„Nożycami” nie sięgnęli mistrza

Piłkarze Cracovii nie pogłębili przygnębienia legionistów po odpadnięciu z Ligi Mistrzów. Na własnym stadionie ulegli warszawskiej ekipie, 0:1.
Jej trener, Jan Urban przyznał, że obawiał się reakcji podopiecznych po wtorkowym remisie z Steauą Bukareszt, będącym w istocie porażką. Kibice gospodarzy też dywagowali na temat tamtego meczu, snując analogie: „Trzeba im było strzelić od razu dwa gole, jak Rumuni, i na pewno skończyłoby się dobrze”. Bo właśnie dwie okazje krakowianie mieli, obie pod koniec pierwszego kwadransa. Zrazu Dawid Nowak odszukał na prawym skrzydle Sebastiana Stebleckiego, a ten oddał mu po chwili na środek pola karnego – napastnik dołożył lewą nogę, jednak nieznacznie chybił. Wkrótce Bartłomiej Dudzic dociągnął do linii końcowej i wycofał, Saidi Ntibazonkiza ruszył dynamicznie do podania i… przepuścił je, myląc rywali. Nadbiegający Krzysztof Danielewicz miał bramkę na wprost, a przed nią połać pustej przestrzeni, ale piłka odskoczyła mu przy przyjęciu i znalazła się w rękach Wojciecha Skaby zastępującego udanie kontuzjowanego Dusana Kuciaka.
Morderczą lekcję precyzji dał im w 29. minucie Miroslav Radović, kiedy po rajdzie i dośrodkowaniu Henrika Ojamy, krótko szarpnął i przyłożył w krótki róg, pomiędzy słupkiem a nogą obrońcy.

Wtedy już wspomnieniem był dwudziestominutowy okres kontroli miejscowych, w którym swobodnie operowali futbolówką, lecz brakowało im celnego dogrania w pole karne lub bezpośrednio przed nie. Potem goście podeszli wyżej, utrudnili im konstruowanie akcji, stwarzając coraz większe niebezpieczeństwo. Nie wiadomo, czy nie objęliby prowadzenia już w 27. minucie, gdyby Wladimer Dwaliszwili nie próbował ulepszyć dobrego rzutu wolnego Dominika Furmana i strzału lecącego pod poprzeczkę nie posłał główką nad nią.
– Myślę, że mecz mógł się podobać, nawet jeśli nie było za dużo goli, czy okazji do ich zdobycia, bo tempo było dobre – uważa szkoleniowiec „Pasów”, Wojciech Stawowy.
O atrakcyjność drugiej połowy zadbali jednak głównie przyjezdni. Dość często uderzali w kierunku bramki rywali, jednak albo za słabo, albo niedokładnie, albo udanie interweniował Krzysztof Pilarz. O największe skoki ciśnienia przyprawiał go dwiema główkami Dossa Junior, nie mógł też spuścić z oka szarżującego często lewą flanką Ojamy.

– Deszcz zrosił trawę, nawierzchnia była „szybka”, a na niej łatwo o stratę. Dlatego Cracovia nie zagroziła nam specjalnie po przerwie – analizował trener mistrzów Polski.
– Nawet kiedy mieliśmy opanowaną piłkę w środku boiska, to nie było komunikacji, mądrego rozegrania, dawaliśmy się wyprzedzać – wtórował mu Stawowy.
Jedyne uderzenie, które mogło przynieść wymierne efekty oddał w tamtym okresie, z 18 metrów, Ntibazonkiza, ale golkiper paradą obronił. Olbrzymim optymizmem Burundyjczyk wykazał się natomiast w końcówce, kiedy uznał w zamieszaniu podbramkowym, że trafi piłkę wyżej składając się do niej „nożycami”, niż mierzący 20 cm więcej Skaba sięgnie rękami. Entuzjazmu Saidiego nie podzielił sędziujący na ogół po aptekarsku   Paweł Gil, dyktując wolnego dla gości.
– Do Legii po prostu jeszcze nam sporo brakuje – podsumował szkoleniowiec Cracovii.
PAWEŁ FLESZAR

CRACOVIA – LEGIA Warszawa 0:1 (0:1)
Bramka: Radović 29. Sędziował: Paweł Gil (Lublin). Żółte kartki: Jaroszyński, Kosanović, Steblecki, Marciniak – Vrdoljak, Broź. Widzów: 13 212.
CRACOVIA: Pilarz – Marciniak, Żytko, Kosanović, Jaroszyński (46. Kuś) – Dąbrowski (75. Boljević) – Dudzic (46. Budziński), Steblecki, Danielewicz, Ntibazonkiza – Nowak. Trener: Wojciech Stawowy.
LEGIA: Skaba – Broź, Rzeźniczak, Dossa, Wawrzyniak – Furman (77. Pinto), Vrdoljak (67. Łukasik) – Kucharczyk, Radović, Ojamaa (89. Żyro) – Dwaliszwili. Trener: Jan Urban.

Pozostałe wyniki i tabelę T-Mobile Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.