Niezwykła lekkość nóg

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 30 grudnia 1997 r. Autor: Piotr Sikora.*

Widzowie przypatrywali się wielkiej ciężarówce-cysternie, która wylewała na tor gorącą wodę, polerowała taflę i wysypywała strugę śniegu dzielącą łuki i proste. Nic nie zapowiadało katastrofy. Było osiem stopni mrozu: Squaw Valley raziła w oczy.
Wystarczył kawałek słońca uwięzionego w kryształku lodu. Rozgrzany okruch zsunął się z cienkiej śniegowej bandy wprost pod rozpędzone ostrze łyżwy. Zawodniczka z numerem 18 – upadła. W ułamku sekundy! Może nawet nie zauważyła jak trybuna honorowa, w kształcie trójkąta, przechyliła się gwałtownie na bok. Widownia, sędziowie – na moment – znieruchomieli.
Reuter wysłał depeszę: „Wielkie nieszczęście spotkało Polkę Seroczyńską w ostatniej parze biegu na 1000 metrów. Pech pozbawił Polkę niemal pewnego złotego medalu”. Stało się to około 70 metrów przed metą.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Dziewięć lat wcześniej – po raz pierwszy – Elwira Seroczyńska włożyła łyżwy. Było to tuż przed Bożym Narodzeniem w 1951 roku. Koleżanka z ławki szkolnej, Basia powiedziała jej, że pojedzie do Zakopanego:
– A bo zapisałam się do sekcji łyżwiarskiej.
– Strasznie ci zazdroszczę.
– To się też zapisz.
Zapisała się. Trener Kazimierz Kalbarczyk zabrał ją z całą elbląską grupą do Zakopanego. Kilkanaście dni później uznał, że będzie dobrą kandydatką na mistrzostwa Polski juniorek. Rzeczywiście, wysłał Elwirę na zawody. Powróciła ze srebrnym medalem. Tej samej zimy – pod nieobecność najlepszych, startujących na MŚ w ZSRR – dwudziestolatka wywalczyła jeszcze tytuł wicemistrzyni seniorek.

Nigdy wcześniej nie uprawiała sportu. Była jednak zwinna, szybka, sprawna i wysportowana. W rodzinnym Wilnie szalała na dużym, męskim rowerze, balansując nad ramą. Ferie i wakacje spędzała – z bratem – w podwileńskim Dworcu, w posiadłości babki. Osada liczyła zaledwie dwa domy. Rodzinne sto hektarów. Był tam staw, las. I sad.
– Zabawy i kontakt z naturą przygotowały mnie do sportu – przyznaje.
Po wojnie rodzina repatriowana została do Elbląga.
W 1953 roku Elwira wyjechała do Warszawy.
– Trener faworyzował moją koleżankę, Helenę. Odbierałam to źle. Nie mogłam tego psychicznie znieść. Wyjechałam – opowiada.
Helena, pełna temperamentu o zaciętości, była przez całą karierę jej największą rywalką. Wrażliwa i delikatna Elwira była jej przeciwieństwem.
Los sprawił, że obie łyżwiarki, urodzone pod zupełnie innymi gwiazdami – miały podobny przebieg kariery: ten sam czas wzlotów i upadków. Czas nie wytonował różnicy charakterów.
Helena Pilejczykowa – żywe srebro, energia, Elwira Seroczyńska spokojna, nawet skryta, z delikatnym dystansem wobec świata.

To byłoby dziś nie do pomyślenia – ocenia swoje treningi w warszawskim Parku Skaryszewskim. Ignacy Malowaniec stworzył sekcję Sarmaty Stegny praktycznie od zera. Zbudowano szatnie. Straż przemysłowa wylewała wodę – na lodowisko.
Elwira sama musiała myśleć o treningach. Trener Kalbarczyk opiekował się nią głównie podczas zgrupowań kadry.
– Szybko zostałam zmuszona do indywidualnego myślenia o treningach. Nikt mnie nie pilnował. Latem wyruszaliśmy na rowerach do Anina. Rowery wstawialiśmy do szopy. Biegaliśmy po lasach.
Oswoiła się już z myślą, że Kalbarczyk jako trener kadry narodowej faworyzował jej koleżankę Helenę.
– Oboje byli z Elbląga. Bliższa koszula ciału. Miałam zawsze o to żal do trenera, nigdy – do Heleny.
W 1955 roku Pilejczyk była posiadaczką rekordów Polski na wszystkich dystansach. Wymazała osiągnięcia swojej największej rywalki. Rywalizacja okazała się prawdziwym kołem napędowym karier Elwiry i Heleny. Doganiały czołówkę światową.
W 1958 roku Pilejczykowa zajęła piąte miejsce w wieloboju na MŚ w norweskim Krystianehamn. Rok później Seroczyńska była dziesiąta w Swierdłowsku.
Łyżwiarki szybkie dołączono do programu przygotowań olimpijskich w ostatniej chwili. Dokładnie we wrześniu 1959 roku. Niespełna na pół roku przed igrzyskami! Nominacje otrzymały jako jedne z ostatnich, po udanych startach na torze Medeo w Ałma Acie i MŚ w szwedzki Oestersund.

