Nie jestem chałturnikiem

Chwilami to rozmowa, chwilami pojedynek na słowa. Podsumowanie sezonu Armatury Elitesek UEK w wywiadzie z trenerem drużyny, Tomaszem Klockiem. Dyskusja o przeszłości, ale i przyszłości – zwłaszcza jego własnej.

– Celem sportowym był awans, więc zadowolonym być nie można, bo nawet nie mieliśmy szansy gry w barażach – nie owija w bawełnę szkoleniowiec krakowianek. – Okazało się, że Legionovia jest taka mocna, że nikt – jak dotąd – nie mógł jej pokonać.
– A zastanawiałeś się – dlaczego? Najpierw nie udało się uniknąć Legionovii w play off – czyli zająć drugiego lub trzeciego miejsca – a teraz nie udało się jej przejść.
– Jeżeli popatrzymy na potencjały drużyn, które nas wyprzedziły, to nie wiem, czy nie są lepsze. Legionovia budowała skład bardzo doświadczonych siatkarek od dwóch lat – i to jest dobry pomysł. W Murowanej Goślinie trzy byłe reprezentantki Polski: Strządała, Malinowska, Archangielska, wzmocnione kilkoma młodszymi, Raś i Fedorów to też przecież nie ułomki. Chemik Police już starym składem (z pozyskanymi na początku sezonu Sobolewską i Kaliszuk) był bardzo groźny, a wzmocniony Cekową, Jordańską i Zielińską to wręcz potęga. Nie byliśmy najsilniejsi kadrowo w tym gronie.
– Tak, tylko sport to nie czysta matematyka i nie czysty biznes. Wygrywają w nim nieco niżej klasyfikowani, którzy lepiej się przygotują i przebiją przeciwnika wolą walki, zaangażowaniem, odpornością psychiczną.
– W jednym spotkaniu czy dwóch jest to możliwe, ale statystyka jest bezlitosna i na dziesięć spotkań osiem się przegra.
– W play off często wystarczą trzy mecze i półtora tygodnia wysokiej formy.
– Teoretycznie na Legionovię mieliśmy patent, pozostaje kwestia, czy założenia taktyczne zostały do końca zrealizowane. Jednak nie da się zagrać idealnie. Trudno mieć pretensję, że ktoś raz czy dwa zaserwował w libero, zaatakował nie w tę strefę, gdzie powinien, czy pomylił się w ważnym momencie. Wygraliśmy w Murowanej Goślinie, w Policach byliśmy blisko, Legionovię u siebie ograliśmy z przytupem, a w kilku innych meczach brakło nam końcówek. Może właśnie dlatego, że bardziej doświadczone, pewniejsze siebie dziewczyny są lepsze w końcówkach.
– Ale dwie doświadczone zawodniczki, z ekstraklasowym stażem – Justyna Ordak i Agnieszka Starzyk-Bonach – stały u was przez większość sezonu w kwadracie. To się nazywa niewykorzystanie potencjału.
– Scenariusz niestety był taki, że obie zaczęły sezon w podstawowym składzie. Wychodziły w nim także w okresie przygotowawczym, podczas sparingów i w pierwszej fazie ligi. Ale rozpoczęliśmy od trzech porażek, byliśmy na dziewiątym miejscu. Mieliśmy problem, coś trzeba było zrobić. Można było albo zmienić trenera, albo zmienić coś w zespole. Sprawdziły się zmiany w zespole podczas meczu w Goślinie. Wygraliśmy tam, a potem serię kolejnych spotkań ligowych i pucharowych.
– A nie można było inaczej skalkulować korzyści? Postawić na nie wcześniej, żeby były bardziej ograne, w dobrej dyspozycji w decydujących meczach sezonu?
– Justyna weszła w I secie sobotniego meczu z Legionovią, bo na treningach w tygodniu prezentowała się bardzo dobrze. Jednak już w niedzielę, z nią w szóstce, przegraliśmy pierwszego seta do 14. Wyszła Iwona Kuskowska i wygrywamy seta. W jaki sposób na to patrzeć?
