Napastnik Jehowy

Tekst ukazał się w „Tempie” z 23 marca 1989 r. Autor: Jerzy Mucha.*

I poszedł tedy nauczać wśród ludzi, z nieodłącznym Pismem Świętym pod pachą i żarliwą wiarą w sercu. Zanim zapukał do pierwszego domu z namaszczeniem powiesił buty piłkarskie na kołku, oddał w klubowym magazynie koszulkę i spodenki, czyniąc to po raz ostatni w życiu. Działaczom oświadczył na odchodne, że nie może służyć dwóm bogom: piłce i Jehowie.


Świadek Jehowy – Piotr Bęben, nim poznał prawdę o Stwórcy był najlepszym piłkarzem Górnika Pszów, jego najskuteczniejszym napastnikiem. W sezonie 1987/88, gdy pszowianie przebojem otwierali sobie drogę na II-ligowe boiska, zdobył 12 goli, w tym 8 głową. Piłkarski świat otwierał przed nim wrota do wielkiej kariery. Klucze w ich zamku nie zostaną już nigdy przekręcone. Nawet teraz, gdy beniaminek zdaje kolejny egzamin dojrzałości, na próżno wyczekując powrotu swojego środkowego napastnika. On już, zgodnie ze swoim powołaniem, przysparza chwały swojemu Panu, nie zaś górniczej drużynie, jak to czynił do niedawna.

Trafił do niej trzy lata temu z Silesii Miechowice, gdzie jego trenerem był znany reprezentacyjny obrońca – Walter Winkler. Praktykujący wówczas katolik za przejście do Pszowa z Miechowic otrzymał przydział do mieszkania zakładowego, nie upominając się specjalnie o dodatkowe walory pieniężne.
Pierwsze kroki z piłką u nogi, dla której w młodości prawie duszę zaprzedał, stawiał w Polonii Bytom. Z powodu kłopotów zdrowotnych nie błysnął tam na miarę swojego talentu.
Później wysoki, dobrze wyszkolony technicznie, z dużą łatwością zdobywał gole, walnie przyczyniając się do pierwszego w historii klubu awansu do II ligi. Jego gra spodobała się wysłannikom możniejszych klubów i skok do wielkiej piłki wydawał się tylko kwestią czasu. Do Pszowa zawitali goście z Zagłębia Sosnowiec, swoją ofertę złożyli też działacze bratniego Jastrzębia. Ani jedni, ani drudzy nie domyślali się nawet, iż Bęben mocował się wtedy z własnym światopoglądem, podlegającym nieustannej ewolucji…

Słowa Biblii, „Kto jest przyjacielem świata, ten jest nieprzyjacielem Boga” – coraz bardziej zaczęły mu ciążyć w świadomości, przyspieszając decyzję o odizolowaniu się od świata materialnego. Był coraz bardziej przekonany, że wstępuje na szczególną drogę życia, przebiegającą dość daleko od piłkarskich boisk, a prowadzącą wprost do Królestwa Niebieskiego. I ta jego powoli dojrzewająca decyzja wcale nie była protestem przeciw zepsuciu futbolowego środowiska, gdyż skupiając uwagę głównie na zdobywaniu goli, nie dostrzegał panoszącego się wokół zła.
Zanim jego styl życia, zgodnie z przykazaniem apostoła Pawła, zaczął stawać się wolny od umiłowania pieniądza, był jednym z wielu niewolników mamony. W nagrodę za awans do III ligi w 1987 r. pokwitował w klubowej kasie, skromną zresztą, kwotę 20 tysięcy złotych, natomiast rok później, gdy premiowano historyczne wejście na zaplecze ekstraklasy, dostał 100 tysięcy. W międzyczasie otrzymał pożyczkę 200 tys. na zakup „malucha” z możliwością jej całkowitego umorzenia w przypadku gry w Górniku do 1989 r. Prawda płynąca z Biblii okazała się silniejsza od klubowego kontraktu i rok przed wymaganym terminem musiał złamać jego warunki.

Natchnienie spływało na niego powoli, coraz bardziej krępując umysł i nogi, które obute w korki piłkarskie nie trafiały już z taką precyzją w piłkę. Inspiracja wyszła od jego przyszłej żony – Beaty, należącej wraz z rodziną do zjednoczenia Świadków Jehowy. Poznał ją na obozie piłkarskim w Ustroniu latem 1987 r. Przełom nastąpił pół roku później, przed rundą rewanżową mającą przesądzić o awansie Górnika do II ligi. Jego myśli coraz częściej ulatywały w kierunku sprawiedliwego, nowego świata bożego, gdzie zło miało być tylko zacierającym się wspomnieniem. W słuszności obranej drogi utwierdzała go żona.
– Nikt nie jest w stanie zrozumieć, co ja wtedy czułem. Ile nocy nie przespałem, spędzając je na przemyśleniach. Kilka razy chciałem zrezygnować przed końcem sezonu, ale brakowało mi odwagi i silnej woli – powie dzisiaj jakby oczyszczony z tamtego grzechu Piotr Bęben.