Pilejczyk była wówczas górą. W Ałma Acie ustanowiła rekordy kraju na 1000, 1500 i 3000 metrów. W Szwecji powtórzyła sukces wielobojowy i zdobyła tytuł wicemistrzowski na 1000 metrów. Seroczyńska musiała tymczasem zacięcie walczyć o nominację z utalentowaną Anną Skrzetuską. Zwyciężyła praktycznie o błysk łyżwy. W Oestersund zajęła 11. miejsce – o oczko wyżej niż rywalka.
– Jaki żal, że nie pojechała.
To była powszechna opinia. Jak bardzo mylono się przed igrzyskami w ocenie możliwości łyżwiarek!
– Pilejczyk była świeżą wicemistrzynią świata. Uznano, że przyda jej się ktoś do towarzystwa – komentuje po latach pani Seroczyńska.
Dziennikarze nie wiązali z ich startem żadnych nadziei. Z polskim fatalizmem ocenili wręcz, że wyniki z Oestersund są przez Polki nie do powtórzenia.

Faworytkami w Squaw Valley były łyżwiarki sowieckie. „Przegląd Sportowy” zapowiadał ich zwycięstwa przed Oestersund i w USA. Proroctwa bynajmniej nie opierały się tylko na socjalistycznym internacjonalizmie i podziwie dla kobiet Wielkiego Brata. Sowietki miały wówczas niewiele rywalek. W opinii fachowców mogła im zagrozić jedynie wschodząca gwiazda z NRD, urodzona w Wolnym Mieście Gdańsk, Helga Haase oraz Finki, Iris Sihvonen i Eevi Huttonen.
Gdyby nie kawałek słońca uwięzionego w lodzie w Squaw Valley, Polki mogły dać Sowietkom pełną lekcję pokory.
– Już w Ałma Acie miałyśmy przebłyski formy. Na torze Medeo nawiązywałam prawie równorzędną walkę z Artemową. Wcześniej nie mogłam o tym marzyć.
Elwira – wrażliwa na warunki startu i otoczenie – czuła się doskonale.
– Po raz pierwszy w życiu doznałam odczucia niezwykłej, niesamowitej lekkości – opowiada. – Rozmawiałam o tym z jednym z zawodników radzieckich. Ale on kręcił głową i mówił, że to niedobrze. „U mnie dobra forma, kiedy ciężkie nogi”.
Elwira nie speszyła się tymi uwagami.
Uczucie lekkości powróciło w Kaliforni. Był mróz i słońce. Jak w Zakopanem. Zakopane wiąże się z jej najlepszymi wspomnieniami. Właśnie wybierając się w Tatry, na dworcu, poznała swojego przyszłego męża, Jacka.

Zawody zaczynały się o dziewiątej rano.
20 lutego 1960 roku w sprinterskim biegu Seroczyńska zajęła, z nowym rekordem Polski, szóste, punktowane miejsce. Pilejczyk – 12. Wygrała Haase. Jej trener, podobnie jak i kilka innych osób z ekipy NRD, nie otrzymał wizy i przekazywał łyżwiarce uwagi telefonicznie.
Dzień później bieg na 1500 metrów.
Ostre słońce podtapiało śniegową bandę. Grudki śniegu spadały czasem – jak korale – na tor. Japonka Hatsue Takamizawa i Niemka Gisela Toews – upadły!
Do przedostatniej serii prowadziła Seroczyńska! Pobiegła w parze z Amerykanką Joanne Omelenczuk. Czas 2.25,7 był rewelacyjny, gorszy zaledwie o 0,2 s od rekordu świata. Na trybunach owacja dla nieznanej Polki.
W ostatniej serii Lidia Skoblikowa stoczyła zaciętą walkę z Heleną Pilejczykową. Sowietka pobiła rekord świata (2.25,5). Byli i tacy, którzy po biegu zarzucili Helenie, że zanadto naciskała Skoblikową i dopingując ją do skrajnego wysiłku odebrała złoty medal koleżance (!). Po raz pierwszy – i dotąd ostatni – Polki stanęły na podium.
– Boję się wyścigu na 1000 metrów. Boję się tego dystansu… – powiedziała dziennikarzom.

