O starej to Hucie piosenka…

Artykuł ukazał się w „Tempie” z 15 i 16 maja 2002 roku

Gdy popatrzy się na dzisiejsza mizerię krakowskiej siatkówki męskiej, aż trudno uwierzyć, że kiedyś przeżywała wielkie dni. Pod koniec lat 60. i 70. Hutnik zdobywał po dwa wicemistrzostwa Polski, a od 1986 roku przyszła wspaniała, medalowa seria.

Budowa bezkonkurencyjnego w kraju zespołu zaczęła się od… spadku z I ligi w 1984 roku. Dwa lata wcześniej powołanie do wojska dostał czołowy atakujący reprezentacji, Wacław Golec. – Zawsze Legia brała od nas i z Beskidu Andrychów – wspomina Kazimierz Wojciechowski, przez kilkanaście lat kierownik drużyny siatkarzy Hutnika. – Wszyscy inni byli chronieni: Resovia to też armia, Gwardia – milicja, AZS-y – studenci, Sosnowiec – górnicy, Szczecin – stoczniowcy. Jedynym sposobem było wstąpienie do ZOMO, ale chłopcy niezbyt się do tego kwapili. Jednak kiedy Legia „chapnęła” Wacka, Rysiek Jurek i Zdzisek Jabłoński zamknęli oczy i poszli. Załatwiliśmy to tak, że wieców nie musieli rozpędzać; pokazali się tylko na przysiędze, za to ja chodziłem po parę razy w tygodniu do komendy na Złotej Jesieni i opowiadałem, jak się sprawują w klubie.

Skład ciągle był więc silny, ale w sezonie 1983/84 operacja kolana wykluczyła z gry lidera drużyny Ryszarda Jurka. – Liga była wtedy szybka – opowiada Wojciechowski. – Po pierwszej rundzie mieliśmy cztery zwycięstwa, obliczyłem, że do utrzymania wystarczy pięć. I zaczęliśmy wszystko przegrywać, najczęściej po 2:3. W meczu ze Stalą Stocznia Szczecin prowadziliśmy 14:13 w tie-breaku i mieliśmy piłkę w górze. Zbijał Marek Topór; walnął w parkiet, ale zawadził ręką siatkę – punkt dostali przeciwnicy i wszystko się odwróciło.
Hutnikom został już tylko mecz z Beskidem w Andrychowie, rywalizująca z nimi o utrzymanie Resursa Łódź podejmowała Płomień Sosnowiec. Krakowianie mieli punkt przewagi, nie musieli nawet wygrywać, wystarczała im porażka Resursy. – Dyrektor klubu przeznaczył 30 tysięcy premii, postanowiliśmy je zawieźć do Łodzi i dać Płomieniowi za zwycięstwo – wspomina Wojciechowski. – Ktoś w szatni powiedział: „Nie, te pieniądze nam się należą”. „Skoro wam, to leżą… pod słupkiem w Andrychowie” – mówię. No i przegrali z Beskidem, a Resursa pokonała Płomień i spadliśmy.

Trzej przyjaciele z boiska

Wygrali za to z warszawską Legią mecz o Golca, najbardziej widowiskowego siatkarza tamtych lat. – Miał niesamowitą „windę”, zawieszał się w powietrzu i uderzał w wolne pole. Kiedyś założył się z kolegami, że doskoczy głową do siatki zwisającej z obręczy do kosza i przydzwonił głową w obręcz – opowiada Wojciechowski. – Legia chciała go zatrzymać w służbie nadteminowej. Nawet pani Susałko prowadziła kampanię w radio. „Niemożliwe, żeby reprezentant Polski wracał do II ligi” – grzmiała w różnych audycjach. Ile razy wracał z kadrą z zagranicy, wyjeżdżałem na Okęcie i przekonywałem go: „Wacek, będziesz miał…”.
Razem z Golcem przyszedł do Krakowa inny reprezentant, Andrzej Martyniuk z Płomienia Sosnowiec. – Zawiązaliśmy wtedy taki pakt z Wackiem i Ryśkiem Jurkiem, żeby zagrać gdzieś razem i zrobić wynik – wyjaśnia Martyniuk. – W Sosnowcu były cienkie pieniądze, w Legii znowu Hubert Wagner, którego mieliśmy dość w kadrze.