– Mówimy o końcówce sezonu, po długim okresie przebywania Ordak w rezerwie. Postęp Iwony Kuskowskiej, jej obecny poziom, są naprawdę imponujące. Ale gdyby Justyna więcej grała wcześniej, być może ustabilizowałaby się na poziomie, na który ją stać – a który pokazała dawniej w ekstraklasie.
– Powtarzam – miała możliwość stałej gry na początku i zaczęliśmy od trzech porażek i dziewiątego miejsca.
– Wytłumaczeniem tamtych porażek może być kontuzja libero, Lucyny Borek. Generalnie, wydaje mi się, że złożyło się na nie kilka przyczyn, które potem ustąpiły, a występy Ordak i Starzyk-Bonach, czy ich brak – nie były tu decydujące.
– To jest może troszeczkę szukanie czarów – z jedną zawodniczką na boisku się wygrywa, a z drugą przegrywa i nie wiadomo dokładnie – dlaczego. Ale ja wiem dlaczego. Dlatego że Iwona miała od dwóch lat przećwiczone nasze założenia w obronie i więcej piłek „podnosiła”, lepiej ustawiała blok. W zagrywce była bardziej systematyczna, może zdobywała w ten sposób mniej punktów, ale przy tym robiła mniej błędów…
– Ale ona nie ma tak świetnego serwisu jak dawniej.
– Nie musi. W tym roku mieliśmy założenie, że mamy zespół lepiej wyszkolony technicznie i nie musimy robić bezpośrednich punktów, bo jesteśmy w stanie wywalczyć więcej w obronie i w kontrach. A więc bezpośrednie punkty z zagrywki nie są naszym celem. Dopiero jak przeciwnik ma atomowy atak – wtedy ryzykujemy zagrywką.
– No tak, tylko gdy przyszło do takiej konieczności – to nieszczególnie ta ryzykowna zagrywka wychodziła, bo wcześniej rzadko się ją wykonywało…
– Porównujesz zagrywkę Justyny i Iwony?
– Nie. Chodzi mi o całą drużynę, odnoszę się do tego ogólnego stwierdzenia: „Nie ryzykujemy zagrywką, bo mamy inne atuty”. Potem, w ostatnim meczu z Legionovią, połowa zawodniczek serwowała dosyć prosto.
– Prosto, ale zyskiwaliśmy niezbędną przewagę w przyjęciu. Z Legionovią taktyka zagrywki polegała na zagrywaniu po Gierak albo po Plebanek, bo były najsłabszymi punktami i chcieliśmy przy okazji wyłączyć ich środkowe. I twierdzę, że dopóki byliśmy konsekwentni, to działało – nie psuliśmy zagrywki, żeby nie oddawać inicjatywy.
– W niedzielę zagrywaliście na Gośkę Plebanek – dość prosto, żeby w nią trafić – i na ogół sobie radziła.
– Ale grała tylko na 40% przyjęcia.
– Ale podbijała piłkę tak, że mogły wyprowadzić atak i zdobywały punkty. Co więcej trzeba, skoro Legionovia wygrała mecz?
– To jest taka filozofia – gdybyśmy ryzykowali zagrywką i robili mnóstwo błędów, to dostalibyśmy w skórę do 13 czy do 14. Bo Legionovia to taki przeciwnik, który nie pozwoli ci na błędy i wykorzystuje każdą słabość.
– A gdybyście ryzykowali zagrywką i to się powiodło – być może awansowalibyście do finału. Możemy się tak droczyć do wieczora.
– Analizuję grę przeciwnika, analizuję statystyki – to co robiliśmy w poszczególnych setach, meczach. I widzę, że jak robimy jeden czy dwa błędy więcej niż taki przeciwnik jak Legionovia, to przegrywamy 5-6 punktami. Gdy robimy porównywalną liczbę błędów, to jesteśmy w stanie doprowadzić do wyrównanej końcówki, jeżeli one robią więcej błędów – to wygrywamy seta. Być może w niedzielę zagrywka była zbyt lekka, w sobotnim meczu po drugiej stronie była Gierak, która nie radziła sobie w przyjęciu. A w niedzielę Plebanek „ustała” i chwała jej za to, bo w innych meczach przeciwko nam „nie ustała” i musiała usiąść na ławce rezerwowych.
