Niespełnienie

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 7 i 9 grudnia 1989 r. Autor: Ireneusz Pawlik.*

Wychodząc z hotelu Grand nieczęsto możesz zobaczyć osobę, która unika ciebie jak najgorszych wspomnień. Bo to właśnie ty chcesz je ewokować i zburzyć tym samym spokój, który z takim mozołem sobie budowała przez 22 lata. Gdy więc otwierasz drzwi i stajesz oko w oko ze szczupłą niewiastą w dżinsach, z narzuconą na ramiona długą, skórzaną kurtką, stajesz osłupiały i zapominasz języka w gębie. Jak raptem oniemiały patrzysz jej natarczywie w oczy, a ona omamia cię obojętnym spojrzeniem i mija jak kosz na śmieci. Ona przecież nie wie, że to ty ją osaczasz od czterech lat.

Wiem, jesteś pismakiem i to cię tłumaczy, ale czy usprawiedliwia twoją nachalność? Zadzwoniłeś nagle do Ireny Szewińskiej i z zaskoczenia poprosiłeś ją o telefon do twojej ofiary. Szewińska dała ci ten numer, potem pewnie żałowała. Zacząłeś więc wydzwaniać do tej, o którą ci chodziło. Rano, w południe, wieczorem. Zawsze odbierała jej matka. Albo to ona podawała się za swoją matkę, aby się ciebie pozbyć. Znam cię jak nikt, wiem, że potrafisz się zawziąć i dzwonić do upadłego. Nie dawałeś jej żyć. Aż przestała podnosić słuchawkę. Wtedy dopiero odpuściłeś, przestałeś ją terroryzować telefonicznie.

Wiedziałem jednak, że tylko się przyczaiłeś. Więc gdy usłyszałem, że jedziesz na zjazd Wunderteamu do Spały, od razu domyśliłem się, po co się tam wybierasz. Miałeś nosa – była tam. Podszedłeś do jej stolika i obcesowo siadłeś obok. Nalegałeś uparcie, choć bez skutku, aż Maria Kwaśniewska-Maleszewska cię mitygowała. Potem wszędzie zaczepiałeś tę, która odmawiała ci rozmowy: na schodach, w hali, podczas spacerów i posiłków? Zachowywałeś się jak nie dopuszczający myśli o porażce brytan, który chce zaszczuć zdobycz. Czy nie widziałeś jej przerażonego, rozbieganego spojrzenia, w którym była tylko rozpaczliwa chęć ucieczki? W końcu dopiąłeś swego, prawie wybłagałeś od niej zdawkową wypowiedź na temat zjazdu. Ale tym prześladowaniem obrzydziłeś jej być może zamiar czynnego włączenia się do pracy w PKOl., do czego namawiała ją Maria Kwaśniewska-Maleszewska.
Później zmieniłeś taktykę. Chciałeś nakłonić ją do rozmowy za pomocą bardziej dyplomatycznych sposobów. Poszedłeś do Energomontażu-Północ i poprosiłeś jej przyjaciółkę z pracy o pośrednictwo w pertraktacjach. Trwały one długo, gdyż twoja niedoszła rozmówczyni przebywała na Węgrzech, pracując na budowie eksportowej w Gyongyes lub Visoncie. Ostatecznie i tym razem dostałeś odpowiedź odmowną.

Nieustępliwie próbowałeś dalej. Na jakichś zawodach przysiadłeś się do trenera Edwarda Bugały, który był ostatnim szkoleniowcem prowadzącym tę, o którą ci chodziło. To właśnie u niego schroniła się na dwa tygodnie, gdy radio obwieściło ów wyrok. Rozmawialiście w palącym słońcu, pot spływał ci po plecach nie tylko wszak z upału. Zwijałeś się jak piskorz, wyjaśniając powody, dla których chcesz pisać o jego byłej podopiecznej. Na koniec dopiero powiedziałeś, że przychodząc do pracy przyrzekłeś sobie, że napiszesz o trojgu sportowców. O dwóch z nich już napisałeś, została już tylko ona; nie spoczniesz dopóki tego nie dokonasz.
Uwierzył ci. Jest przecież trenerem, rozumie co to znaczy sportowa ambicja. Obiecał pomóc. Czekałeś. Bezowocnie. Pojechałeś do Warszawy i od razu poszedłeś na Skrę. Spiekł raka i jeszcze tego samego dnia poszedł do niej. Nazajutrz podążałeś na spotkanie z nim, żeby usłyszeć wyrok. Zgadłeś – brzmiał: nigdy! Bezwzględności tej odpowiedzi towarzyszyła prośba o odstąpienie od pisania o niej. Trener podzielał jej zdanie i lojalnie nie wyraził zgody na rozmowę dotyczącą osoby, do której był emisariuszem. I to też cię nie zdziwiło.
Natychmiast po tej rozmowie przystąpiłeś do pracy nad tym tematem.