Czasy prezesury Stefana Niziołka, wielkości Huty im. Lenina, jednego z największych kombinatów w Polsce. Hutnik miał czym kusić. Ślusarze, zastępcy elektryka utrzymania linii, magazynierzy składu materiałów ogniotrwałych na pensje pracowali na parkiecie. Na początku lat 80. stworzono wydział obsługi obiektów („W97”) i do niego przeniesiono klubowych sportowców. Były pieniądze, mieszkania, talony na samochody, pozostało tylko ominąć absurdalne przepisy komunistycznego państwa. W M-4 musiały być zameldowane co najmniej trzy osoby, a Wacław Golec był wówczas kawalerem bez dziewczyny. – Miałem taką znajomą, kibicującą siatkarzom – mówi Wojciechowski. – Napisali z Wackiem oświadczenia, że żyją w konkubinacie, do tego jeszcze załatwiłem od lekarza „lewe” orzeczenie o jej ciąży i to była trzecia osoba. Miałem trochę stracha; jakby kobiecie coś odbiło, mogła wydrzeć połowę mieszkania, ale okazała się godna zaufania.

Porwany za młodu

– Moja żona poszła pracować do szkoły, bo dla nauczycielki była jedna „emka” więcej – tłumaczy Martyniuk. – Takie były czasy, nieporównywalne do dzisiejszych. Takie, śmieszne. Dostałem pieniądze jakieś, dostałem talon na Poloneza. Z drugiej strony, z tymi zarobkami to bez przesady. Miałem sąsiada, który był operatorem pieców i niedużo mniej ode mnie dostawał. Premie też nie były wiele warte, bo ustalaliśmy je przed sezonem w sierpniu, a wypłacali z następnym roku, w czerwcu. Inflacja zżerała.
Było to i tak znacznie więcej niż średnia krajowa, do „Huty” reprezentanci ciągnęli jak pszczoły do plastra miodu. – O mało nie wylądował u nas też „Pitek” Kasprzak ze Szczecina – opowiada Wojciechowski. – Chciał, żeby mu załatwić indeks na AWF w Krakowie, ale jak zaczął przy mnie pisać podanie, to zrezygnowałem z niego. Cos jednak trzeba umieć, żeby studiować

Kazimierz Wojciechowski w latach 80. był jednym z największych siatkarskich „łowców głów”. Ostatnie polowanie przeprowadził w 1987 roku, kiedy ściągnął do Krakowa reprezentacyjnego juniora z Grodźca Będzin, Marka Fornala. – Jeździłem do niego chyba ze trzydzieści razy – wspomina. – Waldek Wspaniały „motał” go do Sosnowca, ale matka sprzyjała nam. Kiedyś siedziałem u nich w kuchni, przyjechał Waldek z prezesem Płomienia, Ciąpałą. Nie wpuściła ich do domu. Gdy wychodziłem stamtąd wieczorem, rozglądałem się, czy mi ktoś nie wpierze, przecież Będzin to opłotki Sosnowca. Innym razem trener Grodźca, Marek Kisiel mówi do mnie: „Ty, jakiś ch… z Krakowa zawraca głowę Fornalowi, nie wiesz, kto to?”. „Nie mam pojęcia” – odpowiedziałem. W końcu Marek pojechał z reprezentacją juniorów do Grecji. Wzięliśmy wóz meblowy i matka spakowała cały dobytek. Zadzwoniliśmy do niego: „Marek, mieszkasz już w Krakowie”. Potem gazety pisały, że uprowadziliśmy zawodnika, a Wspaniały przez rok patrzył na mnie spode łba.
Za bardzo Marka rozpuścili, szkoda gadać – uważa Martyniuk. – Właśnie kończył się pewien okres. Dawniej, żeby człowiek miał sumienie o coś poprosić w klubie, musiał coś sobą reprezentować. Potem tak się porobiło, że to przestało być ważne. Umiał podskoczyć, miał w miarę prostą rękę, to już mu dawali pieniądze.