Wracając do kwestii rozgrywających, spytam bezczelnie: po co w takim razie ściągałeś Justynę Ordak, skoro ma tyle wad?
– A kto powiedział, że ma wady?
– Ty. Chodzi o wady sportowe.
– Powiedziałem tylko, że Iwona w pewnych elementach jest lepsza od Justyny. Z kolei Justyna ma szerszy wachlarz rozwiązań rozgrywającej. Ale to czy zespół gra skutecznie z tą czy inną rozgrywającą wynika po prostu z obserwacji – czy wygrywamy sety i jaką mamy skuteczność w ataku.
– Zamykając ten wątek. Zastanawiam się, czy tu nie decydowały kwestie ludzkie – lojalności, sympatii? Kiedy w maju ubiegłego roku nagle „zbiednieliście” i proponowaliście niższe kontrakty, wiele zawodniczek odeszło, a Iwona została. I teraz nie można było zrobić jej krzywdy, skoro tak ładnie się zachowała. Co jestem w stanie zrozumieć, ale to nie ma nic wspólnego z chłodną kalkulacją możliwości służących osiągnięciu celu.
– Nic podobnego, to by było piłowanie gałęzi na której się siedzi. Iwona zrobiła taki postęp, że można ją porównywać z solidną rozgrywającą. Wręcz powiem – wygrała z nią konkurencję. Za chwilę będą o nią pytać zespoły wyżej klasyfikowane niż nasz.
Podobnie jest z Basią Kubieniec, która przez większość sezonu siedziała na ławce, ale pilnie pracowała, aż w końcu eksplozja jej formy nastąpiła w play off. Okazało się, że nie jest gorsza, a nawet jest lepsza od bardziej znanych zawodniczek – po drugiej stronie siatki i w naszym składzie. I mówimy tu o dziewczynach poddanych temu samemu treningowi. Gdybym tak myślał jak mówisz, to wstawiłbym Magdę Żochowską przed Basią, bo Magda też ładnie się zachowała w trudnym momencie.
– W maju mówiłeś w wywiadzie: „Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon, ponieważ nowy zespół jest bardzo obiecujący. Po raz kolejny pozytywnie zadziwi”. Chciałeś udowodnić, że coś się da zrobić z taką drużyną. Ale potem przyszedł nowy sponsor, pieniądze, za które pozyskaliście siatkarki z ekstraklasy. A ty zachowywałeś się, jakbyś ciągle chciał udowodnić tamto twierdzenie.
– To trochę mylne. Fakt, że pozwala się grać zawodniczkom ściągniętym z niższej ligi i daje się im szansę na rozwój, to może być nietypowe postępowanie. Najczęściej trenerzy idą na łatwiznę, ustalają sobie wyjściowy skład na podstawie nazwisk i on gra, a pozostałe są mięsem armatnim na treningu. I to jest standard bezpieczny, bo z nikim się nie wpada w konflikt, działacze i sponsorzy są zadowoleni, bo grają ci, którzy zarabiają największe pieniądze, a pozostali są tłem.
– To nieco obłudne pytanie z mojej strony, bo mnie się osobiście podoba stawianie na młode zawodniczki. Ale gdzie tu pragmatyzm?
– To jest polityka kadrowa – albo masz szóstkę czy siódemkę, od której jesteś uzależniony na dobre i na złe, albo będziesz trzymał całą drużynę w gotowości. „Młode” na tym skorzystały. Czy skorzystały „starsze”?… Trudno powiedzieć.
– A czy na tych wszystkich roszadach w składzie skorzystała drużyna i czy skorzystał na tym klub? Stałość i automatyzm są przecież wartościami w siatkówce.
