Nawet ogórek nauczy się kopać prosto

Po raz piąty w 13-letniej pierwszoligowej karierze koszykarze Sokoła Łańcut zajęli 2. miejsce w sezonie zasadniczym. Mają jednak najlepszą w historii drużynę piłki nożnej, prowadzoną przez Ikera Kaszilliasa, który czyniąc zadość nazwisku staje niekiedy na bramce.

Nowi zawodnicy przychodzący do łańcuckiego klubu bywają mocno zdziwieni, kiedy na na treningu inaugurującym przygotowania nie grają w koszykówkę, ale w piłkę – na dawnym stadionie Stali, Orliku lub w hali. Futbol króluje również na ostatnich zajęciach przed Świętami, czy Sylwestrem i zamykających sezon. Przede wszystkim jednak futsalowe mecze odbywają się w każdy poniedziałek, zaraz po odbębnieniu obowiązkowej „rzutówki”. Wyjątkiem są tygodnie ze środowymi kolejkami, okresowo trzeba było też rezygnować z tego zwyczaju, kiedy zespół nękały kontuzje.
– To fajny sposób rozgrzania mniej używanych na co dzień partii mięśniowych, podtrzymujemy też wytrzymałość – tłumaczy szkoleniowiec Sokoła, Dariusz Kaszowski.
– Czasem intensywność jest większa, niż na koszu – uśmiecha się Bartosz Czerwonka.
– Najważniejsze, że to wspaniała rzecz dla zrelaksowania po stresującym spotkaniu ligowym, „wyczyszczenia” głów, budowania atmosfery w drużynie – podkreśla Kaszowski. Kiedyś wyszedł ze swojego kantorka, hala była pusta. Przypałętał się któryś z koszykarzy i prosi:
– Coach, zagwiżdż.
– Po co mam gwizdać?! Co tu się dzieje, gdzie są wszyscy?
– Zagwiżdż, coach, to bardzo ważne.
Dmuchnął w gwizdek, a z dwóch różnych drzwi wybiegły starannie wystylizowane zespoły. Włosy na żelu, koszulki (po zakończeniu odbyła się ich wymiana), spodenki, nawet getry, a jak ktoś ich nie miał, to zadzierał skarpety pod kolana. Ustawili się w ordynku i w skupieniu wysłuchali hymnu Ligi Mistrzów, rozbrzmiewającego tylko w ich głowach, po czym przystąpili do gry. Zasady były te same, co zawsze: można odbijać o ściany i zsunięte drewniane trybuny, ale karą za kopnięcie w sufit jest rzut karny, bity z połowy do pustej bramki (piłka musi ciągle lecieć w powietrzu).

Żaden z nich, także najstarsi sokoli górale – Jerzy Koszuta, Maciej Klima, Jacek Balawender – nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy poniedziałkowy futbol stał się tradycją. Zgadzają się, że musieli już grać w latach 2007-09, kiedy w składzie był Adrian Mroczek-Truskowski, dobry piłkarz. Najweselej natomiast było dzięki braciom Pisarczykom, Wojciechowi („Wymyślał najlepsze jaja”) oraz Tomaszowi, który penetrował second handy równie dobrze jak strefę podkoszową, znajdując repliki klubowych koszulek.
To następny uświęcony zwyczaj – stając do walki w poniedziałkowe popołudnie trzeba mieć na sobie trykot jakiegoś zachodniego teamu.
W liczebnej przewadze jest liga angielska, ale prym wodzi facet w barwach Realu Madryt. Noszący je Bartek Czerwonka był zdolnym, ofensywnym pomocnikiem Stali, którą reprezentował aż do wieku juniora, przez jakiś czas nawet łącząc futbol z basketem. W Nowej Dębie zdobył cztery gole i asystę; koledzy nie chcieli wierzyć, ale kiedy udowodnił to stosownym wycinkiem prasowym, ochrzcili obiekt jego imieniem. – Gdy jedziemy tamtędy autokarem na północ, starsi zawodnicy celebrują chwilę mijania stadionu im. Bartosza Czerwonki, a informacja jest przekazywana następnym pokoleniom. On naprawdę wiele wyniósł z piłki nożnej – Jacek Balawender demonstruje, jak kolega rozkłada ręce, na leżąco rozpoczynając dyskusję z arbitrem.
Kiedyś „Czerwony” klasycznie wyciął przy linii bocznej Łukasza Wilczka z Legii Warszawa. Bardziej pamiętany jest jednak faul na nim. – W Zielonej Górze wyszliśmy na ostatnie minuty w rozstrzygniętym meczu; atakujemy, rywale przewrócili Bartka. Leży pod ich koszem, sędzia nie gwiżdże, tamci kontrują. Zobaczył jednak, że odebraliśmy im piłkę, więc zerwał się i macha rękami. Niestety, prawie od razu ją straciliśmy, więc Bartek położył się znowu. Ten filmik w necie był naprawdę często przewijany – Balawender poważnym tonem i miną, tudzież smutnym uśmieszkiem po mistrzowsku potęguje komizm opowieści.