Przegrywać czasem to normalna rzecz

W sezonie 1984/85 hutnicza kapela z trzema reprezentantami w składzie bez trudu wywalczyła awans. Po transferze Jerzego Kołodziejskiego z Hutnika do Giombino, Włosi zaprosili krakowian na turniej międzynarodowy. W finale „Huta” pokonała po niezwykłej walce, 3:2, mistrza Włoch, Panini Modena. – Każdy myślał, że Modena rozbije drugoligowców, Kołodziejski z nowymi kolegami ulokował się na balkonie. Co seta przesuwali się w dół, w tie-breaku siedzieli już prawie na naszej ławce. Przywiozłem wtedy puchar jak pół tego pokoiku – śmieje się Kazimierz Wojciechowski, zataczając ręką wokół kantorka w studium WF Akademii Górniczo-Hutniczej.

Krakowianie spotkali się z ekipą z Modeny jeszcze raz, w sezonie 1988/89, w Pucharze Europy. Minęły już wtedy czasy, gdy nasi trenerzy uczyli Włochów grać w siatkówkę, Panini byli jedną z najlepszych drużyn świata. Jednak w grudniowy wieczór, w hali na Suchych Stawach, Włosi dostali jeszcze jedną lekcję; hutnicy rozbili ich w pył, w ataku i obronie szalał Robert Ratajczak – trzy lata wcześniej anonimowy zawodnik mało znanej Pogoni Lębork. Po zwycięstwie 3:0 krakowianie mieli prawie pewny awans do ćwierćfinału, ale rewanż w Modenie przegrali jeszcze wyżej, zdobywając w trzech setach zaledwie piętnaście punktów. Dywagacje o przyczynach klęski trwają do dzisiaj. – Czy mecz został sprzedany? Nikt tego nie wie, a już na pewno nikt panu tego nie powie… – pokrętnie odpowiada jeden z ludzi związanych wówczas z klubem.

– Wszyscy o to pytają – mówi Martyniuk. – „Jugol” był sędzią, w pierwszym secie było równo, równo. No i gwizdnął nam cztery piły: idzie aut i pokazuje boisko, potem – po naszym ataku – piłka w boisku i pokazuje aut. Psychicznie tego nie wytrzymaliśmy. Trochę się skłóciliśmy, oni złapali wiatr w żagle i zaczęli nas bić. Pojechali z nami ostro drugiego seta, to wyszło, że trzeciego musimy wygrać. Już nie było za bardzo wiary. Stłukli nas i tyle. Miałem już wtedy ponagrywane kluby zagraniczne, zgodę Hutnika, PZPS. Podobnie Wacek. Gdybyśmy przeszli Panini, więcej zarabiałbym na Zachodzie. Miałbym większy zysk niż ze sprzedania tego meczu.

Trener nie mówi

Po awansie do I ligi Hutnik miał szansę pozyskania jednego z najlepszych polskich rozgrywających, Romana Borówko ze Stali Stocznia Szczecin. Za zawodnikiem ciągnęły się jednak opowieści o zamiłowaniu do napojów wyskokowych. – Przestraszyliśmy się tego – wyjaśnia Kazimierz Wojciechowski. – Dzisiaj jednak myślę, że to był błąd, bo on im więcej „grzał” tym lepiej grał. Z nim w składzie mogliśmy myśleć o podbiciu Europy.
Kupionemu z łódzkiej Resursy utalentowanemu dwudziestolatkowi, Grzegorzowi Wagnerowi brakowało doświadczenia. Kiedy zaczął je zdobywać – powołano go do wojska. Funkcję tę musiał spełniać wszechstronny Jerzy Pawełek. – Nie mieliśmy szczęścia do wystawiaczy – uważa Martyniuk. – Nie mam nic do Jirzika Pawełka, przefajny chłopak, ale graliśmy z nim „prośnicę”; na palcach jednej ręki można było policzyć sytuacje, że ktoś dostał piłkę na pojedynczym bloku.

