Objawienie w pękniętym bucie

Pierwotna wersja reportażu z Cypru, który ukazał się w „Tempie” z 22 lutego 2005 r.

Tuż przed wyjazdem na cypryjskie zgrupowanie Jakub Błaszczykowski pojawił się na pierwszym treningu Wisły Kraków. Po zakończeniu zajęć Mauro Cantoro spytał Wernera Liczkę: – Skąd jest ten nowy chłopak? – Z czwartej ligi – odpowiedział szkoleniowiec. – Niemożliwe! Taki gość grał w czwartej lidze?! – wytrzeszczył oczy Argentyńczyk.

Faktycznie, trudno się nadziwić, jak ktoś tak ułożony piłkarsko mógł się do tej pory uchować w tak niskiej klasie rozgrywkowej. Swobodnie operuje piłką, jest szybki, wytrzymały, bez problemów wpasował się w system taktyczny Wisły („Ma wszystko” – kwituje czeski trener). – Jestem wychowankiem Rakowa Częstochowa i gdy się rozpadał, przeszedłem do drużyny juniorów Górnika Zabrze – opowiada Błaszczykowski. – Tam się nie zaaklimatyzowałem, mieszkałem w internacie, gdzie nie odpowiadało mi towarzystwo. Wróciłem do Częstochowy, do KS.
Był na testach w Tirolu Innsbruck, Lechu Poznań, Bełchatowie. – Podczas pobytu w Innsbrucku miałem kontuzję, w pozostałych klubach mnie akceptowano, ale nie mogliśmy się dogadać – wyjaśnia. – Nie miałem też wielkiej ochoty ruszać się z domu rodzinnego. Nie byłem do końca przekonany, czy będzie ze mnie piłkarz.

Na futbolową karierę zaczął stawiać, gdy trafił do reprezentacji Polski juniorów. Kiedy jednak jest się siostrzeńcem Jerzego Brzęczka, raczej nie ma się innego wyjścia. – Dobrze mieć takiego wujka – przekonuje Kuba. – Wiele się dzięki niemu nauczyłem, pokazywał mi, co robię źle, doradzał ćwiczenia, biegaliśmy razem. Z drugiej strony, zdarzały się głupie docinki, że wujek mi wszystko załatwiał i tym podobne. A wcale tak nie jest. Kiedy graliśmy w Austrii z reprezentacją, trener Zamilski zdziwił się widząc Jurka na trybunach. Nie wiedział, że jesteśmy spokrewnieni.
Dziewiętnastoletni chłopak, który jeszcze dwa miesiące temu mógł tylko marzyć, że będzie podawał piłki Maciejowi Żurawskiemu, czy Tomaszowi Frankowskiemu, nagle zaczął to robić z powodzeniem w meczach. – Od tego są pomocnicy – kwituje skromnie. Zwierzał się, że kiedy dostał propozycję z Wisły, nogi mu się trochę trzęsły. Na zajęciach ochłonął, w meczach znowu zaczął zadziwiać.
Wyszedł już na pierwszy sparing podczas cypryjskiego zgrupowania, z koreańskim Shunnam Dragons. Po kilku minutach… pękł mu but. Masażysta podrzucił korki na zmianę, a nieoczekiwany pech nie zdeprymował Kuby. Kolejny sparing, ze Slovanem Liberec, przyniósł mu jeszcze większą niespodziankę. Z konieczności, przez pół godziny musiał grać na prawej obronie. I z tego zadania wywiązał się wzorowo, a asystent Liczki, Tomasz Kulawik stojąc przy linii bocznej podpowiadał mu najwłaściwsze ustawienia.

Szybko zdobył szacunek wiślackich gwiazd. Największą jego manifestacją było niedzielne spotkanie z Ferencvarosem Budapeszt. W drugiej połowie Węgier brutalnie sfaulował Kubę i od razu rzuciła się ku niemu cała drużyna Wisły, włącznie z Radosławem Majdanem, który musiał przebiec 3/4 boiska. Doszło do pyskówek, przepychanek, w których najaktywniejszy był Paweł Brożek.
Po kilkunastu minutach Błaszczykowski zrewanżował mu się idealnym dośrodkowaniem, po którym Paweł zdobył gola głową. Kilka dni wcześniej, w konfrontacji z Pardubicami, przeprowadzili akcję jak z filmów instruktażowych. Wymieniając bez przyjęcia piłkę oszukali we dwójkę całą obronę przeciwników. Błaszczykowski stanął przed bramkarzem, ale wyczekał jeszcze, podał do Brożka, który wepchnął piłkę do siatki.

W niedzielę podszedł do niego prezes Wisły, Janusz Basałaj.
Chcesz zostać u nas? – spytał.
– Jasne! – odparł Kuba.
– Bo ja jeszcze bardziej od ciebie chcę, żebyś grał w Krakowie – rozczulił się prezes. Niedługo później Wisła ostatecznie pozyskała Błaszczykowskiego z Częstochowy, za 70 000 złotych i mecz towarzyski z KS.
Liczka uważa, że z Kuby może wyrosnąć ciekawy piłkarz. O ile tylko głowa wytrzyma tak nagłe powodzenie. – Nie dostanę sodówki i nie przyjdzie moment samozadowolenia – zarzeka się młody zawodnik. – Nawet kiedy jest dobrze, ja zawsze chcę jeszcze lepiej. Wszystko robię na maksa i do końca.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.