Ryszarda Warzecha-Rurka czyli koleżanka:

Byłyśmy z Ewą Kłobukowską rówieśniczkami, ale ja byłam o klasę wyżej w Technikum Ekonomicznym we Włochach, które mieściło się najpierw przy ulicy Potrzebnej, a potem przy Solipskiej. Szkoła była żeńska, nie wiem, czy w klasie Ewy był jakiś chłopak, w mojej było ich zaledwie trzech. Przy szkole było coś co trudno nazwać boiskiem, obok coś podobnego do skoczni, ale nie było bieżni. Mieliśmy za to profesorkę-entuzjastkę od wuefu, organizowała różne zawody, mimo że była już w ciąży.
Urządziła nam sprawdzian biegowy. Ja nie chciałam biec z Ewą, która chodziła do młodszej klasy, lecz z kimś starszym, aby osiągnąć lepszy wynik. Ale oglądałam tylko pięty Ewy. To ta profesorka zaprowadziła nas obie do Skry, chyba było to w 1962 r.
Byłyśmy razem w klubie i potem w kadrze, jeździłyśmy na zgrupowania do Spały, Szklarskiej Poręby. Ewa była sympatyczna i zawsze uśmiechnięta, ale chyba nie miała jakiejś takiej przyjaciółki od serca. Chyba ja byłam jej najlepszą koleżanką. Ale to nie był typ osoby, która się zwierza albo wypytuje o czyjeś sprawy. Niewiele się o niej wiedziało. Raz moje imieniny wyprawiłyśmy u niej, na Bagnie. Ona bardzo chętnie widziała gości u siebie, była towarzyską dziewczyną, potrafiła się zabawić, ale miała swoją dyscyplinę wewnętrzną.

Regina Morawska czyli wychowawczyni:

Ukończyłam AWF, choć sama nigdy nie uprawiałam sportu. W Technikum Ekonomicznym były nędzne warunki do prowadzenia lekcji WF. Sala gimnastyczna 12×8 m powstała z klasy lekcyjnej powiększonej przeze mnie o pokój nauczycielski. Z podwórka, po którym chodziły kury, wygospodarowałam boisko do siatkówki, rzutnię, rozbieg do skoku w dal i wzwyż. Z 20-30-metrowego rozbiegu Ewa skoczyła w dal 4,80 m. Była tak niesłychanie dynamiczna, że doszłam do wniosku, iż jeśli tyle mniejszych talentów uprawia sport, to tym bardziej ona powinna. Początkowo trzeba było ją namawiać do treningów, robiła to niechętnie, nie akceptowała, ale potem wykazywała wielką ochotę, tym bardziej że robiła wielkie postępy.
Woziłam całą grupę na Skrę i gdy Ewa zrobiła 7.7 s na 60 metrów, to pan Iwaniuk chciał ją zabrać na obóz. Na swój pierwszy w życiu obóz sportowy pojechała będąc w II klasie. Potem chodziła na Skrę na treningi u pana Szczepańskiego. Wzięła udział w sprawdzianie młodych talentów w Bydgoszczy i naderwała sobie ścięgno. Pauzowała rok. Potem ćwiczyła pod okiem pana Piotrowskiego. Szkołę reprezentowała w różnych zawodach, aż do końca nauki w niej, nawet gdy już była reprezentantką Polski. Nadal tez chodziła na lekcje WF. Była bardzo zdyscyplinowana, nie potrafiła odmówić nikomu. Gdy zdawała na SGPiS, to dzień wcześniej startowała w Chorzowie – przyjechała jednak na egzamin i jeszcze tego samego dnia wróciła na zawody samolotem. Więcej jej zależało na sukcesie drużyny niż własnym. Po jej wspaniałym biegu na ostatniej zmianie na ME w Budapeszcie, pytałam jak tego dokonała, że odrobiła 10 metrów straty i zwyciężyła ze sporą przewagą. Odpowiedziała: „Miałam tylko jedną myśl: wyprowadzić naszą sztafetę na pierwsze miejsce. Za wszelką cenę”.