Trudno mieć do niego pretensje; był wyszkolony jako atakujący i blokujący, do rozgrywania go przyuczono dopiero później – usprawiedliwia Jerzy Piwowar, który został szkoleniowcem drużyny dopiero po rozpoczęciu sezonu 1985/86. Do pierwszej ligi wprowadzali ją Emilian Siracki i Wiktor Kobędza, w latach 60 zdobywający już laury  z Hutnikiem jako – odpowiednio – trener i zawodnik. – Nikt nie wiedział, który z nich jest pierwszym, wszyscy się nad tym zastanawialiśmy – śmieje się Wojciechowski. – Kiedyś Grzesiek Wagner spytał o to Kobędzę, a ten na to: „Dzisiaj prowadzącym zajęcia jest Wiktor Kobędza”. Grzesiek przylatuje do mnie: „Kobędza mi powiedział, że jest pierwszym trenerem”. „Nie, on ci tylko powiedział, że dzisiaj prowadzi zajęcia” – mówię do niego. Potem przegraliśmy turniej eliminacyjny Pucharu Polski, prezes się wkurzył i mianował Jurka Piwowara, a jego asystentem zrobił Marka Karbarza.

Piwowar to jeden z najbardziej zrównoważonych szkoleniowców – chyba nikt nigdy nie widział go biegającego przy linii, albo pokrzykującego na zawodników. – Na czasie nieraz się nawet nie odzywał – wspomina Andrzej Martyniuk. – Nie musiał dużo mówić, miał autorytet.
– Mieliśmy wspólny cel; każdy wiedział, co ma robić – wyjaśnia Piwowar, który zdobył z Hutnikiem dwa tytuły wicemistrzowskie pod koniec lat 70. – Jedynym problemem była zbyt duża ilość gwiazd, nawet reprezentanci musieli być rezerwowymi. Nie zawsze zresztą byłem taki spokojny, po debiutanckim meczu w roli trenera długo dochodziłem do siebie.
– Jurek się przejmował – wspomina Kazimierz Wojciechowski. – Przez to bardzo późno zrobił pierwszą klasę trenerską. Kursy i egzaminy były co roku we wrześniu, a on zawsze chciał osobiście dopilnować całych przygotowań.

Kicanie na trzeciej dziurze

Siatkarze „Huty” szli w ostatniej zmianie sztafety, brylujących kiedyś na wszystkich parkietach świata, podopiecznych legendarnego, zmarłego niedawno Huberta Wagnera (można o nim przeczytać TUTAJ). Golec, Martyniuk, Jurek mieli spory wkład w zdobycie wicemistrzostwa Europy w 1981 i 1983 roku. – Tylko Ruskich nie mogliśmy ugryźć – żałuje Martyniuk. – A kiedy w 1984 roku zabroniono nam wyjazdu na olimpiadę, na której mieliśmy szanse na medal, mentalnie się wszystko rozpadło. Nie mieliśmy perspektyw, każdy czekał już tylko na wyjazd zagraniczny.
W liczących się w Polsce klubach obowiązywał wagnerowski styl przygotowań, opartych na tytanicznej pracy. – Przez miesiąc piłki się nie oglądało – wspomina Martyniuk. – Skakaliśmy po 320 razy na płotkach, na trzeciej dziurze, czyli maksymalnie wysuniętych do góry, z pasem z odważnikami na biodrach. Trzeba było „kicać” strasznie.

Do tego dochodziło perfekcyjne wyszkolenie techniczne, podstawa pięknej dla oka i skutecznej, kombinacyjnej gry, obcej współczesnej siatkówce. – Wyszkolenie? Po prostu chamska praca – nie owija w bawełnę Martyniuk. – Dogranie do siatki, „dyszlem” czy palcami – godzinami to jechaliśmy. Gdy się nie dograło wystawiaczowi tak, żeby wyskoczył, to już kara: płotki, rzuty, kołyska, przewrót.
Nikt się jednak nie opieprzał, a już jak się stawało do gry, to była walka, tylko o zwycięstwo. Miało się charakter.

