Od luzaka do pantoflarza

Tekst ukazał się w magazynie „futbol.pl” w grudniu 2007 r.

– Dorosnąć możesz na kopach; im więcej kopów zainkasujesz tym bardziej jesteś dorosły – mówił bohater jednej z kultowych powieści Waldemara Łysiaka – „Dobry”. Błędy i upadki tak zahartowały Dariusza Dudkę, że z niefrasobliwego – choć utalentowanego – chłopca, stał się filarem reprezentacji Polski.

Najpiękniejszą bramkę w karierze już strzelił, mając niespełna szesnaście lat. – Nieprawdopodobny gol! Maciej Skorża jeszcze dzisiaj kręci z niedowierzaniem głową. Ponad osiem lat temu prowadził Dudkę w juniorach Amiki Wronki, niedawno ich drogi zeszły się w krakowskiej Wiśle. – Wtedy Darek dał nam awans do turnieju finałowego mistrzostw Polski – uśmiecha się z nostalgią szkoleniowiec.
W meczu z Polonią Słubice długo utrzymywał się remis. Wreszcie grający na stoperze Dudka przejął piłkę przy linii środkowej, przebiegł z nią pół boiska do chorągiewki w lewym narożniku. Tam minął jednego przeciwnika i z zerowego kąta lewą nogą trafił do siatki tuż przy dalszym słupku. – Prawdę mówiąc, próbowałem ją wrzucać w pole karne, był mocny wiatr i pewnie ją zniósł – przyznaje „Dudi”.

Juniorzy Amiki zdobyli wtedy mistrzostwo Polski, ale Dudka… nie pojechał na turniej, bo musiał uczestniczyć w obozie pierwszej drużyny. To schemat jego późniejszego życia, w którym szczęście przeplatało się z pechem, a nieoczekiwane podarunki od losu ze straconymi w ostatnim momencie szansami. W sierpniu chciało go kupić Auxerre. Po całodniowych negocjacjach została ustalona kwota odstępnego – 1,5 miliona euro. – 30 sierpnia ja też byłem dogadany z Francuzami; mogłem podpisać trzyletni kontrakt, miałem zabukowane bilety do Paryża – opowiada Darek. – Wisła jednak się wycofała; dyrektor Jacek Bednarz stwierdził, że jest za mało obrońców i za mało czasu, żeby kogoś ściągnąć na moje miejsce. Wtedy chciałem odejść, ale w tej chwili już mi się tak nie spieszy. Czekam na mistrzostwo Polski.

Przy starszych nie wypada

Latem ubiegłego roku kupił efektowny model Infinity – wersji Nissana, produkowanej na rynek amerykański. – No, w co mam inwestować? Tylko w samochody i dziewczynę – żartował przed budynkiem klubowym. W drużynie robi za didżeja; na wyjazdy zabiera iPoda oraz specjalną tubę z głośnikami i na tylnych siedzeniach autokaru urządza dla kolegów koncert życzeń. Z pasją walczy z potworami w grach komputerowych. Typowy niefrasobliwy dwudziestoparolatek o dużych dochodach i niewielkich pozazawodowych obowiązkach? Dudka jest jednak bardziej zdystansowany, wyciszony, jest w nim jakaś powaga odróżniająca go od większości rówieśników.

To jest obrońca, a oni szybciej dojrzewają, bo ta pozycja wymaga większej rozwagi, konsekwencji – uważa Marcin Burkhardt, jeden z najbliższych kumpli. – Przenosi się to na życie pozaboiskowe.
– Pojawiło się w jego życiu dziecko, co zawsze dodaje powagi sytuacji i rozsądku – swoją teorię ma też Maciej Skorża.
– Dorosłem wcześniej – twierdzi piłkarz. – Trafiłem do pierwszej drużyny jako nastolatek i zawsze mieszkałem w pokoju z kolegami dużo starszymi, po osiem, siedem lat. Przy nich nie wypadało robić z siebie głupka.