– Była w szkole bardzo lubiana, nie była zarozumiała, woda sodowa nie uderzyła jej do głowy. Gdy startowała na olimpiadzie w Tokio, to koleżanki z klasy prowadziły jej zeszyty. Była dobrą matematyczką, umysł miała ścisły. Była ambitna nie tylko w sporcie. Jej ojciec, inżynier budowlany, gdy został członkiem komitetu rodzicielskiego bardzo pomagał przy budowie nowej sali gimnastycznej. Nawet gdy Ewa ukończyła szkołę, to nadal utrzymywała kontakt ze mną. I dlatego wiem, że wyrządzono jej straszną krzywdę. Żal mam zwłaszcza do pana Piotrowskiego.
Przypuszczam, że Ewa po tym wszystkim znienawidziła sport. Ale ktoś mi opowiadał, że już w latach 70. puszczała koleżankom nagraną z radia taśmę z głosem Bohdana Tomaszewskiego, który emocjonował się jej wspaniałym finiszem w Budapeszcie. One patrzyły na nią badawczo, a jej nawet powieka nie drgnęła, jakby ze sportem nie wiązały się żadne jej złe wspomnienia, jedynie te najlepsze.

Jadwiga Kochut czyli obecna dyrektorka szkoły:

– Uczyłam Ewę polskiego. Potem chodziła tu jej młodsza siostra – Elżbieta, nie uprawiała sportu, choć lepiej się uczyła. Mamy tu w szkole jeszcze dyplomy Ewy. Bardzo dobrze rozumiała się z panią Morawską, nauczycielką WF, pamiętam jak kiedyś zamknęły się i płakały nad dwójką Ewy z niemieckiego. W IV i V klasie pani Morawska była jej wychowawczynią.
Klasa Ewy była moją pierwszą w życiu klasa maturalną. Ewa to bardzo średnia uczennica, z polskiego dostateczna. Tu jest karta jej ocen, w początkowych klasach zdarzały się jej oceny niedostateczne na okres. W pierwszym okresie roku szkolnego 1964/65 nie była klasyfikowana: odbywała się wtedy olimpiada w Tokio. W kronice szkolnej jest kilka wpisów na temat Ewy i widokówka przysłana przez nią z tej olimpiady.
5 grudnia 1964 r. odbył się w szkole podwieczorek na cześć olimpijczyków: Ireny Kirszenstein, Andrzeja Badeńskiego, naszej uczennicy Ewy Kłobukowskiej i ich trenera pana Piotrowskiego. Przedstawiciel Ministerstwa Oświaty, pan Żołnierkiewicz powiedział, że zostały zatwierdzone plany budowy stadionu obok szkoły. Obecny był także ówczesny kurator oświaty – Jerzy Kuberski, późniejszy minister, ale okazało się, że budowa stadionu to była tylko czcza obietnica. Powstał on dopiero w kwietniu 1989 r. i kosztował 33 mln złotych.