– Być może. Powtarzam po raz kolejny – na początku nasz doświadczony skład spędzał 80% czasu na parkiecie. Moim obowiązkiem było wymyślić metodę, która odwróci tamte kiepskie wyniki. Ale i tak planowałem wprowadzanie „młodych” do gry. Taką prowadzimy politykę od kiedy jestem w tym klubie i do tej pory nam się to sprawdzało.
– Wiosną 2010 roku zanegowaliście fetysz dobrej atmosfery, która ma decydować o wynikach. Tajemnicą poliszynela jest, że po dwóch pierwszych meczach finałowych z Wisłą, kiedy był remis, a czekała was rywalizacja na Reymonta, doszło do olbrzymiej awantury na treningu. Skończyła się na tym, że jedna z zawodniczek wyszła z sali mówiąc, że ona nie musi już grać w waszym klubie… Jakoś doszliście do porozumienia i odtąd prezentowaliście się rewelacyjnie i wygrywaliście już wszystko do końca sezonu. Wydawało się, że konflikty w obecnej drużynie też będą zaczynem zwycięstw, ale tak się nie stało.
– Nie pamiętam, żeby ktoś wyszedł z sali. Atmosfera w tamtej drużynie była doskonała.
W porównaniu z obecną?
– W porównaniu ze średnią panującą w różnych zespołach. Wtedy, momentami, była aż za dobra. Nieporozumienia to rzecz normalna, można wtedy „po męsku” porozmawiać. Choć to nie znaczy, że jak nie ma konfliktu, to trzeba go wywołać. Są trenerzy, którzy tak uważają, ale moim zdaniem to bzdury. Generalnie – nie ma to znaczenia, ani pozytywnego, ani negatywnego. Tak się docierają ludzie w grupie. Dwa lata temu – po awansie z drugiej do pierwszej ligi – aż się przestraszyliśmy, że dziewczyny na boisku będą się trzymać za ręce zamiast grać w siatkówkę, tak było fajnie.
– Ale teraz już nie było tak fajnie?
– No nie, bo trafiliśmy na inne charaktery. Nie mamy doświadczeń z pracy z dziewczynami z ekstraklasy, bo m.in. nie mamy pełnych informacji o nich – np. nie znamy historii ich tzw. „przejść”. Ale też nikt nie jest święty, każdy ma swoje grzechy, tylko trzeba się z tego wydobyć i mieć wolę poprawy. Chyba, że dobrej woli nie ma, a jest wola zła, to wtedy trzeba postawić na kimś krzyżyk.
– Na ilu zawodniczkach z obecnego składu postawiłbyś krzyżyk?
– Nie jestem przekonany, że prezes, w pierwszej kolejności, nie postawi krzyżyka na kadrze szkoleniowej…
– Załóżmy, że nie – chodzi mi o odpowiedź na pytanie, ile dziewczyn cię zawiodło.
– Chyba najpierw trzeba by spytać ich, które chciałyby zostać, gdybym ja był trenerem (śmiech). Na pewno znajdą się takie, które nie zechcą. Chwilami była to kwestia zaufania – u niektórych nie zdobyłem aż takiego, żeby mogły się bardziej poświęcić na treningu, wykazać więcej zaangażowania. I pewnie niektóre z nich nie miały mojego zaufania adekwatnego do ich możliwości i przesiedziały trochę zbyt długo na ławce, z czym chyba zbyt łatwo się pogodziły. Ale graliśmy w otwarte karty, rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, że wszystkie, od początku do końca, bez względu na nazwiska, mają być pożyteczne i gotowe do gry.
– Po zaskakującej porażce z Pszczyną pojawiły się plotki o twojej dymisji. Były o tyle bzdurne, że trener przedstawiany jako następca miał inne zobowiązania, które bardzo utrudniały mu podjęcie pracy w Armaturze Eliteskach, zresztą wcale się do niej nie garnął. Ale te plotki były też symptomatyczne; pokazywały nastroje i oceny waszej postawy.