Pocałunek Królowej Śniegu

Każdy zapytany skrzętnie omija tragedię sprzed czterech lat. Wczesnym rankiem 30 maja 2003 roku Dudka jechał w Szczecinie na zabiegi rehabilitacyjne. Pijany, 49-letni mężczyzna wszedł na pasy na czerwonym świetle. Zginął potrącony przez Fiata Stilo, którym kierował piłkarz. Impet uderzenia był bardzo duży – w samochodzie urwało się koło, a mimo to przejechał jeszcze 150 metrów. Badanie wykazało, że Darek miał we krwi promil alkoholu. – Jeszcze dzień wcześniej siedzieliśmy z Bartkiem Ławą pod parasolami na szczecińskim rynku, później byliśmy na dyskotece, gdzie wypiłem parę piw – wspomina. – Spałem kilka godzin.

Wylądował w szpitalu, miał kontuzjowany bark, w oku utkwił kawałek szkła z rozbitej szyby. I jak w „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena – wszystko od tej pory wyglądało inaczej. – Drużyna strasznie mi pomogła – twierdzi. – Nie pocieszali, ale starali się odnosić normalnie, jakby nic się nie stało. I cały czas ktoś był przy mnie. Najgorzej w takich chwilach zostać samemu, bo wtedy przychodzą czarne myśli.
Dostał wyrok w zawieszeniu, zatrzymano mu prawo jazdy na dziewięć miesięcy. – Jeszcze rok później miałem lęki prowadząc samochód – zwierza się. – Zwalniałem przed przejściem dla pieszych, wyświetlały mi się filmy z wypadku. Teraz to minęło, ale wszystkiego nie da się wymazać z pamięci, nie przywrócę życia tamtemu człowiekowi.

Monitoring kłamstwa

Jest uprzejmy, ułożony, nie sposób wyprowadzić go z równowagi, ale ma pecha do zdarzeń tragikomicznych. Niedawny mecz Wisła – Legia był reklamowany jako piłkarskie wydarzenie jesieni, ale zdominowały go obrazy Dudki, który przez godzinę biegał z krwią spływającą po karku, w siatkowej czapeczce, podtrzymującej opatrunek na głowie.
Kiedyś długo leżał w swoim polu karnym, gdy napastnicy Blackburn zdobywali zwycięską bramkę w spotkaniu fazy grupowej Pucharu UEFA. – Jeśli był znokautowany, to mógł jechać do szpitala, ale skoro potem stanął na nogach, to musiał walczyć! Dla takich ludzi nie będzie miejsca w mojej drużynie! – szalał trener Wisły, Dragomir Okuka. Kilka dni po popisowym, reprezentacyjnym występie w Brukseli, w dziecinny sposób dał sobie odebrać piłkę w konfrontacji z ŁKS Łódź.

Ale nigdy nie bił się w cudze piersi. – Zawaliłem tego gola – zakomunikował kilkudziesięciu milionom Polaków, odpytywany przed kamerami po meczu z Niemcami na mistrzostwach świata 2006. – Jak to napisali, „zupełnie lewy obrońca”? – po kilku tygodniach wspominał z autoironią jeden z tytułów prasowych.
Zawsze tak było, zawsze przyznawał się do winy – wspomina Skorża.
Nie obrażam się za krytykę i niczego nie ukrywam. Dlaczego miałbym to robić, jeśli wszyscy widzieli moją wpadkę w telewizji?! Chcę być uczciwy – tłumaczy Dudka. – Ale gdy byłem dzieckiem, to nie zawsze mówiłem prawdę. Nie poszedłem lekcje i kłamałem rodzicom, że byłem. Ciekawe, jak bym się zachowywał, gdyby w szkole był wtedy monitoring...
Ostatnio coraz rzadziej musi mówić prawdę. – Wyciągam wnioski z błędów i coraz mniej ich popełniam – wyjaśnia. – Poza tym skończyłem z nonszalancją, za którą – zwłaszcza w Amice – ciągle zbierałem „ochrzan”. Byłem luzakiem; myślałem tylko, jak z fantazją zagrać piłkę, „dziurę” komuś założyć.