Dwa prysznice Nalazka

Hutnicy mieli swoje chimery. Po mistrzostwie kraju zdobytym na dużym luzie w 1988 roku, w następnym sezonie wałęsali się w środku tabeli. Rzutem na taśmę zajęli miejsce w czwórce walczącej o medale, kiedy wrócił do zespołu rozgrywający Grzegorz Wagner. – W półfinale ze „Stocznią” prowadziliśmy 1-0 – wspomina Kazimierz Wojciechowski. – W Szczecinie mieszkaliśmy nad dyskoteką, w ostatniej chwili zmieniłem hotel. Następnego dnia rano dopadają mnie działacze Stali: „Nigdzie nie mogliśmy was znaleźć, umarł ojciec Martyniuka”. Zdecydowaliśmy z Jurkiem Piwowarem, że powiemy o tym Andrzejowi przed meczem. Wyszedł na boisko, ale był tak oszołomiony, że musieli go przesuwać po parkiecie jak juniora. Pozostali jednak się spięli i w piątkę wpieprzyli „Stoczni”.

Na decydujące mecze finału, do Olsztyna, krakowianie jechali z jednym zwycięstwem odniesionym u siebie. Rozgromieni w drugim spotkaniu, w minorowych nastrojach jedli kolację w olsztyńskim Novotelu. – Nagle w radio usłyszeliśmy wywiad z Irkiem Nalazkiem, który powiedział, że w jutrzejszym decydującym meczu nie mamy z AZS żadnych szans; jeśli stracą choćby seta będzie to wynikało z ich chwilowej słabości, a nie siły Hutnika – wspomina Martyniuk. – Wkurzyliśmy się, następnego dnia mówię do Irka: „Przegrałeś swojej drużynie mecz”. Rozjechaliśmy ich w godzinę. Nalazek był w szoku, wziął prysznic, potem zapalił papierosa przed halą i znowu poszedł pod prysznic, bo zapomniał, że już się kąpał…
Po drugim mistrzostwie za granice wyjechały największe gwiazdy, Martyniuk i Golec. Pełnym światłem rozbłysły talenty siatkarzy pozostających dotąd na drugim planie. Ułańską szarżą wygrali 14 kolejnych spotkań w lidze, dopiero po kontuzji Ryszarda Jurka ponieśli kilka porażek i musieli zadowolić się drugim miejscem. – Rysiek zawsze był szarą eminencją zespołu – uważa Martyniuk. – Nigdy nie trafiał na pierwsze strony gazet, ale potrafił wszystko, był najpełniejszym technicznie zawodnikiem.

Sam przeciw wszystkim

„Pijemy, ale gramy” – dawne sławy polskiej siatkówki nigdy nie wylewały za kołnierz. Nie przeszkadzało im to w odnoszeniu wielkich sukcesów. – Nie byliśmy gronem mnichów, ale nikt pijany na mecz nie wychodził – zastrzega Andrzej Martyniuk. – Inna była mentalność. Tacy Amerykanie, gdy przygotowywali się do olimpiady, mieli specjalne jedzenie, diety białkowe, a my na kolację dostawaliśmy bigos z kaszanką. Harowaliśmy na obozach kadry po sześć miesięcy w roku i nikogo nie pytali, czy chce iść do reprezentacji – „masz być i już”. Jak nie, to zawieszenie na rok, łącznie z grą w klubie. Po lidze to nawet tygodnia przerwy nie było, tylko od razu konsultacje, obozy i heja w góry. Gdyby człowiek od czasu do czasu sobie nie wypił, to by normalnie odpłynął. Psychicznie odpłynął.
To jest dla ludzi; stres, który towarzyszy sportowi wyczynowemu, wymaga odreagowania – dowodzi Grzegorz Wagner, w wieku 37 lat ciągle jeden z najlepszych polskich rozgrywających, niedawno powołany do kadry przez Waldemara Wspaniałego. – Jeden bierze narkotyki, drugi zamyka się w sobie i przez to jest taki dobry, inny bije „starą”, czwarty walnie sobie kielicha. Nie ma w tym nic złego, jeśli nie wywiera to negatywnego wpływu na grę.

To nie przez alkohol nastąpił też regres wyników krakowian. Z drużyny zaczęli odchodzić kolejni zawodnicy, finansowy kurek zamknął kombinat hutniczy, nie radzący sobie w kapitalistycznej rzeczywistości lat 90. Zdarzały się jeszcze pojedyncze, niezapomniane mecze. – Pojechaliśmy do Olsztyna, w AZS sami kadrowicze, u nas „kabaret”; zostali już wtedy tylko Robert Ratajczak i Zdzisek Jabłoński – opowiada Wojciechowski. – Przegraliśmy planowo dwa pierwsze sety i nagle Robert wpadł w trans. Kończył każdą piłkę, atakiem z pierwszej albo drugiej linii, na podwójnym, a nawet potrójnym bloku. Doszło do tie-breaka, remis po trzynaście. Zaserwowali Ratajczakowi skróta na drugi metr. Odebrał, ale nie zdążył się cofnąć i zaatakował w aut. Przegraliśmy, ale wtedy jedyny raz w życiu widziałem, żeby ktoś sam walczył z całą drużyną.