Jacek i Bartek są niezastąpieni w przypinaniu kumplom piłkarskich ksywek. Kapitan Sokoła, Maciek Klima to Jan Koller, znacznie jednak zwrotniejszy i skuteczniejszy od dwumetrowego czeskiego napastnika. Kilka lat temu, w przytomności niżej podpisanego, strzelił trzy gole w ciągu minuty. Występował w koszulce West Ham United, ale ktoś mu ją zabrał, więc teraz reprezentuje Glasgow Rangers.
Balawender to Zinedine Zidane, ze względu na koszulki Realu i reprezentacji Francji, a także ubytki w owłosieniu. – Podobnego woleja też zasadził – przypomina Czerwonka. – Namawialiśmy go, żeby wygolił głowę na identyczną łysinę, jaką Zizou miał dawniej, ale zabrakło mu odwagi.
Patryk Buszta to Wayne Rooney (koszulka Manchesteru United, bramkostrzelność), a występujący w barwach Arsenalu Londyn, Adrian Inglot – Głowinho.
Strój „Kanonierów” przywdział również kiedyś uzupełniający skład II trener, Mateusz Leja, natomiast „Jerry” Koszuta gra w trykocie Olympique Marsylia.
Sebastian Szymański i Marek Zywert to dwaj nowi Turkowie w zespole, najczęściej przylepia się do nich miano Hakana Sukura.
Ich opiekun, wiele sezonów i kilogramów temu, w szkole podstawowej, był pomocnikiem zasuwającym od pola karnego do pola karnego (zresztą odnosił wówczas sukcesy właśnie w biegach – średnich i przełajowych). W konfrontacji podopiecznych stanął na bramce i odtąd jest Ikerem Kaszilliasem. – Przykładał się bardzo – zapewnia Balawender.
– Pewnie baliście się strzelać.
– Skąd! Szły bomby na trenera, ale był czujny – przekonuje Czerwonka.

Twierdzą, że w tym roku zebrał się skład na najlepszym poziomie piłkarskim. Ciekawi zawodnicy kopali tu jednak także w przeszłości. – Piotrek Ucinek miał bajer w nogach – wspomina Kaszillias. – A Tomek Fortuna w obronie czyścił wszystko. Ale gdybyś mu powiedział, że interesuje się futbolem, obraziłby się. Ma niesamowitą wiedzę i świetnie się na tej dyscyplinie zna.
Tomasz Fortuna związał się z Liverpoolem na dobre i złe. Skończył wyczynową karierę w tym samym momencie, co Steven Gerrard. – Jeden legenda i drugi legenda – kiwa głową Czerwonka. – A jak tamten wyjeżdżał do Los Angeles, to Tomek strasznie smutny chodził. Ma mnóstwo gadżetów z klubowymi emblematami; piżamy, kołdry. Na wyjazdach w soboty zawsze oglądaliśmy mecze w jego pokoju.
Obecnie nasz Madridista chadza na Ligę Mistrzów do Piwiarni Wareckiej w towarzystwie Głowinho, fana ManU – Szymańskiego, a także Marcina Sroki („Gdy mu się chce, potrafi bardzo dobrze zagrać” – opowiada o nim).

PTG Sokół kontynuuje tradycje założonego 126 lat temu w Łańcucie gniazda Towarzystwa Gimnastycznego. To właśnie Sokół w XIX wieku krzewił futbol na polskich ziemiach pod zaborami. Wszystkie spotkania kończyły się wynikami 1:0, bo grano do pierwszego gola. W poniedziałkowe popołudnia nie ma o tym mowy, trafień jest co niemiara. – Zdarzały się remontady przy różnicy 6 bramek – twierdzi „Czerwony”.
Kaszowski śmieje się, że w ich klubie można zrobić nie tylko koszykarski progress: – Niektórzy przychodzili tu jako zupełne piłkarskie „ogórki” i z miesiąca na miesiąc nabierali ogłady.
Nisko zaawansowany technicznie był m.in. Marcin Pławucki, który ksywę Janusz Gol przejął po Jaromirze Szurleju, piekielnie szybkim, pochodzącym z Łańcuta rozgrywającym, który wyjechał do USA. – Marcin w pierwszym sezonie nie potrafił prosto kopnąć piłki, a w drugim już bramki strzelał – opisuje Bartek.
Rafał Kulikowski nie tylko się wyrobił, ale bardzo futbol polubił. A w zimie zaliczył mecz życia, zdobywając dziewięć goli. Uderzał nawet z 20 metrów, a przeciwnicy bali się do niego podchodzić.
– Kiedy trener wspomina o transferach, mówimy mu, żeby wziął pod uwagę, czy gość nada się do gry w piłkę – podsumowuje ze śmiechem Jacek.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.