22 lutego w programie wyścigi na 1000 metrów. Polki miały wspólną szatnię z Sowietkami. Rywalki – zdenerwowane.
– Byłam świadoma formy i szansy. A one? Widziałam co się dzieje. Przyszła Skoblikowa. Nie startowała na tym dystansie – opowiada Elwira Seroczyńska.
– Ty się zmobilizuj. Wszystko jest dobrze. Pogoda piękna – mówiła Skoblikowa do jednej ze swoich koleżanek z reprezentacji.
Elwira wtrąciła się: – Lidia, ty jej nie pomagasz. Popatrz na nią. Popatrz, jak ona się czuje.
– Ona jest mistrzynią. Musi wygrać!
– Ale ty jej przeszkadzasz…
Lidia była oburzona.
Przez większą część dystansu międzyczasy Seroczyńskiej i Klary Gusiewej były identyczne. Polka biegła w ostatniej parze z Japonką Yioshiko Tanaką.
Pilejczyk po wygranej z Japonką Takamizawą i nowym rekordem Polski (1.35,8) miała zapewnione punktowane miejsce.
– Słyszałam głos trenera z międzyczasami. Orientowałam się w sytuacji. Chciałam jechać jak najbliżej bandy. Czułam się fantastycznie. Nigdy wcześniej – i nigdy potem – nie odczuwałam już takiej lekkości.
Na 70 metrów przed metą na torze znalazł się kawałek słońca uwięziony w lodzie. Seroczyńska upadła! W uszach miała jeszcze krzyk trenera: „Jedziesz na złoty medal…”.

– Płakałam. Zazwyczaj nie uzewnętrzniam moich uczuć. Przeżywam je w sobie. Zasłoniłam twarz, żeby nikt nie widział moich łez.
Płakała również Yioshiko. Przez parę minut po biegu nie mogła dojść do siebie.
– Ludzie współczuli mi. Byłam zdziwiona: sędziowie pocieszali mnie. Czułam naokoło sympatię. Może dlatego, że my, Polki, sprawiłyśmy w Squaw Valley niespodziankę. Może dlatego, że Rosjanki, z wiadomych przyczyn, nie były lubiane. Na trybunach było sporo polonusów. Może dobrze, że nie było tego drugiego medalu, bo jak mnie zapewniali – porozbijaliby z radości aparaty fotograficzne.
W marcowym numerze „Sportowca” znalazło się 11 fotografii pokazujących upadek polskiej zawodniczki. Po tych zawodach pozostała legenda o utraconym medalu. – Musi być prawdziwa. Tak na 99%, skoro pisało o tym zdarzeniu tyle zagranicznych i polskich dzienników – żartuje Elwira Seroczyńska.
Dzięki użyciu najnowszego aparatu RAMAC 305 – technicznej rewelacji igrzysk – wyprodukowanego przez International Business Machines Company, dziennikarze otrzymali wydruk z wyników rywalizacji już po dwóch minutach.

– Medal w Squaw Valley, wstyd powiedzieć, sam mi przyszedł. Bez wysiłku. W czasie startu, bo przecież wcześniej – rzecz jasna – mocno pracowałam. Pierwszy i ostatni sukces olimpijski – uśmiecha się.
Jak to się stało, że poczuła ową niezwykłą lekkość nóg? Może z krótkiego cyklu przygotowań. Przed igrzyskami skrócono im o 10 dni pobyt na zgrupowaniu w ZSRR. Chodziły z Heleną do Parku Skaryszewskiego. Ślizgały się po zamarzniętym stawie. Nieopodal wędkarze wybijali przeręble i łowili ryby. To był relaks – nie trening. Powrót do sił. Świeżości.
Ocenia:
– To że trafiłyśmy z formą na najważniejszą imprezę, było czystym przypadkiem. Na szczęście, nie udało nam się zrealizować zaplanowanego cyklu.
Dodaje jakby przekornie: – Okazuje się, że wcale nie trzeba było przygotowywać się do igrzysk przez cztery lata.
Wyjeżdżając na igrzyska pozostawiły w kraju dwuletnich synów. Czyż macierzyństwo nie nadało ich ciałom nowej energii?
Sam trener Kalbarczyk był zaskoczony ich wyczynami. Niemy podziw! Kierując się racjonalną oceną szans, przewidywał miejsce w „16”. Ale medale?
Elwira Seroczyńska przypomina, że podczas biegu na 1500 metrów nie słyszała międzyczasów. Dlaczego trener ich nie podawał? – Czyżby zatkało go z wrażenia?