– Już wcześniej dziewczyny zaczęły protestować, że jest „za ostro”. Wystąpiły jako cały zespół i poskarżyły się prezesowi. Zdaniem Bartka – prezesa – trzeba było przekazać więcej odpowiedzialności na stronę zawodniczek. Dać im więcej spokoju, nie naciskać na nie. Padło nawet sformułowanie, że są to ludzie, z którymi trzeba inaczej rozmawiać. Ja na to: „Bartek, mam pewną koncepcję, z którą tu przyszedłem. Podjąłem tę pracę, aby tę koncepcję realizować, a nie po to, by zarabiać kokosy. Chcę wykonać moją robotę najlepiej jak potrafię. Uważam, że powinno to być tak i tak poustawiane, że powinniśmy wywierać presję i twardo rozliczać za to, co robią na treningach i na meczach. Jeśli chcesz mieć człowieka, który przystanie na to, co one wymyślą, pozwoli im trenować na pół gwizdka, a mocniej tylko od czasu do czasu – to weź sobie chałturnika. Weź człowieka, który nie narazi się zawodniczce, nie powie jej złego słowa, nie nadepnie na odcisk, bo za chwilę mogą spotkać się w innym klubie. Zawoła trzy razy więcej pieniędzy, a na koniec powie >pardonsio, prezesie, nie udało się<. I z uśmiechem się rozstaniecie, bo on i one mają nazwiska, a ty nikomu nie będziesz chciał zrobić krzywdy. A ja całe serce i całe zaangażowanie w to wkładam, robię to tak, jak mi sumienie i doświadczenie nakazuje. To, że trzeba tę śrubkę przekręcić dwa razy w prawo i potem raz w lewo, naoliwić, znowu przykręcić i znowu odkręcić – taka to jest niewdzięczna robota”.
– A gdzie tu zdolność do kompromisów? Twoje zasady są niezmienne?
– Nie ukrywam, że popełniłem w tym sezonie kilka poważnych błędów. I na początku i być może w trakcie. Zastanawiam się tak jak ty, czy nie trzeba było więcej – nawet za cenę porażek grać zawodniczkami doświadczonymi. Tylko, że mieliśmy ciągle nóż na gardle, bo gonił nas Jadar Radom i miejsce w czwórce było niepewne.
– Obawiasz się decyzji prezesa odnośnie twojej przyszłości w klubie?
– Nie, sam zastanawiam się, co powinienem zrobić. Praca trenera na poziomie profesjonalnym zajmuje większość dnia. To nie tylko trening, ale też analiza meczów, analiza statystyk, przygotowanie planów ćwiczeń. Jest to niepewny fach, a krakowska Akademia Wychowania Fizycznego, gdzie jestem pracownikiem dydaktyczno-naukowym, to moja przyszłość. Zbliżają się tam terminy, których przesunąć już nie można – jak np. obowiązek habilitowania się. A niestety, doby nie rozciągnę.
– Nie wiadomo, co będzie tez z finansowaniem zespołu. Nie jest wykluczony wariant oszczędnościowy, jaki mieliście przerabiać już w minionym sezonie. W takiej sytuacji pewnie drużyna byłaby młodsza i mógłbyś robić więcej po swojemu…
– Nie ukrywam, że wolę pracę trenera młodzieży – nauczyciela. Ludzie są bardziej plastyczni, a poza tym efekty są przede wszystkim wynikiem twojej pracy. W seniorskiej drużynie dostajesz ludzi, których nie możesz zmienić. I nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że mają nawyki ruchowe i zachowania na boisku tak trwale ukształtowane, że nie są w stanie ich przełamać. To było widać także w ostatnich meczach z Legionovią.
Spełniam się w pracy z ludźmi, których mogę czegoś jeszcze nauczyć, albo którzy chcą się czegoś ode mnie nauczyć. Chałturzenie, natomiast, mnie nie interesuje, nawet za duże pieniądze.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*