Teresa Kownacka-Leśniewska czy świadek:

Przyprowadził ją chyba do Skry Józef Iwaniuk, który był w naszym klubie trenerem-koordynatorem sekcji i miał kontakt ze szkołami. Był specjalistą od oszczepu i dlatego potem łatwo oddał ją do centralnego szkolenia.
Ewa była silną dziewczyną o chłopięcej budowie. Ja już kończyłam karierę, prowadziłam nawet grupę dziewcząt, ale gdy po raz pierwszy startowałyśmy razem na stadionie X-lecia, wiedziałam, że takiej zawodniczki jeszcze w lekkiej atletyce nie było. Ona sama była zdumiona swymi wynikami. Pamiętam, że na zawody często przychodził jej brat.
Jej cechy? Przede wszystkim skromność i bezpretensjonalność. Zupełnie inny był sposób bycia Ireny, która była wyniosła i niedostępna, może nieświadomie, ale wytwarzała dystans. Ewa była bezpośrednia. Gdy poszliśmy na dworzec, by powitać ją, wracającą po niezapomnianym finiszu w naszej sztafecie na ME w Budapeszcie w 1966 r. cała rozpromieniona opowiadała: „Żebyście wiedzieli w jakim tłoku jechałyśmy. Ale zobaczyła nas starsza pani i powiedziała, żeby zrobić miejsce, bo moje nogi są na wagę złota”. Cieszyła się jak dziecko.
– Po olimpiadzie w Tokio dostała kawalerkę na Bagnie, była zadowolona z niej, zaprosiła koleżanki, mnie, Krysię Kacperczyk, inne… Dzisiaj drzwi do jej mieszkania są wygłuszone, obite skórą, zabezpieczone w cały system zamków. Jakby chciała się odgrodzić…

– Na zakończenie kariery w połowie września 1967 r. otrzymałam specjalną nagrodę; ufundowaną przez zrzeszenie sportowe Budowlani, któremu podlegała Skra, wycieczkę na Puchar Europy do Kijowa. Siedzieliśmy wtedy na trybunach i czekaliśmy, czy Ewa wyjdzie na start. Nie wyszła.
U nas wstrzymywano się z pisaniem na jej temat, a na Zachodzie wybebeszono te sprawy. Dlatego nie miała tam po co wyjeżdżać. Proponowano jej bowiem ponoć w klubie wyjazd do pracy za granicę (do Szwecji?), aby tutaj wszystko ucichło.
Ona tymczasem czekała na pakowanych walizkach na kolejne zawody, ale z PZLA nikt nawet nie zadzwonił, aby jej o wszystkim powiedzieć. Stała się nagle niepotrzebna, taka kula u nogi. A dla niej sport był wszystkim.
Jej ojciec pracował w budownictwie i prostacy jej dokuczali. Do niej również dzwonili i dlatego jej numer telefonu jest zastrzeżony. Dlaczego jednak nie zmieniła nazwiska? Bardzo dużo serca w tych trudnych chwilach okazała jej Kalina Jędrusik-Dygatowa. Okazało się, że nie jest wcale taka jak w filmach, gdzie grała frywolne role, lecz wyjątkowo opiekuńcza.
Kiedyś spotkałam Ewę u fryzjera, fryzjerki tez ją rozpoznały. Przychodziła jeszcze niekiedy na zakończenie sezonu w Skrze, ale wynikało to raczej z jej zdyscyplinowania niż chęci przebywania w tym środowisku. Zawsze była osobą solidną, punktualną i zaangażowaną w reprezentowanie klubu na zewnątrz.

Maria Piątkowska czyli kapitan drużyny:

Nie udzielam wywiadów, ale gdy usłyszałam, że chodzi o Ewę, to zgodziłam się bez wahania. Zrobiono jej taką krzywdę…
Pamiętam, że rozpoczynał się któryś sezon i na treningi naszej grupy, którą prowadził Andrzej Piotrowski, przyszły Irena, Ewa i inne młode dziewczęta. Byłyśmy grupą sprintersko-płotkarską, która ćwiczyła na stadionie AWF. W jej skład wchodziły zawodniczki z różnych klubów. Ja i Celina Jasionowska-Gerwin z Legii, Halina Górecka i Ela Bednarek z Warszawianki, Halina Krzyżańska z LZS, Irena Kirszenstein z Polonii, Ewa ze Skry. Nie wiem dlaczego, ale nazywano nas grupą „Wiatrak”. Byłyśmy w kadrze, ćwiczyłyśmy razem, wspólnie jeździłyśmy na zawody, dzień w dzień przebywałyśmy razem. Trwało to dwa lata, gdyż ja zakończyłam karierę w 1964 r., ale jeszcze przez cały ten ostatni dla mnie sezon startowałyśmy razem z Ewą w reprezentacyjnej sztafecie, rozstałyśmy się dopiero po olimpiadzie w Tokio. Gdy odbywały się nasze wewnętrzne eliminacje do sztafety, źle się czułam.
Z Ewą dzieliła mnie różnica pokoleń. Każda z nas miała jakieś obowiązki. Ewa i Irena chodziły do szkół średnich, Halusia i Celina pracowały w biurze, ja prowadziłam w Legii zajęcia z dziewczynkami. Każda z nas, starszych, miała dom, rodzinę. Nie było czasu na życie towarzyskie, niekiedy tylko po ważnych startach były jakieś potańcówki, i bez alkoholu było wesoło. Więcej przebywałyśmy razem na zgrupowaniach, w Spale, w Zakopanem. Ale nie były to długie zgrupowania i nie odbywały się zbyt często. 2-3 razy w roku po 10 dni albo dwa tygodnie. Za to były bardzo intensywne i dlatego nie miałyśmy czasu na rozrywki, ot, czytanie książek, rozmowy, karty…

– Ewę bardzo lubiłam. Weszła do naszej grupy jak słoneczko, taka miła, wesoła i koleżeńska. Szczerze cieszyła się z osiągnięć innych i martwiła się, gdy coś komuś nie wychodziło. Byłam akurat kapitanem drużyny w reprezentacji i czuwałam, żeby nie było nieporozumień; z nią nigdy nie miałam żadnych kłopotów, była łagodna i pogodna. W ogóle panowały koleżeńskie stosunki. Po zawodach starałyśmy się raczej zwrócić ku tej, której się nie udało, a nie chwalić te zwycięskie. Młode – Irena, Ewa, Ela Bednarek – odnosiły się do starszych z szacunkiem, mówiły do nas per ?pani?, to były przecież jeszcze dzieci. Wszystkie byłyśmy podporządkowane trenerowi, choć tak się złożyło, że Andrzej Piotrowski kończył AWF rok po mnie i był moim kolegą.
Ewa nie była jednak zahukana, bojaźliwa, była po prostu bardzo grzeczna, bardzo delikatna, nikomu żadnej przykrości nie zrobiła. Żadnych ujemnych cech u niej nie zauważyłam, a jestem przecież nauczycielką, a więc osobą wyspecjalizowaną w obserwowaniu i ocenianiu. Dlatego do dziś nie mogę się z tym pogodzić, że podli ludzie tak bardzo ją skrzywdzili.
Kłobukowska chciała w sporcie bardzo wysoko zajść. Wiedziała, że za pomocą solidnego treningu osiągnie znakomite wyniki. Jestem pewna, że byłyby to niesamowite rezultaty. Miała wrodzone cechy, takie jak szybkość, wytrzymałość, siła, wzrost, długość kroku. Usilnie trenowała, nieraz bywało, że zwracała…
W górach aplikowano nam zabawy biegowe. Cóż to były za „zabawy”: zima, mróz, śnieg, a my w trampkach wskakiwałyśmy do potoku, bo po co było go omijać, skoro i tak nogi były mokre z wysiłku, a w trampkach chlupotał pot. Jedyne czego nie miały Irena i Ewa, to gibkości, tego murzyńskiego luzu.
Pamiętam jak Baśka Sobottowa mówiła z żalem: „Gdybym ja wiedziała, że trenując dzień i noc zrównam się z Ireną, ale wiem, że nie ma na to szans”.