Chciał pomóc kolegom w awansie, starym zwyczajem nadal zdobywał gole, lecz czuł wyraźnie, że przedstawia już tylko 50 procent dawnej wartości. Reakcje w klubie były różne. Jedni uważali go za obłąkanego, inni tylko wzruszali obojętnie ramionami. Ostatnie 90 minut spędził na boisku Grunwaldu Halemba, gdzie jego zespół pieczętował zasłużony awans. Te sześć kwadransów było najdłuższymi w jego życiu i tylko modlił się o końcowy gwizdek.
– Kończący sezon mecz z AKS Niwka obserwowałem wśród widzów – wspomina. – Widziałem heroiczną walkę gości o zwycięstwo, które uratowałoby ich przed spadkiem. Im się nie udało, a ja nie przyczyniłem się do smutku graczy z Niwki. Wcześniej zdobywałem bramki bez przyjemności, czyniłem to tylko ku zadowoleniu kibiców. Wiem, że mogłem zrobić tzw. karierę, ale to nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Moją dewizą jest dobre słowo i życie według Pisma Świętego. Tak będę żyć i pracować.

I poszedł 23-letni wówczas Piotr Bęben do pracy w kopalni „Anna”, która była jego żywicielką. Słowa Biblii „ćwiczenia cielesne nie na wiele się zdają” towarzyszyły mu codziennie w charakterze podpórki duchowej, gdy jako górnik oddziału likwidacji wyrobisk podejmował się pod ziemią ciężkich zadań. Demontaż czy transport ciężkich obudów, jak tez sprzętu ścianowego, to robota nie dla mięczaka. Dla eks-piłkarza te 8 godzin pod ziemią było jednak mniej uciążliwe niż 2 godziny spędzone na boisku. Złośliwe docinki nowych towarzyszy pracy znosił z godnością, nie zastanawiając się głębiej nad ludzką ułomnością. W życiu Świadków Jehowy praca nie jest stawiana na pierwszym miejscu, dominujące są sprawy Królestwa Bożego, ale potrzeby rodziny, która szybko się powiększyła, nie mogły być zaniedbywane.

O swoje upomnieli się także działacze Górnika, którzy nie chcieli tak łatwo zrezygnować z najlepszego gracza, tuż przed II-ligowym debiutem. Tym bardziej że wobec braku klasowych napastników luka po nim nie mogła być wypełniona. Na jego znaczku w kopalnianej markowni zaczęły się pojawiać zaproszenia od szefa działu kadr – notabene działacza klubu – Józefa Hedy, również wiceprezes inż. Jan Cuder i kierownik techniczny drużyny, Ryszard Gwozdecki, prowadzili ożywioną działalność agitacyjną. W dyskusji na argumenty żarliwa wiara Bębna była najlepszym orężem i o ponownym przywdzianiu piłkarskiej koszulki nie było mowy.
Wcześniejsze rozmowy z dyspozytorem kopalni „Anna”, pełniącym funkcję starszego brata w jego organizacji teokratycznej, tylko go utwierdziły w słuszności dążeń.
Jesienią 1988 r. Piotr Bęben na dobre zmienił przynależność klubową. Został reprezentantem rydułtowskiego zboru liczącego 150 osób, zajmując pozycję sługi pomocniczego. Jego nowe wcielenie oglądają na co dzień ci z kibiców Pszowa, którzy zapraszają go do mieszkań w czasie jego religijnych peregrynacji. Chcą rozprawiać o futbolu, lecz dla niego istnieje głównie Jehowa i o nim tylko z ochotą dyskutuje.

Chrześcijanie ewangeliczni twierdzą, ze „poziom prezentowany przez zawodnika może świadczyć o jego miłości do Boga”. Krzewią więc pogląd, iż sportowiec powinien na boisku przejawiać taki sam zapał, jaki wykazywał Jezus „w realizowaniu celów swego Ojca”. Rozumowanie takie stało się popularną doktryną ewangelicznej „religii szatni sportowej”. Podaje się nawet przykład pewnego profesjonalnego piłkarza, który namalował sobie na butach i rękawach koszulki krzyże, by mu przypominały, że gra ku chwale Chrystusa.
Bęben nie nosił podobnych talizmanów, zaś zdobywanych goli nie dedykował Stwórcy. Natchnienie przyszło akurat wtedy, gdy przestał je strzelać. Teraz zdecydowanie obstaje za tezą, iż zaangażowanie się w sport przesycony rywalizacją lub przemocą nie przysparza chwały Bogu, bowiem sama istota współzawodnictwa wymaga, by sportowiec w dążeniu do zwycięstwa na jakiś czas przybrał samolubną postawę. Jego Biblia nauczyła, że chrześcijanie powinni mieć na oku „nie tylko osobiste zainteresowanie własnymi sprawami, ale też osobiste zainteresowanie sprawami innych”.
Przywdziewając od niespełna roku zupełnie inne barwy uważa, że prawdziwi naśladowcy Chrystusa przysparzają chwały Bogu, wypełniając nie własną, lecz jego wolę. On, napastnik Jehowy, spełnia taką właśnie wolę, która nie wymaga od niego zdobywania punktów i bramek, ale głoszenia wiary wśród bliźnich. Ta misja trwać będzie znacznie dłużej niż 90 minut.
JERZY MUCHA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.