Kazimierz Kalbarczyk na gorąco – dla „PS” – komentował tak:
– Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem. Z pewnością nie wiecie, że Elwira Seroczyńska przez cały prawie dystans jechała w tempie lepszym o całe 4 sekundy od rekordu świata (…). O takich rezultatach nie śmiałem nawet marzyć. Zaskoczenie było całkowite, zwłaszcza jeśli chodzi o Seroczyńską.
Trener zasugerował, że gdyby zawodniczka wylosowała w parze – zamiast słabej Amerykanki – Sowietkę, mógł paść rekord świata.
O możliwościach Polek dowiódł również wyścig na 3000 metrów. Po 1200 metrach Pilejczykowa biegła w czasie o półtorej sekundy lepszym od rekordu świata. Na dwóch ostatnich okrążeniach osłabła – uległa wiatrowi i zmęczeniu – i zajęła szóste miejsce. Wygrała Skoblikowa. Seroczyńska, sprinterka, która nie przepadała za tym dystansem („bo nudny i monotonny„) była siódma.
Łyżwiarki zajęły w nieoficjalnej klasyfikacji drugie miejsce za Sowietkami. Niezwykły bilans jak na kraj nie posiadający sztucznego obiektu. W głębokim tle za wielkimi sukcesami toczył się żmudny spór pomiędzy Ministerstwem Budownictwa a GKKFiT na temat ułożenia rur w planowanym obiekcie przy Chłodni Miejskiej w Moczydle. GKKFiT był zdania, że rury muszą biec przez środek obiektu, a nie tylko w określonym pasie. Oznaczało to, że planowana inwestycja musiałaby być dwukrotnie droższa niż tor w Oestersund.
– A moja mama na łyżwach biega najszybciej na świecie – komentował dwuletni syn Elwiry, Darek, kiedy w klitce na Grochowie pojawili się dziennikarze. Dziś mieszka w Londynie. Nigdy nie nauczył się jeździć na łyżwach.

Niezwykłą lekkość nogi utraciły definitywnie cztery lata później. Podczas przygotowań w Berlinie Elwira cierpiała na zapalenie zatok. Nieustanne stany podgorączkowe. Bez sił w nogach.
Obie odczuwały nieprzyjemnie świadomość słabej formy. Błędy w treningu? Nie było już trenera Kalbarczyka. Rozpaczliwie goniąc zgubioną formę, biegały wieczorami po polach. Innsbruck kojarzy się Elwirze Seroczyńskiej nieprzyjemnie z nieudanym startem. Z ciemnością. Z kłopotami ze zrobieniem pierwszych kroków. Ciężkimi nogami!
Jeszcze w 1962 roku w fińskiej Imatrze potwierdziła wielkie umiejętności sprinterskie i wywalczyła mistrzostwo świata na 500 metrów. Jej sukces zginął w prasie pośród doniesień o światowych zmaganiach klasyków: FIS w Zakopanem.
Przed igrzyskami w Austrii była filmowana. Zachwycano się jej dynamiką. Ale ona czuła, że będzie bardzo źle. I nie myliła się. Polskie łyżwiarki zajęły w Innsbrucku dalekie lokaty.
– Wiedziałam już, że nie będę mistrzynią. Podjęłam decyzję.
Tego postanowienia nie zmieniły nawet namowy trenera Andrzeja Święcickiego. Elwira powiedziała mu: – Dziękuję. Ja już nie będę mistrzynią. A ona – wskazała Helenę – również nie.
Po latach: – Helena spojrzała na mnie pochmurnie. Może pomyślała: „Ja ci pokażę!”. A nam – wciąż najlepszym w Polsce – po prostu świat już uciekł.
W tej sytuacji kolejne medale na mistrzostwach Polski straciły sens.
Śmieje się:
Kiedyś z Ireną Szewińską zorientowałyśmy się, że nie wiemy, ile medali zdobyłyśmy.