Irena Szewińska (Kirszenstein) czyli rywalka:

Poznałyśmy się w 1962 r. w Grudziądzu na obozie najlepszych młodziczek Warszawy. Od 1963 r. trenowałyśmy już razem z Andrzejem Piotrowskim. Ewa w treningu była bardzo solidna, a na zawodach ambitna. Miała wyjątkowo błyskawiczny start, a na dystansie biegała bardzo dynamicznie. Ja miałam lepszą końcówkę, a więc wytrzymałość, toteż ona przeważnie wygrywała na 100 m, a na 200. Ewa występowała na ostatniej zmianie sztafety i te jej pościgi za konkurentkami wryły się w pamięć.
Dzięki naszej rywalizacji (w ogóle była wtedy liczna i silna grupa sprinterek), zrobiłyśmy szybkie postępy, poprawiałyśmy wyniki, również zawody stawały się ciekawsze. Trudno mi powiedzieć, czy – podobnie jak ja – Ewa byłaby długowieczną zawodniczką. Ja już byłam zmęczona, i psychicznie, i fizycznie, ale urodziłam syna i dopiero ten rok przerwy pozwolił mi na regenerację sił witalnych. Myslę, że gdyby ktoś trenował bez takiej przerwy, to ine wytrzymałby tak długo. Trudno mi też spekulować na temat ewentualnego wpływu – w późniejszych latach – wyników Ewy na moje rezultaty.

– Lubiłyśmy się z Ewą, byłyśmy i jesteśmy przyjaciółkami, nasze kontakty wciąż trwają, z przerwą na jej dłuższe pobyty zagraniczne. Nie rozmawiamy jednak o przeszłości, lecz mówimy raczej o aktualnych sprawach. Myślę, że przyczyną tego nie jest uraz Ewy do sportu, gdyż w latach 70. skończyła zaocznie AWF w Poznaniu.
Patrząc z perspektywy czasu na tę tragedię, bo była to dla niej tragedia, to sadzę, że ówczesne władze PZLA nie powinny tak postąpić w stosunku do niej. Można było rozegrać to inaczej, jeśli już miało być tak jak jest.

Jerzy Szymonek czyli działacz:

W 1962 r. Ewa była lepsza od Ireny. Ich relacje można porównać do tych, które później dzieliły Grażynę Rabsztyn i Danutę Perkę. Ewa miała to, czego nie miała Szewińska. Obie były jednak grzeczne, oddane swoim klubom. W 1965 r. podczas mistrzostw Polski w Poznaniu, mimo iż Kłobukowska źle się czuła, to jednak pobiegła w sztafecie klubowej, ponieważ miały szansę na złoty medal. Przegrała wszakże z Szewińską i potem miała do siebie pretensje, że przez nią jej zespół nie wygrał.

– Cała afera z Ewą wzięła się z głupoty ówczesnych władz PZLA. Tylko Andrzej Krzesiński, który był koordynatorem, chciał to załatwić delikatnie. Może to on próbował załatwić jej wyjazd do Szwecji po tym wszystkim. W innych krajach nie dopuszczono do tego, aby te sprawy wyszły na światło dzienne. Po prostu Itkina, Szczełkanowa, siostry Press, Balas, zakończyły kariery, nie przyjechały na zawody, gdzie zamierzano je kontrolować (dr Max Danz). U nas, mimo poufnych niemieckich ostrzeżeń, nadal wysyłano wszędzie Ewę. Gdy w niemieckich gazetach ukazały się tytuły „Ewa czy Ewald?”, było już za późno, aby to elegancko załatwić. Odeszła w niesławie. PZLA nigdy nie stanął w jej obronie. A przecież w dzisiejszych czasach kryteria uległy zmianie, współczesna nauka ma doskonalsze metody kontroli.
Pamiętam, że na początku lipca 1967 r. Ewa zdawała na SGPiS i przejawiała typowe reakcje dziewczyny, która umie, ale i tak boi się egzaminu.

***

Gdyby sporządzić bilans sportowych osiągnięć Ewy Kłobukowskiej, wyglądałby tak: złoty medal olimpijski w Tokio ’64 w sztafecie 4×100 m (Teresa Ciepły, Irena Kirszenstein, Halina Górecka, Ewa Kłobukowska) i rekord świata – 43.6 sek oraz brązowy medal w biegu na 100 m; złote medale ME w Budapeszcie ’66 na 100 m i w sztafecie 4×100 m (Elżbieta Bednarek, Danuta Straszyńska, Irena Kirszenstein, Ewa Kłobukowska) oraz srebrny na 200 m. Współrekordzistka świata (razem z Kirszenstein) na 100 m – 11.1 s (9 lipca 1965 r. w Pradze). Progresja wyników w latach 1962-67: 100 m – 12.3, 11.7, 11.3, 11.1, 11.2, 11.2; 200 m – w 1962 r. nie startowała na tym dystansie, 24.7, 24.5, 23.0, 23.1, 22.9 (2. miejsce podczas meczu z USA, w którym Kirszenstein była pierwsza w czasie nowego rekordu świata – 22.7 s).