Pracowitość ze wstydu

Zginął gdzieś chłopak, który szedł na zajęcia w Amice, myśląc: „Co mi tam, potrenuję, może w sobotę zagram mecz„. – Podchodziłem do tego jak do zabawy – przyznaje samokrytycznie. – To niesamowita zmiana na korzyść, jest bardzo pracowity, widzę to w jego świadomości, podejściu do obowiązków. Olbrzymi skok –  nie może się nadziwić Skorża.
Przyszedłem do Wisły i widziałem, jak o jedenaście lat starszy Maciek Stolarczyk się przykłada – wyjaśnia Dudka. – Zasuwał tak, że wstyd było się przy nim obijać.
Przy Stolarczyku trzeba było również umieć dowcipnie odpowiadać na kpiny. Przekonał się o tym pierwszego dnia w Wiśle. – Przechodziłem badania, leżałem na kozetce w gabinecie lekarskim. Wszedł „Stolar” i mówi: „Znowu kupili gościa z jedną nogą krótszą” – zaśmiewa się ze wspomnień Dudka. – W Wiśle docinki są na porządku dziennym. Zwłaszcza z czyjegoś niepowodzenia.

Bury, chowaj piwo

– „Dudi” jest spokojny, ale zdarzają mu się wpadki. Nie da się o nich opowiadać, bo są zbyt pikantne – żartuje z kolegi Paweł Brożek. Przed dwoma laty Dudka, Marcin Burkhardt, Marcin Wasilewski i Arkadiusz Bąk na zgrupowaniu w Austrii dali się złapać na piciu piwa. – Piwa akurat było w tym wszystkim najmniej, jedna butelka – prostuje Darek. – Siedzieliśmy u „Bączka” w pokoju. Na chwilę wyszliśmy z „Wasylem” na korytarz, byliśmy w samych majtkach, gadaliśmy głośno. Było już po ciszy nocnej, zaskoczył nas trener Skorża: „Co tu robicie o tej godzinie”?. Ruszyłem szybko do pokoju, mówię: „Bury, chowaj piwo, trener idzie!”. A on się zaczął śmiać, bo myślał, że kituję.
Ciągle się wypuszczaliśmy nawzajem, więc mu nie uwierzyłem – tłumaczy lekko zawstydzony Burkhardt.
Tak się śmiał, że trącił to piwo, aż rozlało się po podłodze – kontynuuje Dudi. – I wtedy oczywiście wszedł trener. Zaczął dopytywać, czyje to piwo. Wyszło, że niczyje. Wszyscy dostaliśmy po kieszeni, a „Bury” najbardziej, bo stało najbliżej niego.

Bardziej wyrafinowaną karę – tym razem za słabą grę – próbował nałożyć na wiślaków Dan Petrescu. W sierpniu ubiegłego roku urządził zbiórkę o szóstej rano i zabrał ich do krakowskiej fabryki kabli. – No, co, panowie? Kanapki przygotowane do roboty? – rzucił Dudka, wsiadając do autokaru pełnego poirytowanych kolegów. – Petrescu chciał nam pokazać, jak to ludzie ciężko pracują – wspomina. – Wchodzimy do fabryki, a tam… praktycznie nikogo nie ma. To były najlepsze jaja. Pełna automatyka; trzech ludzi obsługiwało halę pełną maszyn.