Uratowane dupy piłkarzy

Potem już nie było na co patrzeć. Ratajczak wyjechał do Turcji, Zdzisław Jabłoński przeszedł do BBTS Bielsko-Biała, zespół prezentował się coraz słabiej, spadł do Serii B, a w 1993 roku zarząd klubu wycofał go z rozgrywek. Dzisiaj w klubie szkoli się tylko juniorów. Halę, w której kiedyś odbywały się niezwykłe widowiska, obserwowane przez dwutysięczną publiczność, wykupiła firma „Tomex”. – Brakło pieniędzy, wszystko zjedli piłkarze – wyjaśnia Wojciechowski.
– Zawsze wozili na nas dupy – przytakuje Martyniuk. – My robiliśmy wyniki, a oni ciągnęli z tego kasę.
– Za Andrzeja i Wacka, w 1989 roku dostaliśmy 110 tysięcy dolarów. To były olbrzymie pieniądze; ja będąc nauczycielem akademickim zarabiałem miesięcznie dwanaście dolarów – kontynuuje Wojciechowski. – Co roku wpływały następne sumy, mogłem kupić za to pół reprezentacji. Gdyby je zainwestować, pierwszoligowa siatkówka byłaby w Hutniku do dzisiaj. No, ale trzeba było wypłacić piłkarzom zaległe premie, zatrzymać Waligórę, który chciał odejść do Wisły. Było się w jednym klubie, nie wypadało nie pomóc.

Tymczasem hutnicy zdobywali laury za granicą. Golcowi przyznano honorowe obywatelstwo miasta Las Palmas, Ratajczak został wybrany najlepszym zawodnikiem ligi tureckiej.
Martyniuk jeszcze grając w Belgii założył firmę importującą szkło z Polski. Po zakończeniu kariery razem z Golcem urządzili i prowadzili knajpę na Jaworzynie Krynickiej. – Przestałem się wyrabiać czasowo i sprzedałem Wackowi udziały – wyjaśnia.
Robert Ratajczak w tym roku występował w krakowskim Wawelu jako grający trener, ale organizm każe mu płacić coraz to nowymi kontuzjami za lata wysiłku. W przyszłym sezonie może zmierzy się w drugoligowym meczu z Jerzym Piwowarem, trenującym miejscową Wandę. Kazimierz Wojciechowski pracuje w studium WF AGH. Do hali przy ul. Piastowskiej, w której prowadzi zajęcia, raz w tygodniu przychodzą Martyniuk i Jurek, pograć ze znajomymi w siatkę. Po profesorsku mijają blok, atakując w wolne pole.
Tylko bez tej siły ciosu, co dawniej.
PAWEŁ FLESZAR

MEDALOWA PIĘCIOLATKA SIATKARZY HUTNIKA
1985/86 – 3. miejsce
1986/87 – 2. miejsce
1987/88 – 1. miejsce
1988/89 –  1. miejsce
1989/90 – 2. miejsce
Trenerem był w tym okresie Jerzy Piwowar, a jego asystentami: Marek Karbarz (1985/86), Jacek Sańka (1986/87 i 87/88), Ryszard Pozłutko (1988/89 i 1989/90).

TRZON MISTRZOWSKIEGO ZESPOŁU
Grzegorz Bogusz, Wadim Dyba, Marek Fornal, Wacław Golec, Zdzisław Jabłoński, Ryszard Jurek, Mariusz Kowalski, Andrzej Martyniuk, Jerzy Pawełek, Robert Ratajczak, Ireneusz Sańka, Roman Szczerbik, Zbigniew Szczurek, Jacek Szerszeń, Marek Topór, Grzegorz Wagner.

Komentowanie zablokowane.