, Frankowski, Konieczny oraz Koźmiński (l), Herman, Ignaciuk. Trener: Sławomir Augustyniak.

Kadra Hutnika w sezonie 2014/15
rozgrywający: Piotr Adamski, Błażej Podleśny
atakujący: Krzysztof Ferek, Kamil Kołek
przyjmujący: Paweł Golec, Mateusz Kowalski, Kamil Maruszczyk, Paweł Samborski
środkowi: Marcin Góra, Leszek Klimczak, Tomasz Obuchowicz, Rafał Sokołowski
libero: Łukasz Przybyła, Radosław Szymczak
trener: Jerzy Piwowar, II trener: Zenon Matras, masazysta: Marek Mercik

Komentowanie zablokowane.