Odpalona komórka Frania

Miał piętnaście i pół roku, kiedy zadebiutował w pierwszej drużynie Amiki. Wszedł na dwadzieścia minut w słynnym spotkaniu o Superpuchar Polski z Wisłą Kraków. Grał na stoperze, przed… swoim opiekunem z zespołu rezerw Czesławem Michniewiczem. – Nie zrobił żadnego błędu, ale był strasznie zamotany”: na boisku krzyczał „trenerze”, a po zakończeniu zwrócił się do mnie po imieniu – wspomina Michniewicz.
– Za to kiedy zdobywał mistrzostwo, mówiłem do niego per „Czesiu” – uśmiecha się Darek. – To był przedziwny mecz; nie mieliśmy już zmian, Pawła Pęczaka łapały skurcze i trener przesunął go do ataku. Dostał tam piłkę, nie miał siły biec, więc uderzył ją od razu z dwudziestu metrów i wpadła. Wygraliśmy 1:0.

Dudka pilnował wtedy króla strzelców, Tomasza Frankowskiego („Na nic mu nie pozwoliłem, miałem fantazję„), a po transferze do Wisły dostał obok niego miejsce w szatni. – Używał takich słów, że zawsze mi się jakoś kojarzył z nauczycielem – opisuje „Dudi”. – Często przychodził pięć minut przed treningiem, komórka odpalona, przebierał się i rozmawiał jednocześnie. Luz miał totalny.
– A nie było obowiązkowej zbiórki pół godziny przed treningiem i zakazu rozmów przez telefon w szatni?
– No, były, ale Franiu funkcjonował na specjalnych zasadach
.
Błyskotliwy napastnik budził podziw wszystkich młodych piłkarzy. – Po treningu siadamy w szatni i ściągamy jeszcze buty, a Franek stoi już w drzwiach. Jedną ręką poprawia włosy, drugą zasuwa rozporek, mówi „Cześć panowie” i wychodzi – kręcił kiedyś głową Damian Gorawski.
Jacek Kowalczyk był szybszy od niego, bo gdy schodziliśmy z boiska, mijał nas samochodem w alejce, wracając do domu – koryguje ze śmiechem Dudka.

Imię Darek nie pasuje

Ma starszego brata i siostrę, ale to on jest pupilem taty. Jerzy Dudka przed laty grywał w trzeciej lidze, potem podróżował po 140 kilometrów na mecze syna do Wronek. – W Krakowie był ostatnio na spotkaniu z Blackburn… Powiedziałem mu, żeby więcej nie przyjeżdżał – opowiada Darek. – To teraz siedzi przed telewizorem i wyrywa sobie włosy z głowy. Mama jest jeszcze bardziej nerwowa, w ogóle nie może przez to oglądać meczów.
Był niemal dzieckiem, gdy grywał w Celulozie Kostrzyn w czwartej lidze. Tato przestrzegał, aby nie chodził z dwukrotnie starszymi kolegami na piwo, nie przejmował ich zwyczajów.

Darek słuchał taty, a dzisiaj bez żenady przyznaje, że jest pantoflarzem. – Gosia rządzi, bo ona wszystko organizuje – wyjaśnia. – Ja gram w piłkę, przychodzę do domu, bawię się z synkiem i niczym innym się nie zajmuję. Gosia załatwia wszyściutko, podatki-nie podatki, rachunki. O ważniejszych sprawach dyskutujemy, ale ostateczną decyzję podejmuje ona.
Imię dla syna wybierał Darek, ale też musiał ograniczyć się do propozycji przedstawionych przez narzeczoną. – Gosia upierała się przy Dariuszu juniorze, ale mnie to imię nie pasowało – opowiada. – Był jeszcze Jarosław, ale wolałem Arkadiusza.
Mały Arek jest nietypowym dzieckiem. Prawie nie płacze.
– Spokojny po rodzicach?
– Nie, nie, raczej po dziadkach – śmieje się tata.
PAWEŁ FLESZAR

W OPOZYCJI DO POZYCJI
„Ilość zawsze przechodzi w jakość” – napisał Karol Marks. Idee apostoła komunizmu dawno zbankrutowały, ale właśnie ta jest nadzieją Darka Dudki. No bo na co może liczyć piłkarz, który grywał już na 5-6 pozycjach na boisku, a regularnie jest ustawiany na trzech? – Mam od tego coraz większą karuzelę w głowie – narzekał jeszcze rok temu, ale teraz pokornie, nawet w trzech meczach w ciągu 11 dni, występuje na środku pomocy, stoperze i lewej obronie.
Na każdej z tych pozycji Darek prezentuje się bardzo dobrze – twierdzi Maciej Skorża. – To jego olbrzymi atut, każdy trener chciałby mieć takiego zawodnika.