Nadszedł ów rok 1967. 18 maja w „Przeglądzie Sportowym” po powrocie Kłobukowskiej ze zgrupowania w Formii rozmawia z nią beztrosko Witold Duński:
– Przede wszystkim nauczyłam się opalać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak opalona. A teraz. Niech pan spojrzy.
– Zaręczę, że Ewa Kłobukowska jest opalona. I do tego…
– Silniejsza, szybsza niż przed rokiem. Trenowałam solidnie jak każda z nas. 11.4 na 100 metrów uzyskałam startując pod wiatr, na sypkiej bieżni. Czuję się znakomicie.”

Zakwalifikowano ją do kadry olimpijskiej. 26 czerwca „PS” zamieszcza jej fotografię na pierwszej stronie, gdyż wygrała w Memoriale Kusocińskiego bieg na 100 m przed Ireną Kirszenstein i obie uzyskały czas lepszy od rekordu świata – 11.0, ale wiatr wiał z niedopuszczalną prędkością, 2.5 m/s. Kłobukowska tak skomentowała ten bieg: „Nie sądzę, by wiatr bardzo mi pomógł. Bez niego również biegłabym szybko„.
15 lipca ponownie jej zdjęcie na pierwszej stronie „PS” – okazją jest zbliżający się start w półfinale Pucharu Europy w Wuppertalu. Następnie Ewa Kłobukowska obecna jest na uroczystym plenum GKKFiT z okazji 100-lecia polskiego sportu. W sierpniu pojawiła się informacja, że została zakwalifikowana do reprezentacji Europy na mecz z Ameryką w Montrealu. Potem już tylko wiadomości o jej kontuzji – takiej używano wymówki.
We wrześniu nie chciała jechać na Puchar Europy do Kijowa, ale uległa namowom Jana Mulaka, Włodzimierza Reczka i trenera Bugały. Dla reprezentantek ZSRR miały to być prestiżowe zawody, w roku 50. rocznicy Rewolucji Październikowej możliwe było tylko zwycięstwo. Przed startem radzieccy specjaliści badali polskie zawodniczki bez udziału ich lekarzy. Nastąpiło wykluczenie Kłobukowskiej. Końcowym akordem tego ostatniego dla niej sezonu było wpisanie jej na listę kandydatów w plebiscycie „PS” na 10 najlepszych sportowców Polski w 1967 r.

Miała 21 lat, gdy zeszła z bieżni. W 1971 r. ukończyła SGPiS na podstawie pracy magisterskiej pt. „Analiza porównawcza przemysłu maszynowego w Warszawskim Okręgu Przemysłowym i Górnośląskim Okręgu Przemysłowym”. Potem ukończyła jeszcze podyplomowe Studium Przetwarzania Danych.
W 1976 r. udzieliła jedynego po 1967 r. wywiadu, którego autorem był Henryk Sozański („Lekkoatletyka” nr 7).
Od ukończenia szkoły średniej do dzisiaj pracuje w przedsiębiorstwie Elektromontaż-Północ. Często wyjeżdża na zagraniczne budowy, które prowadzi jej firma. Znalazła swoje miejsce w życiu, w pracy jest cenioną specjalistką.

Długo zbierałeś się na odwagę, aby złożyć tę wizytę. Kupiłeś wiązankę kolczastych róż, poszedłeś na ulicę Bagno. Spacerowałeś niespokojnie, bijać się z myślami. W końcu usiadłeś na placu Grzybowskim. Gdy stamtąd odchodziłeś, bukiet leżał na ławce.
IRENEUSZ PAWLIK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.