Elwira postanowiła zrealizować swoje sprawy odłożone – w trakcie kariery – ad acta. Studia!
– W sporcie się zrealizowałam, ale w życiu? Może mogłabym lepiej. Sama nie wiem.
W Elblągu skończyła średnią szkołę handlową. W Warszawie pracowała w biurze planowania w zakładach optycznych. Nie udało się jej dostać do Wyższej Szkoły Handlowej Morskiej w Sopocie. Marzyła, żeby zostać dziennikarskim globtrotterem („Kiedyś wolałam pisać niż opowiadać„), ale wówczas nie było to możliwe. Wybrała AWF. Jej ambicją były dobre oceny, aby nikt nie pomyślał, że zamierza przetrwać na uczelni – za nazwisko.
Promotor zaproponował jej napisanie pracy dyplomowej o sobie samej. Miała dużo materiałów. Starannie prowadzone dzienniki z rozkładem zajęć, sporo systematycznie prowadzonych notatek.
Studia potraktowała bardzo poważnie. Teraz przypomina o sennych koszmarach, w których nie radziła sobie z egzaminami i pytaniami. O Freudzie i sile podświadomości.
Kiedy otrzymała dyplom, koszmary znikły. Jakiś dręczący brak w jej egzystencji został zaspokojony.
Nigdy nie miała snu, że zdobywa złoty medal w Squaw Valley. Przez długi czas bolało ją, że utraciła niepowtarzalną szansę. Potrafiła dzielnie zaakceptować ów promyk słońca uwięziony w pechowym kryształku lodu. Może na nim właśnie zbudowała pogodną życiową filozofię i swoje credo?

Ceni sobie pracę trenerską. I przyjaźń, która ocalała po latach z dawnymi wychowankami: Stanisławą Petruszczak, Janiną Korowicką, Ewą Malewicką.
Od 1965 roku szkoliła młode łyżwiarki w stołecznej Sarmacie. W 1972 roku została trenerem kadry narodowej. Prowadziła m.in. najlepszą łyżwiarkę przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Erwinę Ryś-Ferens.
Pod koniec lat osiemdziesiątych porzuciła łyżwiarstwo dla… badmintona. Została szefem wyszkolenia związku. Nigdy przecież nie grywała w kometkę.
– Ale teoria sportu jest taka sama – śmieje się.
Kiedy łyżwiarstwo szybkie upomniało się o nią, badminton nie chciał puścić.
Jest członkiem zarządu PKOl. Pracuje m.in. w komisji sportu polonijnego. Odwiedza rodzinne Wilno. Ostatnio była tam na olimpiadzie zorganizowanej przez miejscową Polonię.
– Czuję sympatię dla ludzi, którzy z różnych względów znaleźli się na obczyźnie – wyjaśnia.
Działa w Stowarzyszeniu Sportu Kobiet pod prezesurą Ireny Szewińskiej. Również w Fundacji Olimpijczyków Polskich.
– Moja sportowa przeszłość wpłynęła na moje życie – ocenia. Wspomnienia tkwiły w niej mocno. Igrzyska w Squaw Valley były tak niedawno… Opowiedziała o nich w hallu hotelu Forum w Warszawie pięknym, śpiewnym wileńskim akcentem.
Wyrozumiale, przerzucając ilustrowane pismo kobiece, przeczekała moje spóźnienie. Ekspres z Krakowa spóźnił się bezczelnie i bez szacunku dla umówionych wizyt – o pięćdziesiąt minut. Po raz pierwszy biegłem na wywiad, nieomal przeskakując przez rząd samochodów w korku na Alejach Jerozolimskich.

Elwira Seroczyńska otrzymała za swój historyczny, olimpijski sukces premię z GKKFiT w wysokości gomułkowskich 3000 złotych. A koleżanka biuralistka zarabiała wówczas 3500… Związek podarował jej komplet platerowych sztućców.
W gazetach fetowano jej sukces, ale zapomniano o rodzinnym Wilnie. W „PS” jako miejsce urodzenia podano Elbląg.
Rok po igrzyskach w USA ktoś życzliwy poradził, żeby wystąpiła o przydział większego mieszkania. Z mężem i dzieckiem wciąż gnieździła się w wąskiej klitce. Z puli prezesa PKOl., Włodziemierza Reczka otrzymała dwupokojowe mieszkanie na Saskiej Kępie. Mieszka w nim do dziś.
– Nagrodą za sukces była wówczas możliwość podróżowania po świecie – przypomina. Lubiła podróże.
Podobnie jak wszyscy dotychczasowi medaliści zimowych igrzysk nie miała szans zamienić swoich sportowych dokonań na pieniądze. Ale też należała jeszcze do tego pokolenia, które za nimi wcale tak strasznie nie tęskniło.
PIOTR SIKORA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.