Chce też Leo Beenhakker, który rok temu, na mecz z Belgią w Brukseli, zrobił z Dudki defensywnego pomocnika (podczas powrotu, w samolocie koledzy ochrzcili Darka – „Sissoko”). – Pamiętam do dziś, jak powiedział: „Zagrasz jako środkowy pomocnik. Pewnie myślisz, że zwariowałem” i zaczął się śmiać – opowiada Dudi. – „Ale nic się nie przejmuj” – dodał. On ma niezwykłe podejście do ludzi. Przegrywaliśmy z Kazachstanem, inny trener w przerwie wpadłby do szatni i zaczął wrzeszczeć: „Co wy gracie?!”. A Beenhakker normalnym głosem tłumaczył: „Grajcie spokojnie, nigdzie się nie spieszcie, a bramki przyjdą”. Każdego zawodnika traktuje jak kolegę. Wcześniej z selekcjonerem trudno było porozmawiać. Na zgrupowaniach wałkujemy ciągle to samo, cały czas gramy piłką, każdy wie, co ma robić. To procentuje.

PORWANY ZA MŁODU
W różny sposób komplementowało Dudkę wielu trenerów. Dan Petrescu twierdził, że jest jednym z niewielu zawodników Wisły, którego zabrałby do każdego klubu, jaki przyszłoby mu prowadzić. Paweł Janas niespodziewanie zabrał go na mistrzostwa świata w 2006 r. Był na liście zainteresowania Borussi Dortmund, ofertę kontraktu wynoszącego milion dolarów złożyło mu CSKA Moskwa. Ale jako pierwsi poznali się na nim skauci Schalke 04 Gelsenkirchen. – Kiedy miałem 15 lat, trener Łukasik zorganizował wyjazd na testy do Borussi Moenchengladbach – opowiada Darek. – Ćwiczyliśmy tam przez tydzień z Adrianem Mikołajczakiem. Przyszedł jakiś nieznajomy gościu i mówi: „Pojedźcie jeszcze do Gelsenkirchen”. Zagraliśmy sparing w Schalke, w Amice chyba nawet o tym nie wiedzieli. Niemcy chcieli, żebym jeszcze raz przyjechał na dłużej. Ale wtedy klub już się nie zgodził.

NOTKA BIOGRAFICZNA
Urodzony: 9 grudnia 1983 roku w Kostrzynie nad Odrą. Kluby: Celuloza Kostrzyn (do 1998 r.), Amica Wronki (1998-2005), Wisła Kraków (2005-2008), AJ Auxerre (od 2008 r.). Debiut w polskiej ekstraklasie: 15 kwietnia 2000 r. Bilans w polskiej ekstraklasie: 170 meczów, 5 goli. Bilans we francuskiej ekstraklasie: 110 meczów, 6 goli. Debiut w reprezentacji: 11 lipca 2004 roku. Bilans w reprezentacji: 65 meczów, 2 gole. Sukcesy: mistrzostwo Polski (2008), wicemistrzostwo Polski (2006), 3. miejsce we francuskiej ekstraklasie (2010), dwukrotnie 3. miejsce w polskiej lidze (2002, 2004), dwukrotnie awans do fazy grupowej Pucharu UEFA (2004, 2006), Puchar Polski (2000), Superpuchar Polski (1999).
* stan na 21.7.2012, część danych statystycznych pochodzi z serwisu 90minut.pl

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*